Freelancer na spotkaniu

Spotkanie z klientem? A po co? To wcale nie taka rzadka reakcja freelancerów nawykłych do pracy w domowych pieleszach. Być może związana z dość… hm… swobodnym strojem do pracy (piżama? slipki? siateczkowy podkoszulek znany z filmów o komputerowych geekach z agorafobią?) Choć naszym zdaniem raczej wynikająca z ciągłego braku czasu, zabiegania, a wreszcie strachu jak przed egzaminem lub rozmową kwalifikacyjną. Radzimy – nie bój się umawiać z klientem na spotkanie w sprawie projektu (podpowiemy Ci jak pokonać te obawy) i nie traktuj tego jako straty czasu, ponieważ… ale o tym poniżej.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Na co mi spotkanie?

Zacznijmy od przekonania malkontentów. Spotkanie z klientem pomoże Ci lepiej go poznać (a także jego siedzibę i pracowników, co może też sporo powiedzieć o atmosferze pracy i wypłacalności), wyrobić sobie zdanie na jego temat, a także dokładniej omówić szczegóły projektu. Mowa ciała, mimika może zdradzić wiele, jeśli tylko nauczymy się ją obserwować i odpowiednio interpretować. W kontakcie przez mail lub telefon znikają te przewagi, choć także pułapki kontaktu osobistego. Nie można się już zasłonić drugim telefonem, aby szybko obgadać sprawę z szefem lub kolegą. Ciężko jest opanować grymas niedowierzania, kiedy podana przez nas cena projektu powoduje, że klientowi „miękną kolana”. Łatwiej też przekazać entuzjazm dla naszego pomysłu, jeśli klientowi kiepsko wychodzi wyrażanie podziwu słowami – więcej tu powie szeroki uśmiech, rozluźnienie w poczuciu ulgi (no wreszcie znalazł się ktoś, kto się nami dobrze zaopiekuje) oraz błyszczący wzrok, kiedy klient oczyma duszy widzi już rosnącą na koncie kwotę zysków ze sprzedaży. Poza tym w trakcie bezpośredniego spotkania znacznie trudniej jest nam odmówić – co w ostateczności można załatwić nie odpisując na maile lub rzucając słuchawką. Jest to miecz obosieczny, ale pomyślmy o tym, jak o okazji do przekonania do swoich usług niezdecydowanego klienta.

 Jak pokonać strach lub niechęć?

Jeżeli nie lubisz kontaktów z obcymi, unikasz sytuacji, gdzie ktoś ocenia twoją pracę lub zwyczajnie nie wiesz, o czym miał(a)byś z klientem rozmawiać – warto się po prostu dobrze do takiego spotkania przygotować. Przestanie to być egzamin, a stanie się prezentacją twojej racy, na twoich warunkach. Takim wstępnym mailem/umową, tyle że przedstawionym/ą w sposób osobisty. Nota bene warto mieć od razu ze sobą spisaną umowę, którą od razu będzie można podpisać.

Garść złotych porad

  1. Zacznij od klientów lepiej znanych lub mniej ważnych – aby na nich poćwiczyć swoje umiejętności interpersonalne.
  2. Nie nalegaj koniecznie na spotkanie – po stronie klientów też często zdarzają się osoby zapracowane albo „dzikie” w kontaktach z obcymi.
  3. Spotkanie nie musi być długie – tak naprawdę decyzja o tym, czy Cię zatrudnić do tego projektu, ewentualnie czy dać Ci szansę na porozmawianie z osobą decyzyjną, zapadnie w zasadzie w pierwszej minucie waszego spotkania. Optymalnie przeznaczyć na nie 1-1,5 h.
  4. Niestety lub „stety” na spotkanie trzeba będzie już coś przygotować „gratis” (co nie wszyscy lubią), jakieś wstępny plan lub zarys projektu, chyba że faktycznie nic nie wiadomo i klient dopiero chce przedstawić swoją wizję. Jeżeli zgodzimy się iść na spotkanie całkiem „w ciemno” musimy być przygotowani na to, że klient będzie oczekiwał błyskawicznego podchwycenia jego wizji i przystąpienia do pracy „z kopyta”. Czasami pierwsza wersja faktycznie jest najlepsza, ale równie często do użytku nadaje się dopiero wersja 10. Natomiast naszym zdanie lepiej jest jednak wymusić na kliencie choć ramowy zarys tego, czego oczekuje, tłumacząc, że w ten sposób sprawy nabiorą tempa.
  5. Warto na spotkanie zabrać dyktafon albo na bieżąco spisywać notatki w komputerze – potem może być trudno to sobie wszystko przypomnieć. Dobrze jest także wysłać klientowi podsumowanie spotkania ze spisanymi ustaleniami. W razie sporów będzie można zacząć mail wyjaśniający od nieśmiertelnego: „Nawiązując do ustaleń ze spotkania, które odbyło się dnia …, patrz załącznik, przypominam…”
  6. Jeśli dużo czasu spędzasz, pracując w domu, opłaca się czasem wyjść do ludzi – właśnie po to, aby walczyć z własnym zdziczeniem.

Ile pracuje freelancer?

Freelancing dla wielu ludzi (zwłaszcza tych zatrudnionych na etacie), to leżenie w łóżku do 12:00, 3 godziny pracy, weekend w środku tygodnia i co najmniej 4-cyfrowa faktura na koniec miesiąca. Prawdopodobnie są tacy freelancerzy, choć osobiście ich nie spotkałam. Znacznie częściej natomiast widzę znajome nicki na forum, gadu czy na skypie od rana do późnych godzin nocnych. Czy praca po kilkanaście godzin dziennie to aby na pewno dobry pomysł? Jak wobec tego przywrócić zdrową równowagę pomiędzy czasem pracy a odpoczynkiem?

Kiedy jesteś freelancerem na dorobku, a zlecenia czasem są, a czasem ich nie ma, ciężko jest odmówić klientowi. Nawet jeśli jest to piąta osoba  zgłaszająca się do Ciebie w piątek „z drobną robótką na poniedziałek”, która po otwarciu załącznika okazuje się już wcale taką małą nie być. W ten sposób bardzo łatwo wpaść w wir pracy na okrągło, bo w dni robocze na pewno nie uda Ci się odebrać sobie weekendu – wtedy dostaniesz kolejne zlecenia, a w piątek sytuacja z poprzedniego tygodnia znowu może się powtórzyć. Natomiast Ty masz wbite w głowę, że teoretycznie od tego kolejnego poniedziałku może być cisza aż do piątku, a to już połowa miesiąca, czas zapłacić podatek i VAT, no a jak nie będzie zleceń, to „wtedy sobie odpoczniesz”. Być może będziesz też fiksować z braku zajęcia i zamiast odpoczywać, będziesz przeczesywać portale ze zleceniami, żeby wyrwać cokolwiek, zanim przez te 3 dni laby rynek całkiem o Tobie zapomni. STOP!!!

Ta droga to prawdziwa „highway to hell”. Przepracowanie równa się zmęczenie, co z kolei oznacza mniejszą wydajność, większe ryzyko błędów, co grozi utratą klientów, a wreszcie może zakończyć się zespołem chronicznego zmęczenia lub wypaleniem zawodowym, kiedy nawet największe pieniądze nie są już motywatorem do pracy. Wtedy jedyne, o czym marzysz, to po prostu spać lub tępo przerzucać kanały w telewizorze. A zatem – jak sobie z tym poradzić? Jak zapobiec wpadnięciu w wir pracoholizmu, działając jako freelancer?

  1. Ustal sobie sztywne godziny pracy (nie więcej niż 10 w ciągu dnia) i na tej podstawie podawaj terminy realizacji oraz odpowiednią cenę dopasowaną do tej ilości godzin pracy.
  2. Choćby się waliło, paliło, trzymaj się tych godzin pracy, natomiast za „nadgodziny” pobieraj minimum 40% stawki bazowej. Proponujemy też pracować maksymalnie 5 dni w miesiącu w trybie ekspres.
  3. Pracuj w dni robocze, w weekend odpoczywaj tak jak wszyscy. Frustracja z powodu tego, że „oni wszyscy mają wolne” też potrafi nieźle namieszać w głowie i skłaniać do „odmrażania sobie uszu na złość mamie”, czyli bezsensownego tracenia czasu na chociaż jedną partyjkę strzelanki albo jeden odcinek ulubionego serialu, w ramach tego, że „w sobotę należy mi się przecież trochę wolnego”. Niestety takie podejście może sprawić, że w nocy z niedzieli na poniedziałek w ogóle sobie nie pośpisz, a wtedy zaczynasz tydzień od razu zmęczony/a.
  4. Nie bój się odmawiać klientom, tłumacząc ogólnie, jakie masz teraz projekty. Jeśli masz warsztat, warto na Ciebie poczekać. A w relacji z klientem jest trochę jak z kochankiem. „Nie chodzi o to, by złapać króliczka itd.” Poza tym konkurencja ze strony innych „absztyfikantów” działa czasem cuda ;-) Zobaczysz, że za jakiś czas zaczną do Ciebie dzwonić zawczasu, żeby sobie zarezerwować termin. Może się okazać, że dzięki temu masz pracę zaplanowaną zawsze na 2 tygodnie na przód, nie ma przestoju w zleceniach, a Ty pracujesz w normalnych godzinach pracy.
  5. Rozważ wynajem biurka w coworku albo niewielkiego biura blisko twojego mieszkania. Praca w domu jest fajna, ale kiedy stojący na zwykłym miejscu laptop woła do Ciebie z odległości 5 metrów, czasem ciężko jest pozbyć się nawyku przeglądania poczty do 23:45 albo buszowania po portalach ze zleceniami do pierwszej w nocy.

Siła wyższa i żywioły

czyli jak zabezpieczyć się na wypadek przerwy w dostawie prądu lub internetu.

Mieszkasz poza miastem i awarie prądu lub internetu to norma? No cóż, niestety przez wymówki typu „pies zjadł mi pracę domową” lub „bo nie miałem prądu” ciężko jest przekonać klienta, że z Twojej strony to nie jest ściema, tylko realia mieszkania „na wiosce”. A może by się tak dodatkowo zabezpieczyć?

Praca na komputerze przy świecach

 Obrazek pochodzi z flickr.com

Praca na laptopie z naładowaną baterią

Jeżeli tylko możesz, staraj się nie rozładowywać baterii w swoim laptopie do cna. Nigdy nie wiesz, kiedy przyda Ci się ta dodatkowa godzinka-dwie na pracę.

 Zainwestuj w UPS

Nawet jeżeli pracujesz na notebooku, awaryjny zasilacz UPS zabezpieczy Cię przed groźnymi dla sprzętu elektronicznego przepięciami. Najprostsze UPS-y, które dają Ci dodatkowe 2-5 minut na bezpieczne zachowanie wszystkich aktualnych projektów (choć w przypadku dużych plików graficznych ten czas może okazać się zbyt krótki), można kupić już za 150-300 złotych. Modele, które zapewniają podtrzymanie prądu na około 20 min (oczywiście w zależności od obciążenia) to koszt rzędu 700-900 złotych.

Pomyśl o mobilnym internecie na kartę

Obecne oferty internetu mobilnego nie wymagają już opłacania osobnego abonamentu. Możesz uruchomić tę usługę na swoim własnym telefonie, możliwe jest też wykupienie pakietu transferu danych (choć to wtedy dość droga impreza). Można zaopatrzyć się też w zestaw startowy, który aktywujesz, kiedy jest Ci akurat potrzebny. Warto jednak zawczasu przetestować, który operator oferuje w Twojej okolicy najlepszy przesył. Wysyłanie plików przy prędkości łącza 20-30 kb/sek może przyprawić o apopleksję. Jeżeli nie posiadasz stałego łącza i korzystasz właśnie z łącza komórkowego, możesz rozważyć zakup zestawu startowego u innego operatora, choć w wypadku awarii współdzierżawionej sieci i tak na niewiele nam się to zda.

 Ustal, gdzie w kolo Ciebie jest najbliższy hot spot albo kafejka internetowa

Niestety, kiedy padnie Ci net, nie będzie już tego można sprawdzić w Google.

 Dogadaj się z sąsiadami/rodziną

Jeżeli będziesz w potrzebie, być może można poprosić sąsiada (aczkolwiek przy awarii prądu jego pomoc raczej na niewiele się zda) lub kogoś z rodziny o skorzystanie z ich łącza/komputera.

 Informuj klienta o problemie z wyprzedzeniem

Zadzwoń lub wyślij maila, korzystając ze smartfona. Nie bój się wziąć na siebie odpowiedzialności – to naprawdę wygląda o niebo lepiej, niż kiedy udajesz, że Cię nie ma. Określ, ile jeszcze czasu potrzebujesz i przeproś za tę sytuację.

 Włącz zapis o sile wyższej do swojej umowy

Uchroni Cię on przed koniecznością zapłaty kary umownej lub udzielania rabatu „na otarcie łez”. W końcu awaria u zewnętrznego dostawcy internetu lub prądu nie podlega Twojej kontroli i jak najbardziej może być interpretowana jako siła wyższa.

Porad kilka, aby nie mieć bólu głowy

Poniżej lista żelaznych punktów, jeżeli chodzi o rozliczenie z klientem przygotowana przez jednego z naszych fanów na Facebooku i opublikowana tu ponownie za jego zgodą. Potraktujcie to jako check listę przy KAŻDYM zamówieniu, no chyba że pracujecie dla rodziców ;-).
Dlaczego? Patrz niżej.
Zdjęcie pochodzi z flickr
  1. Podziel zamówienie na etapy płatności – w przypadku nierozliczenia Twojej należności strata powinna być minimalna.
  2. Nie zostawiaj na koniec rozliczenia dużych kwot – po wykonaniu zlecenia Twój klient na pewno cie nie rozpozna na ulicy. Niewolnik zrobił swoje – niewolnik może odejść.
  3. Zastrzeż, że wstrzymanie prac na skutek nieuregulowania Twoich należności nie stanowi opóźnienia z przyczyn leżących po Twojej stronie.
  4. Pracujesz za pieniądze – pamiętaj o tym.
  5. Wstrzymaj pracę w przypadku nieterminowego uregulowania faktury – skoro telekom może ci wyłączyć telefon – Ty możesz wstrzymać swoją prace na drugi dzień po upływie terminu płatności – obowiązują dokładnie te same zasady.
  6. Wstrzymaj się, jeżeli nie dostaniesz pieniędzy – zlecający przecież na pewno założył że go na Ciebie stać – więc ma pieniądze ;). Jeżeli nie ma to sorki…;)
  7. Ustal warunki odbioru i terminy płatności częściowych. Zastrzeż możliwość jednostronnego odbioru.
  8. Ustal co jest zmianą a co poprawką błędu z twojej winy.
  9. NIE PRACUJ BEZ UMOWY – chyba, że dla pracujesz u rodziców.
  10. Jeżeli jesteś podwykonawcą – liczy się tylko umowa z Twoim zleceniodawcą. Na pewno pojawią się teksty, że on ma coś zapisane inaczej w głównej umowie, co powoduje że wasze ustalenia są niewiążące.
  11. Czy Twoja umowa przewiduje że udzielasz klientowi nieoprocentowanego kredytu na czas nieokreślony?
  12. VAT to nie Twoje pieniądze – nie ruszaj (załóż subkonto)
  13. Liczy się tylko gotówka na Twoim koncie, a nie ile ktoś ci ma jeszcze zapłacić.
  14. Nie zostawiaj nierozliczonych należności stałemu zleceniodawcy. Zaraz się okaże że musisz na swoje zaległe pieniądze zapracować jeszcze tak ze trzy razy, a w ogóle jak tu zrezygnować ze współpracy jak musisz ściągnąć od niego taką kupę kasy.
  15. Zrób sobie małego podatnika (rozliczaj VAT kasowo) – klienta będzie bolało że nie odliczy VAT z niezapłaconych Ci faktur.
    Warunki korzystania z metody kasowej – zawiadomienie naczelnika urzędu skarbowego w terminie do końca miesiąca poprzedzającego okres, za który będzie rozliczał się według metody kasowej (złożenie aktualizacji zgłoszenia VAT-R. Należy tez pamiętać o limitach. Jeżeli przekroczymy w poprzednim roku 1,2 mln euro przychodu z VAT, nie możemy być małym podatnikiem.

Autorem wpisu jest Aleksander Konopek
Strefa SI Consulting

10 przykazań klienta

Prowadzisz małą lub średnią firmę i planujesz zatrudnić freelencera? Pracujesz w dziale marketingu większej korporacji, która zamierza wesprzeć się kimś z zewnątrz? Chcesz sprawdzić, czy współpraca z niezależnym specjalistą będzie tańsza, efektywniejsza i szybsza niż z agencją? Oto kilka spraw, o których musisz wiedzieć, zanim napiszesz lub zadzwonisz do freelancera.

zdjęcie pochodzi z filmu 10 przykazań

1. Nie zawracaj głowy bez potrzeby

Może brzmi to dość brutalnie, ale prawda jest taka, że my nie mamy całego sztabu ludzi w dziale handlowym, których jedynym celem jest odpowiadanie na Wasze maile, przygotowywanie wycen dla hipotetycznych projektów, które nigdy nie dojdą do skutku, czy dopytywanie się, jak tam idzie sprawa z podpisaniem umowy. A już zwłaszcza przygotowywanie za Was kosztorysów dla Waszych nie do końca jeszcze zdecydowanych na zlecenie klientów.

2. Nie uchylaj się od podpisania umowy

Freelancer kontra firma, nawet niewielkich rozmiarów, to jednak relacja Dawida z Goliatem. A zatem umowa, często połączona z zaliczką to nasze jedyne zabezpieczenie Waszej wypłacalności, a co za tym idzie, nasze być albo nie być. Umowa to podstawa, natomiast zaliczka znacznie ułatwi freelancerowi zachowanie wypłacalności.

3. Płać terminowo faktury/rachunki

Największą bolączką freelancerów są niezapłacone faktury lub zaległości w płatnościach od klientów. My też mamy nasze rachunki do zapłacenia, nie wspominając już o podatku czy VAT-cie. Natomiast konieczność windykowania klientów to dodatkowy czas stracony przez freelancera na pisma, maile, dokumenty dla sądu czy firmy windykacyjnej. Poza tym po takich problemach raczej nie spodziewaj się kontynuowania współpracy. Musisz się też liczyć z tym, że fama o Tobie, jako niesolidnym płatniku rozniesie się po freelancerskim światku, a wtedy może być trudno znaleźć kogoś na zastępstwo.

4. Dokładnie określaj swoje potrzeby

Wbrew pozorom hasło: „Potrzebuję strony internetowej”, nie wystarczy, aby dokonać skutecznego zamówienia usługi. Śrubek/opon/komputerów, którymi handlujesz, też jest całe mnóstwo, więc nie oskarżaj freelancera o brak profesjonalizmu („No jak to? To pan nie wie?”) albo upierdliwość („No czego znowu pani nie wie?”), jeśli zada Ci dodatkowe pytania, aby uściślić, o co właściwie chodzi. Poszukiwanie dodatkowych informacji świadczy właśnie o tym, że masz do czynienia z fachowcem, który chce dostarczyć usługę w pełni dostosowaną do Twoich potrzeb, a nie gniota „dla wszystkich i dla nikogo”.

5. Szanuj czas freelancera

Poza sprawami wymienionymi w punkcie pierwszym mamy też czas pracy nad projektem. Jeżeli zwlekasz z odpowiedzią, bo w piątek już Ci się nie chce do tego przysiąść, to blokujesz w ten sposób realizację zlecenia i narażasz freelancera na dodatkowe koszty przestoju w pracy. Tym bardziej, że w poniedziałek zapewne nagle zacznie Ci się strasznie śpieszyć i będziesz napierać na zleceniobiorcę, aby uwinął się szybciej. Przez przerwę w wymianie informacji zagrożona może być jakość projektu. Dlatego bardzo ważne jest, aby przestrzegać ustalonych ram czasowych na realizację poszczególnych etapów, bo coś, na co przewidziane było 48 godzin, ciężko będzie zrealizować w 12, szczególnie jak się pracuje w pojedynkę. Poza tym weekendy nie powinny z założenia wliczać się do czasu realizacji zlecenia i nie, to nieprawda, że freelancer może sobie odebrać weekend w innym terminie, bo prawda jest wtedy taka, że pracuje przez 7 dni w tygodniu, a to na pewno nie jest zdrowe.

6. Nie wprowadzaj zbyt często zmian do projektu

No cóż, to prawda, koncepcja projektu może się zmienić, ale – na boga – nie co 3 dni i nie po 10 razy. W umowie od freelancera z doświadczeniem możesz się spodziewać informacji o tym, ile poprawek obejmuje dana cena oraz jaki jest ich zakres. Powyżej tej wielkości powinieneś się spodziewać dodatkowej faktury, w szczególności wtedy, gdy projekt trzeba w zasadzie zrealizować od początku.

7. Nie irytuj się, jeżeli nie otrzymasz odpowiedzi/propozycji projektu natychmiast

Freelancer to człowiek orkiestra, ale nie robot wieloczynnościowy i po prostu pewnych rzeczy nie da rady zrobić na raz. Na ogół wielu z nas ma na swojej liście zadań do wykonania same priorytety, które są na już. A tu trzeba jeszcze spać, jeść, wystawić faktury, czasem wyjść z domu i pracować. Tymczasem, jeśli przez cały dzień wydzwaniają klienci lub zasypują nas mailami, nie ma czasu na pracę jako taką, do której zapewne trzeba będzie usiąść po nocy. Dlatego niektórzy freelancerzy po prostu wyłączają komórkę, nie włączają komunikatorów i nie sprawdzają maila, aby móc wreszcie coś zrobić.

8. Dopuszczaj możliwość, że freelancer może być chory lub ma rodzinę, która go potrzebuje

Freelancer nie ma formalnie zwolnienia z pracy z tytułu chorobowego, zdarzeń losowych czy choroby dzieci. Freelancer musi się też jak każdy normalny człowiek leczyć, chodzić do dentysty, czy wymieniać opony w samochodzie. Freelancer nie jest Twoim pracownikiem i nie ma obowiązku warować przy komputerze, czekając na Twój mail, chyba że akurat tego dnia umówiliście się na kontakt. Uwierz, freelancer też uważa, że to nie jest dobry moment na grypę, ale na pewno nie biegał po okolicznych przychodniach po to, aby ją Tobie na złość podłapać.

9. Szanuj urlop freelancera

W związku z powyższym podpunktem pamiętaj także o tym, że freelancerowi, tak samo jak i pracownikom etatowym należą się wakacje (lub długie weekendy i święta) bez pracy. Jeśli więc dostajesz mail z autorespondera z prośbą o kontakt tylko w bardzo pilnych sprawach kwestii życia lub śmierci, zastanów się, czy poprawienie tła strony lub napisanie przemówienia prezesa na odbywające się za miesiąc obchody rocznicy firmy należą właśnie do takich sytuacji.

10. Słuchaj rad freelancera jako speca w swojej dziedzinie

Z pomysłami często jest tak, że trudno nam się z nimi rozstać, nawet jeżeli sporo osób mówi, że to się jednak nie uda albo nie będzie dobrze wyglądało. Dlatego sugestii freelancera zmieniających Twoją oryginalną koncepcję nie traktuj jako ataku, wywyższania się, czy szarogęsienia się, ale potraktuj jako darmową poradę profesjonalisty. W końcu oddajesz swój projekt w nasze ręce po to, aby uzyskać coś dobrego, z czego możesz być dumny i co docenią Twoi klienci, prawda? A zatem zaufaj nam i pozwól nam wykonać swoją robotę najlepiej, jak potrafimy.

Freelancing a EURO 2012

Sądzisz, że freelance nie ma nic wspólnego z Mistrzostwami EURO 2012? Ja też, ale jak się rozejrzeć wokół, to wydaje się, że wszystko ma coś wspólnego z nieszczęsnym EURO. Byle tylko zarobić na reklamie. A Polacy, którzy na czas EURO oczywiście wszyscy staną się kibicami na pewno docenią nasz wysiłek i odwdzięczą się zakupem. Moim zdaniem to dość śmieszne pójście na łatwiznę, ale co gorsza, najprawdopodobniej skuteczne. W końcu duże imprezy sportowe nieodmiennie cieszą się olbrzymim zainteresowaniem sponsorów. Serek i jogurt na poniższym zdjęciu to jeszcze pikuś. Przynajmniej promują nabiał, a to bądź co bądź lepsze niż chipsy i piwo. Poniżej subiektywny przegląd naszych ulubionych piłkarskich promocji :-)

EURO 2012 rodzinnie

Piłkarzom kibicuje oczywiście cała rodzina, nawet niemowlak w trakcie niedzielnego spacerku z tatą, o czym przekonuje nas specjalny piłkarski zestaw wózek, plus flaga, plus bodziak kibica, a co najważniejsze plus gratisowy łańcuszek do smoczka, naturalnie z piłką nożną.

 

PS.: Na Facebookowej tablicy Pulsu Biznesu możemy jeszcze podziwiać „mistrzowski” kubraczek dla psa z napisem „Pies kibica”.

KOKO SPOKO RULEZ

KOKO EURO SPOKO Jarzębiny to według was totalny suchar? A może wpadająca w ucho ludowa przyśpiewka, którą łatwo da się wykorzystać w reklamie? Producent preparatu na wzmocnienie wątroby wybrał właśnie tę drugą opcję. A oto efekt, którego można posłuchać np. w radiu:

 

EURO stylizacja

Wybierasz się na mecz? No to musisz się odpowiednio ubrać, pomalować twarz (ale tylko na jedyny słuszny kolor, czyli biało-czerwono, inne kolory w zestawach do malowania twarzy dla dzieci)…

…i włosy…

…nie zapomnij też włożyć specjalnych kibicowskich soczewek kontaktowych.

Inne fantastyczne pomysły na promocję, dzieci EURO 2012 można obejrzeć na stronie Pulsu Biznesu.

http://euro2012.pb.pl/2607303,39603,koko-foto-czyli-nasz-konkurs-na-euro-2012

Freelancing a macierzyństwo…

… lub ojcostwo, czyli jak pracować ze słodkim dzieciątkiem i nie oszaleć

Polityka prorodzinna w Polsce jaka jest, każdy widzi i póki co, nie zanosi się, aby było inaczej. Natomiast młode mamy, których dotychczasowy pracodawca nie bardzo chce widzieć z powrotem w biurze, aktywnie zachęca się do telepracy, zakładania działalności gospodarczej na preferencyjnych warunkach, czy właśnie freelancingu. Na zdjęciach widnieją zawsze uśmiechnięte i starannie ubrane młode mamy oraz równie zadowolone z życia różowe bobasy. Szczęśliwa wizja dziecka blisko rodzica i pieniędzy zaoszczędzonych na żłobku lub niani. A jak jest naprawdę? Czy można łączyć pracę z wychowaniem dziecka? Kto powinien przejąć opiekę nad dzieckiem, jeżeli wolny zawód wykonuje tata?

 zdjęcie pochodzi z flickr

Rozkoszny noworodek, który tylko śpi

Tak, są takie dzieci, które na początku śpią bite trzy godziny, a potem szybciutko wciągają butlę i znowu odlatują na kolejne parę godzin. Do pierwszego ząbkowania/kolki/skoku rozwojowego niepotrzebne skreślić. Dziecko jest równie nieprzewidywalne, co fluktuacja zleceń. Dziwny trafem szczyt zamówień przypada często na pierwszy katarek naszego malucha, który choć sam w sobie niegroźny, budzi często w świeżych rodzicach panikę, podsycaną przez uczynnego pediatrę opowieściami o szpitalach i zapaleniach płuc. Fakt pozostaje faktem, że chore kilkumiesięczne dziecko wymaga na ogół atencji non-stop. Po prostu przestaje płakać tylko u Ciebie na rękach. Możesz wspomagać się chustą, ale może to oznaczać, że do czasu aż maluch nie zaśnie, będziesz łazić po mieszkaniu z laptopem, próbując coś na nim stukać jedną ręką, miarowo się kołysząc i mrucząc miłym głosem: „A-a-a, Zaśnij raz-dwa, bo tatę weźmie cho-le-ra”. Poza tym im bardziej Ty jesteś zły/a, tym bardziej maluch chce się przytulić i upewnić się, że nadal go kochasz. Dlatego na czas choroby warto jednak zorganizować sobie kogoś do pomocy albo poprzekładać / popodzlecać twoje projekty.

Kiedy i jak pracować w dzień przy niemowlęciu?

Mniej więcej od 3 miesiąca życia Twoje dziecko ma już ustalone pory drzemek w ciągu dnia – optymalnie dla rodzica, jeżeli jest to jedna dłuższa przerwa w środku dnia, trwająca jakieś 2-3 godziny. Można próbować walczyć z zegarem biologicznym twojego dziecka, ale jeżeli ono życzy sobie spać od 10:00 do 10:45 a następnie od 14:00 do 16:00, może nie być łatwo to zmienić, ale spróbować można. Dobra wiadomość jest taka, że w normalnych warunkach (patrz wyżej) te pory odpoczynku są święte, więc to czas spokoju dla Ciebie – na przykład na wykonanie ważnych telefonów do klientów, które nie mają być okraszone dźwiękiem dziecięcego płaczu w tle. Przez pozostały czas w ciągu dnia najprawdopodobniej uda Ci się popracować maksymalnie pół godziny „w jednym bloku”. Przez pozostały czas będziesz prowadzić barek, zawieszać zabawki w macie edukacyjnej/ zabierać zabawki z maty, przekręcać malucha na brzuszek/na plecki, podawać zabawkę/ odsuwać zabawkę, do której maluch sam chciał sięgnąć, ewentualnie przy już raczkującym malcu po raz kolejny odciągać go od przedłużacza/półki z książkami/psich misek. Najefektywniejszy czas na pracę przy dziecku do roku, to godziny wieczorne, kiedy maluch śpi. Poza tym z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że dziecko lepiej toleruje rodzica siedzącego obok niego na podłodze (najlepiej w dziecinnym pokoju wśród zabawek naszej pociechy) z laptopem na kolanach, niż oddalonego i siedzącego na krześle przy biurku. Dlatego naprawdę warto pomyśleć o niani/babci przynajmniej na kilka godzin dziennie. Inaczej twój etat żłobkowo-freelancerski może oznaczać nawet naście godzin na dobę.

 Praca w domu przy dwulatku

Masz wizję twojego maleństwa radośnie brykającego po placu zabaw i Ciebie rozkoszującej/ego się słońcem na pobliskiej ławeczce? Starsze dzieci są wprawdzie bardziej samoobsługowe, ale też mają wiele szalonych pomysłów, w rodzaju sypanie piaskiem tudzież zabawa w latającego supermana, który chce wzbić się w powietrze stojąc na szczycie drabinek. Nie wspominając już o samotnych wycieczkach po parku. Możesz rozważyć salę zabaw, gdzie dziećmi opiekują się animatorzy, ale nie wiem, jak idzie Ci praca w takim hałasie. Być może jednak zatyczki-stopery w uszach lub muzyka na słuchawkach mogą trochę w tym pomóc. Jeżeli twoje dziecko roznosi energia, a ty ledwo żyjesz, możesz też pomyśleć o klubie malucha (gdy kategorycznie odrzucasz opcję żłobka), chociaż na parę godzin. Dwulatki potrzebują już kontaktu z dziećmi i często całkiem nieźle znoszą rozstania z rodzicami – nawet czasami lepiej niż trzylatki.

zdjęcie pochodzi z flickr

Weekendy ze znudzonym przedszkolakiem: a może towarzysz zabaw?

Myślicie o tym, czy aby nie zdecydować się na drugie dziecko, bo przecież rodzeństwo tak się razem ładnie bawi? Pewnie tak, ale zanim to nastąpi, często regularnie próbuje się nawzajem pozabijać, wyrywając sobie zabawki. Poza tym przy dwójce dzieci nierzadko zdarza się, że cały czas masz coś do roboty. Dlatego weekend z całą pewnością lepiej poświęcić rodzinie, a w tygodniu maluchy powierzyć opiekunce lub zorganizowanej placówce. W końcu freleancing to praca jak każda inna, a nie siedzenie w domu i zbijanie bąków..

 A zatem, czy da się pracować z dzieckiem w domu?

I tak i nie. Kiedy dziecko jest zdrowe, śpi w dzień minimum 2 godziny i potrafi się samo sobą zająć na dłużej: czytaj godzinę wpatrywać w wirującą karuzelę z misiami lub 45 minut bujać na leżaczku bujaczku, a starsze uwielbia budować z klocków skomplikowane budowle lub murem godzinkę z hakiem siedzi przed ulubioną bajką (w końcu nie chodzi o hardkory typu masz mały chipsy i kolę, tu jest pilot, włącz sobie Mini-Mini, a jak zgłodniejesz to tatuś zamówi pizzę), a na dokładkę masz ogródek, który od biedy zastąpi spacer to jest szansa, że sporo zrobisz w dzień. A wtedy wieczorem dokończysz jeszcze tylko to, co zostało. Gorzej, jak coś w tym układzie zaczyna się sypać. Bo wtedy, umówmy się, ani nie pracujesz, ani nie zajmujesz się dzieckiem. Jesteś poddenerwowany/a, odreagowujesz na dziecku, a ono odpłaca Ci pięknym za nadobne. Wtedy trzeba szukać alternatywnych rozwiązań, bo taki układ jest na dłuższą metę toksyczny dla wszystkich.

 Złote porady dla rodziców pracujących w domu i zajmujących się dzieckiem

  • Pracuj przede wszystkim wtedy, kiedy dziecko śpi lub jest czymś zajęte na dłużej. Wstawanie od komputera co pięć sekund jest szalenie frustrujące, męczące i wykańczające psychicznie. Jeden taki dzień potrafi pozbawić energii życiowej na dwa kolejne.
  • Przez pozostałą część dnia, zajmuj się tylko dzieckiem. Warto oczywiście sprawdzać maila (byle nie co 5 minut), ale optymalnie jest poinformować stałych klientów, w jakich godzinach pracujesz i tego się trzymać. Staraj się też sporo odpoczywać. W końcu leżenie razem na łóżku albo na kocu w ogrodzie i gadanie o dinozaurach lub obserwowanie chmur to też jest cenna lekcja wychowania – kreatywne lenistwo.
  • Rutyna jest dobra – i dla malucha i dla Ciebie. Pozwoli ogarnąć chaos organizacyjny i realnie oceniać twoje możliwości czasowe.
  • Miej na podorędziu pomocników, którzy w razie czego wezmą na siebie pierwszy impet choroby malucha zanim nie skończysz bieżących projektów lub nie zastanowisz się, co z nimi dalej robić. Ewentualnie kogoś, kto za Ciebie rozdysponuje/dokończy pracę, kiedy Ty zajmujesz się malcem.
  • Nie rób nierealistycznych planów – frustracja jest gorsza niż satysfakcja z tego, że udało Ci się wreszcie zrealizować listę zadań (nawet jeśli widniała na niej tylko jedna pozycja).
  • Przyjmując zlecenie, zostawiaj sobie zawsze trochę czasu na nieprzewidziane zdarzenia z twoim dziecięciem, w tym na wykonanie telefonu do uczynnej babci.
  • Staraj się, jak najmniej denerwować na dziecko. Ćwicz jogę, jedz czekoladę lub zaopatrz się w ziołowe tabletki pomagające walczyć ze stresem. Praca w domu z dzieckiem to jest wyzwanie, wymagające dyscypliny i dobrej organizacji. Jeśli podejdzie do tego zadania ze spokojem, masz znacznie większe szanse powodzenia. Tym bardziej, że twój maluch chce być po prostu blisko Ciebie i nie rozumie, czemu będąc tuż obok, tak naprawdę jesteś gdzieś indziej.
  • Jeżeli jednak możesz, znajdź kogoś do opieki nad dzieckiem lub poślij do żłobka lub przedszkola. To naprawdę jest sprawdzające się rozwiązanie dla pracujących rodziców i całkiem spora frajda dla dzieci.

Mailing/newsletter FAIL

Zaglądacie czasem do folderu SPAM w swojej poczcie? Muszę powiedzieć, że ostatnio zamiast na Demoty czy Kwejka wchodzę właśnie tam i też mam niezłą polewkę. Nie wiem, czemu ludzie wiedząc, że spam sam w sobie jest denerwujący i te wszystkie „otrzymałeś tę wiadomość, ponieważ zapisałeś się na listę mailingową portalu-na-ktorym-nigdy-mnie-nie-bylo.com.pl, samą treścią kompletnie nie potrafią Cię zachęcić do tego, żeby jednak kliknąć, to upragnione „TAK”.

rysunek pochodzi z flickr

Już pal licho nieładujące się dobrze obrazki, czy złe ustawienie kodowania, ale błędy ortograficzne? Albo gadki rodem ze szkolenia NLP? Oto MY PERSONAL FAVOURITES:

Z góry przepraszam, ale i tak Cię zaspamuję”

Nie, napisanie, „przepraszam, jeżeli się pomyliłem wysyłając tego maila do Państwa”, to nie jest zachowanie zgodności z przepisami Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, a poza tym czysta hipokryzja. Dobrze wiedziałeś, co robiłeś, wpisując mojego maila na listę wysyłkową i nie kłam, że było inaczej. Obłudni przepraszacze wkurzają mnie chyba najbardziej, bo bezczelnie obrażają moją inteligencję. Podobnie jak mailing typu:

Re: nasza ostatnia rozmowa”

Tytuł maila oczywiście ma nas zmylić, że ten mail wcale nie powinien trafić do spamu. Też mnie to drażni, tym bardziej że niestety mnie też zdarzyło się na to nabrać. Efekt? Najczęściej wypisuję się właśnie z takich fakeowych mailingów i newsletterów.

 Sprawdzający, czy mailing dochodzi, na swoim własnym mailu

Nagłówek maila wygląda wtedy z reguły tak:

Od: Najlepsze na świecie pozycjonowanie

Do: „Kolejny klon demotywatorów” admin@stronka-z-obrazkami-na-ktorej-zarobie-miliony-z-klikow.tv

To już nie można było wrzucić w „ukryte do wiadomości”? I nie, nie wejdę na twoją stronkę, żeby Ci narobić wyświetleń.

Mailing od analfabety

Nie mogę się powstrzymać i zacytuję w całości: „zgodnie z ustawą przeciw spamową proszę o zgodę mailową na przesłanie szczegółów o kredytach dla firm , liniach , kredytach inwestycyjnych , kredytach pod przetarg”. Pod spodem jeszcze ni z gruszki ni z pietruszki podany został ciąg cyfr (dziewięciu), co sugeruje polską komórkę i brak podpisu. Już lecę dzwonić.

Mistrz neurolingwistycznego programowania

„Czujesz, że zasługujesz na więcej? Lubisz luksusowe życie? Chciałbyś mieć dużo pieniędzy? Ja nie powiem Ci, jak je zarobić, bo na pewno mi nie uwierzysz. Musisz to zobaczyć na własne oczy, tak jak…” I tu następują wypowiedzi Staszka z Czosnkowa, Anieli z Chojnic oraz Zenona, właściciela hurtowni spożywczej, który już nie musi martwić się o to, z czego zapłaci ZUS za swoich pracowników, ponieważ poznali cudowną metodę Pawła/Krzysztofa Waldemara/Norberta, która uczyniła ich bogaczami za jedyne (oszalałem?) 79 zł. No, thank you.

Samochód dla freelancera…

… prawie za darmo ;-)

Po co freelancerowi samochód? Przecież i tak siedzi w domu w piżamie, a zakupy robi przez internet. No cóż, wbrew pozorom freelancer to nie przypadek agorafobii tylko normalny pracownik, który przyjedzie na spotkanie z klientem, załatwi sprawy w ZUS-ie i US (e-urzędy to jak wiemy jeszcze ciągle w dużej mierze fikcja). A w przypadku niektórych freelancerskich zawodów jak fotograf, architekt czy informatyk samochód to wręcz konieczność.

Zdjęcie pochodzi z flickr

A zatem kupić za gotówkę? Na kredyt? Użyczyć firmie i robić kilometrówkę? Wziąć na firmę w leasingu? Oto kilka porad dla freelancera przymierzającego się do zakupu „firmowego auta„.

Nie mam firmy

Niestety, jeżeli jesteś freelancerem bez działalności gospodarczej, to praktycznie nie ma możliwości odpisywania sobie od podatku kosztów użytkowania samochodu. Gdy dużo jeździsz i twoja praca bez auta nie ma sensu, warto rozważyć założenie. DG. Jest to jeden z wyraźnych plusów prowadzenia własnej jednoosobowej firmy, choć, jak wiemy, z drugiej strony na szali mamy wysysający z nas resztki dochodu ZUS.

Własne auto jako samochód firmowy

Użyczenie jest chyba jednym z najbardziej rozpowszechnionych sposobów użytkowania samochodu. Wykorzystanie prywatnego samochodu do prowadzenia działalności jest dość proste: zbieramy wszystkie faktury związane z użytkowaniem samochodu i wpisujemy je w książkę przebiegu pojazdu. Z drugiej strony do tej samej książki wpisujemy wszystkie przejazdy, jakie pokonaliśmy samochodem w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Rozróżniamy tu dwie stawki za przejechany kilometr: dla samochodu osobowego o pojemności poniżej 900 cm3 stawka wynosi 0,5214 zł. Natomiast dla samochodu osobowego o pojemności powyżej 900 cm3 stawka wynosi 0,8358 zł. Wartość tej kilometrówki stanowi górną granicę, do jakiej możemy odpisać sobie koszty użytkowania samochodu. I to jest jedyny sposób wprowadzania w koszty własnego samochodu osobowego. Sposób ten jest dobry, jeżeli mamy własne auto i nie chcemy kupować nowego.

 Samochód firmowy za gotówkę

Jeżeli już jesteśmy freelancerami z sukcesami i mamy zaoszczędzone trochę grosza, możemy sobie kupić samochód do firmy za gotówkę. Tak jest najszybciej i najprościej. Kupując samochód „na firmę” możemy sobie go wpisać w koszty i odliczyć sobie od podatku, czyli samochód będzie w ogólnym rozrachunku tańszy. Jeżeli jesteśmy vatowcami, odliczamy sobie VAT, ale dla samochodów osobowych będzie tu limit 6000 zł. Dodatkowo amortyzacja, co roku 20% wartości samochodu. Tu też obowiązuje limit – 20 000 EUR. Policzmy, ile możemy zaoszczędzić w przypadku zakupu samochodu za np.: 66 000 zł.

Odliczamy VAT 6000 zł (maksymalna kwota limitu), pozostałą część – 60 000 zł amortyzujemy, wliczając w koszty co miesiąc 1000 zł (20% z 60 000 zł to 12 000 zł rocznie; co daje miesięcznie 1000 zł), a 1000 zł kosztów to o około 180 zł mniejszy podatek. Policzmy teraz, ile zapłacimy mniej podatku:

6000 zł + (180 zł * 12 miesięcy * 5 lat) = 16 800 zł

Czyli nasz samochód o wartości 66 000 zł, tak naprawdę kosztuje tylko 49 200 zł, wiec zakup nowego samochodu za gotówkę nie jest wcale taką złą inwestycją. Tu oczywiście pod warunkiem, że mamy dochody pozwalające na skorzystanie z takich ulg i spodziewamy się, że przez następne 5 lat także będziemy płacić około 2160 zł podatków rocznie.

Samochód firmowy w leasingu

Jeżeli nie mamy gotówki lub mamy, ale nie chcemy jej wydawać jednorazowo, natomiast nowe auto do firmy jest niezbędne, dobrym rozwiązaniem jest leasing. Mamy dwa rodzaje leasingu: kapitałowy i operacyjny. Różnią się tym, że w leasingu operacyjnym nie możemy amortyzować naszego samochodu (naszym kosztem są opłaty za leasing) w przeciwieństwie do leasingu kapitałowego, gdzie możemy dokonywać odpisów amortyzacyjnych, ale naszym kosztem będą jedynie odsetki od zapłaconych rat. Przy leasingu kapitałowym nie jest też łatwo odstąpić od umowy.

Jaką przewagę ma leasing na kredytem samochodowym? Koszty leasingu nie są tak duże, jak nakłady związane z kredytem, dodatkowo nie ma tak dużych rygorów dotyczących zdolności kredytowej. Przyjmijmy, że koszt samochodu to tak jak powyżej 66 000 zł brutto, to daje netto ok 53 659 zł. Koszty leasingu przy wpłacie własnej 2 682.95 zł (5% kwoty netto) wynoszą ok.: 1 067 zł netto przy 5 latach trwania leasingu. W tym przypadku zaoszczędzimy na podatku też ok 180 zł miesięcznie. A po 5 latach po wykupieniu od leasingodawcy samochodu (zwykle za 1% wartości netto) samochód będzie nasz. I wtedy będziemy mogli go sprzedać i kupić nowy – też w leasingu. Leasing ma też tę dobrą cechę, że umowa leasingowa nie obciąża naszej zdolności kredytowej, co jest szczególnie ważne w przypadku starania się o kredyt, np.: hipoteczny.

 Samochód firmowy na kredyt

Kupno samochodu na kredyt opłaca się jedynie dla samochodów objętych pełnym odpisem VAT (ciężarowe, autobusy i osobowe w cenie do 31 980 zł z VAT). W przypadku kredytu kosztem uzyskania dochodu są tylko odsetki, prowizje i wszystkie koszty dodatkowe powyżej tego, co wydaliśmy na samochód. Część kapitałowa raty kredytowej może być naszym kosztem jedynie wówczas, gdy bank nie zapisze w umowie kredytowej, że do momentu całkowitej spłaty kredytu jest właścicielem pojazdu. Kredyt może się opłacać w przypadku, gdy na samochód ostaniemy dofinansowanie z Unii.

 Samochód firmowy wypożyczony

Jeżeli nie chcemy kupować samochodu lub potrzebny jest nam samochód np. na jednorazową wizytę u klienta, możemy go wypożyczyć. Dostaniemy fakturę VAT i wliczymy ją w koszty działalności. Wynajem długoterminowy dla freelancerów nie wydaje się dobrym rozwiązaniem, ponieważ koszty takiego wynajmu są wyższe od leasingu czy kredytu, a korzyści (koszty napraw, przeglądów itp.) nie są aż tak duże, żeby kompensowały zwiększone koszty. Ale jednorazowy wynajem auta to jak najbardziej dobra opcja do rozważenia.

Podsumowując, jeżeli jesteście freelancerami bez samochodu i prowadzicie działalność, najlepszym rozwiązaniem w kwestii samochodu służbowego, jest według nas leasing. Nie wymaga dużego wkładu własnego, jest dość prosty, a co najważniejsze po zakończeniu leasingu, stajemy się właścicielami 5-letniego samochodu (w naszym przykładzie o wartości 66 000 zł), który z dużym prawdopodobieństwem uda nam się sprzedać za powiedzmy 15 000 zł (plus minus 1/4 wartości). Jeżeli tę kwotę w całości (naturalnie po odliczeniu podatku) przeznaczymy na wpłatę własną na leasing nowego auta, pozwoli nam to skrócić okres leasingu do 3 lat, zachowując tę samą wartość raty. Po trzech latach nasz kolejny samochód będzie wart ok. 33 000 zł (50% wartości początkowej). I znów go sprzedajemy i albo kupujemy samochód za gotówkę, albo wpłacamy jako wpłatę własną na kolejny leasing. Wówczas skrócimy leasing już tylko do 2 lat, i tak dalej, aż będziemy mieli co roku nowy samochód lub coraz lepszy, płacąc co miesiąc taką samą kwotę. To co, lecicie do salonu samochodowego na zakupy?

10 mitów o pracy wolnego strzelca

Freelancer to ma słodkie życie. Wstaje, kiedy chce, trochę popracuje, a później tylko obserwuje pieniądze gromadzące się na koncie. Też w to wierzysz? Uwaga: padłeś ofiarą mitów o pracy wolnego strzelca. Czas obalić te najpopularniejsze!

  1. Wolny strzelec robi to, co kocha…

Gdy kończy się hojność rodzinnych sponsorów, wolny strzelec przestaje wybrzydzać i przyjmuje wszystkie intratne zlecenia.

  1. … i nikt go nie pilnuje

Żaden szef nie jest nawet w połowie tak uparty, męczący i natrętny jak zdesperowany klient. W dodatku szefa możesz oskarżyć o mobbing, a zleceniodawcy nie.

  1. Freelancer nigdy się nie nudzi

Wolny strzelec nudzi się tak samo często, jak pracownicy etatowi, ale nikt mu za nudę nie płaci. Za odpisywanie na kolejne maile potencjalnych klientów, za szukanie ofert, przygotowywanie specyfikacji nie dostaje ani grosza.

  1. Wolny strzelec pracuje wtedy, kiedy ma ochotę

Freelancer pracuje wtedy, kiedy ma zlecenie. A zlecenia mają to do siebie, że pojawiają się tuż przed długim weekendem, świętami lub latem, w najbardziej słoneczne dni. Dziwnym trafem w listopadzie, kiedy nie chce się wyjść z domu, zleceń brak.

  1. Freelancer ma mnóstwo wolnego czasu

Wolny strzelec zawsze jest w pracy. Przynajmniej przez pierwszy rok, zanim nauczy się odpoczywać i organizować sobie czas. I zanim nie zdobędzie takie pozycji, żeby utrzymać się z kilku godzin pracy dziennie.

  1. Wolny strzelec świetnie zarabia

Freelancerzy, którzy zarabiają majątek, pracując przez dwie godziny dziennie, są jak yeti – każdy o nich słyszał, nikt nie widział.

  1. Freelancing łatwo można pogodzić z wychowywaniem dzieci

Na początek spróbuj pisać na klawiaturze oblanej soczkiem marchewkowym, z przeraźliwymi piskami i krzykami w tle. Twoja efektywność spadła do zera? To już wiesz, jak wygląda freelancing z dzieckiem u boku.

  1. Freelancer ciągle się rozwija i pracuje kreatywnie

Zlecenia pozwalające na kreatywne i nieszablonowe rozwiązania trafiają się raz na kilka tysięcy rutynowych realizacji. Zapomnij też o zwiedzaniu kolejnych galerii sztuki, kursach i godzinach spędzonych w bibliotece. Nie będzie na to czasu.

  1. Wolny strzelec sam sobie wybiera klientów

Są w gronie freelancerów tacy, którzy sami wybierają klientów. Jeśli jednak nie napisały o tobie kolorowe magazyny i nie bywasz na bankietach, nie masz szans na dołączenie do tego grona.

  1. Wolni strzelcy to elita

Jedni uważają wolnego strzelca za lenia, który przesiaduje przed komputerem, zamiast wziąć się do poważnej roboty, inni zazdroszczą, dopóki nie dowiedzą się, że już drugi tydzień jesz chleb z masłem, czekając na przelew od klienta. Lepiej więc mów o sobie: przedsiębiorca!

Podatki for dummies

Jak to mówią, pewna jest tylko śmierć i podatki. Może jednak nie ma co od razu wprowadzać takiego grobowego humoru i postarać się jako tako zrozumieć. W ten sposób wypełnianie formularzy podatkowych nie będzie spędzało nam snu z powiek od stycznia do końca kwietnia każdego roku, bo w końcu nie każdy chce zlecić to zadania księgowej/księgowemu i ma ambicję, aby zrobić to sam/sama. I właśnie tym nielicznym odważnym, którzy postanowili samodzielnie zmierzyć się z PIT-em rocznym, dedykujemy niniejszy wpis.

zdjęcie pochodzi z flickr

Jako że żyjemy w erze e-urzędów (uuuuuuuuuuuu!!!!!) i cyfryzacji polskiego społeczeństwa, PIT można wypełnić na komputerze i złożyć go przez internet. Polecamy to rozwiązanie, ponieważ programy te w większości przygotowane są przez specjalistów, a zatem ryzyko popełnienia błędu jest zminimalizowane i powinniśmy poradzić sobie z tym bez kłopotu. Nawet w przypadku tych osób, które nie odróżniają PIT od VAT. Więc do dzieła!

 Programy do wypełniania PIT-ów

Na rynku jest bardzo wiele programów tego typu. Chyba każda fundacja ma teraz własny darmowy program do wystawiania PIT-ów, w zamian wystarczy tylko ich wesprzeć swoim jednym procentem (fundacja jest ustawiona jako domyślny odbiorca i nie można tego zmienić). Programy te w zasadzie się od siebie nie różnią – możesz więc po prostu wybrać jakąś organizację pożytku publicznego, którą chcesz wesprzeć, a następnie skorzystać z jej oprogramowania. Naszyzm zdaniem wart polecenia jest za to program dostępny na stronie Ministerstwa Finansów. Jest on trochę trudniejszy w obsłudze – nie prowadzi jak inne za rączkę, ale jak dobry, lecz surowy rodzic uczy kreatywności i samodzielnego rozwiązywania problemów. Niemniej jednak działa sprawnie i szybko, a co najważniejsze bez problemu wysyła zeznania podatkowe przez sieć, bezpośrednio do naszego urzędu skarbowego, co zostało przetestowane przez autora niniejszego tekstu.

PIT-36 czy PIT-37

Polska to kraina formularzy, więc ilość PIT-ów i ich numerów może trochę przerazić. Generalnie, jeżeli jako freelancer prowadzisz jednoosobową działalność gospodarczą (niezależnie czy jako vatowiec, czy wystawiając rachunki uproszczone), musisz wypełnić PIT-36. Dla osób fizycznych (rozliczających się ze zleceniodawcą na podstawie umowy o dzieło lub umowy zlecenia) przeznaczony jest PIT-37.

Ok, wpisałem/am imię nazwisko adres i co dalej?

Do końca lutego powinniśmy otrzymać od naszych zleceniodawców PIT-11. Przepisujemy odpowiednie kwoty z kolumn: przychody, koszty uzyskania przychodów, dochód, zaliczka pobrana przez płatnika do odpowiednich pól w formularzu PIT-36 lub PIT-37 (część C). Są to dochody ze stosunku pracy. W części C formularzy wpisujemy wszystkie nasze dochody krajowe, razem z kosztami ich uzyskania i zapłaconym podatkiem. Dla dochodów, które osiągnęliśmy bez formalnej umowy, przeznaczony jest punkt 5, część C deklaracji PIT-37. Musimy też mieć podkładkę w postaci potwierdzeń przelewów lub pokwitowań w przypadku kontroli.

Zarabianie za granicą

Sytuacja nieco się komplikuje, jeżeli mamy przychody z zagranicy. Firmy zagraniczne mogą rozliczać się z freelancerami na kilka sposobów:

    • Umowa o dzieło i samodzielnie zapłacony w Polsce podatek – jest to normalna umowa o dzieło jak z krajowym zleceniodawcą, z tą różnicą, że to my sami musimy zapłacić podatek (nie jest on odliczany przez zleceniodawcę).
    • Faktura, rachunek – w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej wystawiamy fakturę lub rachunek i wprowadzamy ją do swoich przychodów.
    • Tylko przelew – w niektórych państwach nie funkcjonuje coś takiego jak umowa o dzieło. Czasami zdarza się, że otrzymujemy pieniądze np. przez PayPal bez żadnego „papierka” dokumentującego taką transakcję. W takich przypadkach taki przychód wpisujemy w pole „Inne źródła” (pkt. 5, część C deklaracji PIT-37). Dobrze jest mieć potwierdzenia przelewów na taką kwotę od kontrahenta i np. maile z zamówieniami, abyśmy nie byli posądzeni o pranie brudnych pieniędzy.

Odliczenia od dochodu

Jeżeli pracujemy wyłącznie na umowy o dzieło i nie mamy z nikim podpisanej innej umowy (umowa o pracę lub zlecenie) to kwota składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 0. Dla prowadzących działalność i płacących pełny ZUS kwota ta wyniesie za 2011 rok 7130,56 zł z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym (6541,13 zł bez tego ubezpieczenia). Są to składki najniższe. Jeżeli płacimy wyższe składki (być może ktoś jeszcze wierzy w wydolność polskiego systemu emerytalnego), to wpisujemy odpowiednio większą kwotę. Innymi odliczeniami od dochodu może być ulga na internet – 760 zł lub ulga na dzieci w maksymalnej wysokości 1 112,04 zł, lub wydatki na cele mieszkaniowe (remonty, budowa domu).

Odliczenie od podatku

Od podatku odliczamy wydatki na ubezpieczenia zdrowotne – w 2011 roku dla prowadzących działalność gospodarcza było 2506,30 zł. Dla osób pracujących na umowę o dzieło jest to kwota podana w PIT-11. Jeśli ubezpieczamy się dobrowolnie w NFZ, bo pracujemy tylko na umowy o dzieło i nie mamy działalności gospodarczej, ani umowy o pracę lub zlecenie, także odliczamy sobie te wydatki w wysokości 7,75% podstawy wymiaru (przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, włącznie z wypłatami z zysku za kwartał podawane przez GUS do sprawdzenia tu).

Ten skrótowy poradnik powinien pomóc w rozliczeniach podatkowych i może wyjaśni niektóre niejasności. Pisany był pod kontem freelancerów, więc nie wszystkie aspekty w nim ujęliśmy. Jeżeli czegoś brakuje lub coś jest niejasne, prosimy o sygnał na forum, a postaramy się te kwestie wyjaśnić i uzupełnić.

Dogadać się z klientem

Masz czasem wrażenie, że z Twoim klientem rozmawiacie w dwóch obcych językach i wygląda na to, że nigdy się nawzajem nie zrozumiecie? W takiej sytuacji masz dwa, a w zasadzie trzy wyjścia: albo delikatnie wymigujesz się od wykonania zlecenia (ale może to oznaczać koniec dalszej współpracy), albo nie poddajesz się tak łatwo i a) drążysz tak długo, aż wreszcie wszystko zostaje spisane i omówione w najdrobniejszym szczególe lub b) robisz po swojemu i liczysz na to, że klient uzna, że tak jest ok.

obraz pochodzi z flickr

To jak? Podejmujesz się? W takim razie poniżej krótki poradnik do zrozumienia, co klient ma na myśli.

Proś o przykłady

To fakt, rozmowa z kimś, kto zdaje się nas kompletnie nie rozumieć, potrafi rodzić wielką frustrację i wywoływać mordercze myśli („No chyba nikt nie może być tak ograniczony?!”) albo powodować nagły spadek nastroju („Czy to ja jestem taki/a głupi/a, czy to klient bredzi?”). Czasami jednak wystarczy poprosić klienta o przykłady rozwiązań, które mu się podobają, aby rozmowa od razu zrobiła się prostsza. Pewnie będziesz jeszcze musiał/a dopytać o to, co konkretnie klienta urzekło w danej stornie/tekście (to waniliowe tło nam się z dziewczynami z marketingu bardzo podoba), ale jest to już jakiś punkt wyjścia.

Wymuszaj briefy

Sam przykład tego, co się klientowi podoba, w przypadku wielu projektów nie wystarczy. W końcu ma tu też znaczenie grupa docelowa, strategia danej marki i firmy, nie wspominając już o technologii wykonania prac. Jeżeli na samo słowo brief oczy twojego klienta zaczynają przypominać pięciozłotówki, postaraj się użyć synonimów, możliwie jak najdalej od marketingowego żargonu. Może „opis przeznaczenia produktu/usługi”, czy proste „komu to Państwo sprzedają?”, no i czemu ma służyć dana witryna/tekst (zdobycie iluś nowych klientów, wzrost sprzedaży w powiązanym sklepie, budowanie świadomości marki i udzielanie informacji etc.). Można, a nawet trzeba też podpytać o obecne doświadczenia klienta z danym produktem lub usługą – co się sprawdziło, a co nie albo czego firma na pewno nie chce. Oszczędzi to wszystkim sporo czasu.

Od początku rozmawiaj o pieniądzach

Czasami klientowi naprawdę wydaje się, że może mieć od ręki klon Allegro czy Amazona i nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, ile czasu zajmie i z jakimi kosztami wiąże się dany projekt. Warto więc od początku jasno podkreślać, jaka jest cena za poszczególne składniki projektu. Trzeba też poprosić klienta, aby dokładnie określił swój budżet, bo wtedy łatwiej będzie nam zaproponować konkretne rozwiązanie, dopasowane do jego możliwości finansowych. Prawdopodobnie po takim starciu z rzeczywistością projekt zubożeje, ale jest przynajmniej szansa na to, że jednak dojdzie do skutku oraz, że otrzymamy naszą zapłatę (Rada: zawsze przy tego rodzaju perturbacjach bierz zaliczkę, tak na wszelki wypadek).

Dokładna specyfikacja na piśmie

To coś w sam raz dla formalistów, ale przyda się każdemu. Kiedy już wszystko zostało szczęśliwie omówione, warto jako załącznik do umowy dołączyć specyfikację projektu, ewentualnie zawrzeć ją w mailu i zażądać potwierdzenia, czy wszystkie szczegóły się zgadzają. W razie ewentualnych roszczeń od klientów lub zgłaszania nieuzasadnionych poprawek będziemy mieć doskonałą podkładkę. I tu ważna sprawa – warto również dokładnie opisać zakres możliwych poprawek. Żeby się na koniec nie okazało, że w ramach korekty projektu w zasadzie musimy go przebudować od początku.

Jak wychować klienta…

i go nie stracić.

Byłeś/aś dotąd dla swojego stałego klienta niczym Zawisza, który zawsze i wszędzie stanie na posterunku, niezależnie od tego w ilu bitwach… hm to znaczy projektach brałeś/aś wcześniej udział i jak dużą masz gorączkę? Niestety musimy Ci to powiedzieć prosto z mostu. Rozpuściłeś/aś go i czas to zmienić! Inaczej mogą czekać Cię poważne konsekwencje zdrowotne. Jak wychować ekspansywnego klienta?

credits

 Szczera rozmowa

Ok, być może nie do końca była to twoja wina i po prostu klient postawił Cię przed takim stylem pracy. Czyli zleceniodawca zawsze pod telefonem, zawsze przy mailu (założysz się, że ma od tego ludzi?), wymagający od Ciebie takiej samej dyspozycyjności 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Jeśli czujesz, że powoli nie wyrabiasz, warto zacząć od szczerej rozmowy jak człowiek z człowiekiem, a nie android z robotem. Przy kolejnym zapytaniu piszesz, że termin realizacji jest o 24 godziny (48 godzin) dłuższy niż dotychczas. Jeśli następuje lawina próśb o szybsze wykonanie zlecenia, odpowiadasz, że ostatnio czujesz, iż to tempo pracy jest zabójcze dla twojej kreatywności i obawiasz się, że jakość twojej pracy może na tym ucierpieć. Przedstawiając korzyści dla klienta, który zgodzi się poczekać i zagrożenia, jeśli będzie dalej napierał, masz szansę ugrać swoje chwile odpoczynku.

Pani Asiu, naprawdę na poniedziałek nie dam rady.

Klient bywa oczywiście uparty i tak ładnie Cię prosi, bo sam coś obiecał swoim zleceniodawcom albo szefostwu. Warto wtedy uderzyć w ton osobisty. Jeśli nie znosisz na co dzień „panio-asiowania” tym razem użyj zdobyczy socjotechniki, wygooglaj panią Asię na Facebooku i zobacz co na nią działa: dzieci, zwierzęta czy wyjazdy i imprezy. A następnie dodaj: bo obiecałam/em synowi ZOO, bo mój pies nie był już tak dawno na długim spacerze, bo inauguruję właśnie z opóźnieniem sezon łódkowy etc. Przedstaw się jako zwykły człowiek, a może pani Asia też zobaczy w Tobie po prostu bardzo zmęczonego człowieka, któremu też się coś od życia należy. :-)

 Cena za ekspres plus druga tańsza alternatywa

Nic tak nie schładza zapału klienta, jak nagła zwyżka ceny. Oczywiście stały klient może, a nawet prawie na pewno będzie protestować. Trzeba więc dobrze uzasadnić takie posunięcie. Dobrze jest powiedzieć, że nie mamy obecnie czasu (nawet jeśli nie jest to do końca prawda i generalnie nie mamy czasu odpoczywać). Że mamy naprawdę sporo zleceń i musimy przeorganizować inne projekty (w domyśle podzlecić), aby móc zająć się nową fuchą. W przypadku prac „na weekend” podajemy cenę na poniedziałek minimum 50% wyższą od dotychczasowej, dodając, że na środę będzie tyle samo co ostatnio. Jest duża szansa, że klient chwyci tak rzuconą przynętę. Jeśli zgodzi się na wyższą stawkę, możesz rozważyć, czy tyle wystarczy, aby zrekompensować Ci kolejny brak czasu wolnego, czy faktycznie szukasz podwykonawcy.

 Choroba sprawia, że każdy z nas staje się asertywny

Boisz się, że nie uda Ci się sprzedać klientowi takiej półprawdy albo że szybko Cię porzuci? Dopóki nie spróbujesz, na pewno się o tym nie przekonasz. Wbrew pozorom klient też się do nas przywiązuje, a poza tym jeśli dotąd nie było z nami problemów, nie będzie taki skory do testowania nowego współpracownika. Dobrze jest przeprowadzić taki manewr wtedy, kiedy wiesz, że dane zlecenie nie musi być wcale wykonane w aż tak zabójczym tempie, a twój niecierpliwy klient po prostu chce już je mieć, podobnie jak dziecko nową zabawkę. Możesz też skorzystać z własnego niedomagania. Kiedy masz wyjątkowo paskudną grypę albo okropną migrenę będziesz o wiele mocniej zdeterminowany/a do tego, aby mieć chociaż chwilę spokoju i zarówno w mailach, jak i przez telefon będziesz brzmieć dużo bardziej przekonywająco. Naprawdę warto znowu skorzystać z dobrodziejstw socjotechniki i zadzwonić, zbolałym głosem tłumacząc, o co chodzi. Raz poczyniwszy pierwszy krok na drodze do odzyskania czasu dla siebie, na pewno łatwiej nam będzie zrobić kolejne.

Freelancer leniem

Sporo znanych mi freelancerów albo ludzi prowadzących działalność gospodarczą pracuje praktycznie bez przerwy. Czasem uda im się wyrwać z tego kieratu na tydzień na narty albo wyjazd do Turcji, choć i tam czasami rozpaczliwie szukają kafejki internetowej i zastanawiają się, czy nie lepiej było dezaktywować roaming przed wyjazdem. Najgorsze, że takiego pracoholizmu i ciągłej gotowości oczekują od nas sami klienci, którzy często zlecają coś w piątek o 15:00 z terminem na poniedziałek rano. W końcu wolny strzelec weekend może sobie odebrać we wtorek i środę, prawda?

zdjęcie pochodzi z flickr

 Nie jesteś robotem! Zaakceptuj to!

Nie dasz rady pracować cały czas bez odpoczynku. W pewnym momencie twoje ciało powie stop i zaśniesz na siedząco, waląc nosem w klawiaturę, nawet tego nie czując. Poza tym przemęczony/a zaczniesz popełniać błędy. Pół biedy, jeśli to tylko literówka w mailu do klienta, ale przy dużym wyczerpaniu spowodowanym brakiem odpoczynku zagrożony jest twój projekt. Ok, kilka dni intensywnej pracy i krótkiego nocnego wypoczynku raz na miesiąc-dwa raczej Cię nie zabije, ale 30 dni w miesiącu w ten sposób to prosta droga do wypalenia zawodowego albo, co gorsza, poważnych kłopotów ze zdrowiem.

zdjęcie pochodzi flickr

Czasem odmawiaj swoim klientom.

Jeśli pracujesz właśnie 6 dni z rzędu i śpisz po 3-4 godziny, żeby to wszystko ogarnąć, a tu nagle na samej końcówce wpada Ci coś nowego, nie przyjmuj tego bez wliczenia czasu na odpoczynek. Twoi klienci muszą się pogodzić z tym, że nie jesteś supermanem/superwoman. A Ty dbając o siebie i swój dobrostan, w zasadzie dbasz też o klientów i jakość przekazywanej im przez Ciebie usługi. Niestety w układach biznesowych na szacunek klienta często trzeba sobie samemu „zasłużyć” albo go sobie po prostu wypracować. Tym bardziej że pracując bez wytchnienia, wcale tak naprawdę nie zarobisz więcej – stracisz jeszcze sporo czasu na wprowadzanie poprawek, które przez zmęczenie przeoczyłeś albo zostaniesz zmuszony do udzielenia rabatu za niechlujstwo i konieczność wprowadzenia korekty przez zleceniodawcę.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Jak leniuchować z głową?

Każdemu z nas na pewno przyda się na chwilę zatrzymać. Przestać się śpieszyć i cieszyć się każdą minutą danego dnia. Dlatego osobiście radzę Wam zamiast w ramach słodkiego lenistwa spać przez tydzień do 15:00, a potem grać w gry/oglądać seriale na kompie zamawiając pizzę, zaplanować jednak na czas wolny coś specjalnego. Jeśli jest ładna pogoda na pewno warto się przespacerować albo usiąść na balkonie, wystawić twarz na słońce i przez chwilę rozkoszować się ciepłem na policzkach. Usiąść w kafejce – tym razem z wodą mineralną, a nie kawą, aby przy okazji uzupełnić elektrolity – i po prostu popatrzeć na ludzi. Poczytać książkę w parku. W mniej zachęcające do wyjścia z domu dni warto postawić na kino – najlepiej jakiś pozytywny film europejski albo wybrać się na koncert. Nie zapomnij też o rodzinie i znajomych. W codziennym kieracie często, zamiast się spotkać, przeglądamy po prostu statusy znajomych na fejsbuku. Zmień to, zaproś mamę na ciastko, pobaw się z twoim stęsknionym maluchem w dzidzię (ty jesteś niemowlęciem a twój szkrab mamą lub tatą), a na wieczór zamów opiekunkę i wyjdź choćby tylko na wieczorny spacer z żoną/mężem lub partnerem/ką. Warto też pamiętać o tym, żeby czasem już znacznie mniej leniwie spędzić czas na siłowni lub na basenie albo w inny sposób zadbać o kondycję fizyczną.

ew. wideo o lenistwie

 

Zarządzanie czasem

czyli subiektywny przegląd najskuteczniejszych systemów i metod zarządzania czasem

Chyba trudno o bardziej chwytliwe hasło w odniesieniu do naszego freelancerskiego stylu pracy niż „Czas to pieniądz”. To fakt, wszyscy tak mówią, ale oni mają do pomocy dział księgowo-windykacyjny, dział handlowy i marketingowców, dumających dzień i noc nad tym, jak przyciągnąć klienta. My natomiast wykończeni kolejnym pilnym projektem na wczoraj mamy jeszcze wykrzesać z siebie entuzjazm i obdzwonić nowych potencjalnych klientów, pogonić niepłacących i uzupełnić portfolio o nowe dokonania.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Jak to wszystko ogarnąć?

Nauczyć się zarządzać swoim czasem. Poniżej prezentujemy popularne i skuteczne systemy do zarządzania czasem i projektami. Oto one:

Pomidor, czyli instant gratification

Pomysł typu „Pomodoro Technique” jest banalnie prosty: 25 minut pracy – 5 minut odpoczynku. Idea polega na tym, że nawet na początku każdego „pomidora” zostały Ci już tylko 24 minuty do przerwy. Obietnica prawie natychmiastowej nagrody za poświęcony na pracę czas jest bardzo motywująca, szczególnie dla osób, które lubią często wpadać na Facebooka albo na swoje ulubione forum. Oczywiście czas pracy i czas przerwy nie musi być sztywny i można go dostosować do własnych potrzeb. Pamiętaj jednak o tym, że w opcji 30 minut pracy – 30 minut przerwy daleko raczej nie zajedziesz. Więcej o pomyśle tutaj

Stara, dobra lista zadań

Inna metoda to stworzenie listy zadań do wykonania w danym dniu i jej konsekwentna realizacja. Plus tego rozwiązania to zagwarantowanie sobie, że nie zapomnimy o niczym ważnym. Wadą tego sposobu jest jednak narastająca frustracja, kiedy do listy trzeba ciągle dopisywać nowe rzeczy (bardzo często spotykane w poniedziałek po długim weekendzie albo w piątek przed świętami) i plan, zamiast się kurczyć, rozrasta się do niebotycznych rozmiarów. Wtedy unaocznienie sobie takiego ogromu zadań może nas dodatkowo osłabić i zniechęcić do pracy, której i tak jest mnóstwo. Czyli w zasadzie nie ma znaczenia, czy siądziesz od razu, czy jeszcze zajrzysz na fejsika albo niezależną, prawda? ;-)

Metoda Eisenhowera, czyli sposób rodem z wielkiej polityki

Tu z kolei zarządzanie czasem sprowadza się do ustalenia priorytetów i terminów, a zatem dzielimy nasze zobowiązania na ważnie i nieważne oraz pilne i niepilne. Teoretycznie wszystko gra, bierzesz najpierw na warsztat same najpilniejsze i najważniejsze rzeczy, potem zajmujesz się drobnostkami i szafa gra. Gorzej, jeżeli masz 3 priorytetowe projekty od twoich 3 największych i najlepiej płacących klientów na raz, oczywiście na: „No jak Pan tylko zdąży Panie Marku” lub na: „A Pani Kasiu nie dałoby się jednak na 15:00?”.

 Getting things done czyli weź się, kurde, do roboty

Metoda zarządzania czasem GTD Davida Allena zasadza się na tym, aby spisywać wszystkie rzeczy do zrobienia w jednym miejscu i nie musieć o nich stale pamiętać. Może to być na przykład kalendarz połączony z programem pocztowym, gdzie wpiszemy wszystkie czekające nas zadania, przydzielając je do jednego z 6 poziomów. Te poziomy to po pierwsze zadania bieżące, następnie bieżące projekty, potem nasz zakres obowiązków, cele na dany rok, plan pięcioletni i wreszcie lista celów do osiągnięcia w ciągu całego naszego życia. Ogarnięcie tego wszystkiego i wpisanie odpowiednich pozycji w odpowiednie poziomy wymagać będzie zapewne dobrych kilku godzin. A zatem proponujemy, aby przy przygotowywaniu tej szczegółowej analizy naszego życia skorzystać z metody pomidora ;-). Z drugiej strony dzięki tej metodzie możemy wreszcie posuwać się do przodu w naszych prywatnych projektach odłożonych na wieczne nigdy albo przestać się oszukiwać, że coś z tego będzie. System uczy nas ponadto, żeby robić od razu rzeczy, których wykonanie zajmie nam mniej niż 2 minuty typu wysłanie maila, o których często „pamiętamy” tj. mamy taką informację w głowie, ale z reguły przypominamy sobie o tym np.: spacerując z psem. (Rada? Noś zawsze przy sobie smartfona ;-)). Z kolei co do reszty możemy zaplanować czas na ich wykonanie lub komuś podzlecić. Ważną zasadą tej metody jest poza tym skupienie się na jednym zadaniu na raz i dopiero, kiedy je zakończymy, przejście do kolejnego. Nierealne, kiedy urywają się telefony, a mail co i rusz wypluwa nowe wiadomości? No cóż, zawsze można spróbować.

Freelancer IT doradcą

Truizmem naszych czasów jest stwierdzenie, że w zasadzie wszyscy zarabiamy przez internet, w internecie i dzięki internetowi. Choćby wysyłając do siebie materiały do zlecenia mailem, a nie faksem lub pocztą. Nic zatem dziwnego, że rośnie grono klientów zainteresowanych zamówieniem u Ciebie strony internetowej, tekstów na stronę, skryptu sklepu on-line, a nawet aplikacji na Facebooka. Dla nas to oczywiście super, bo oznacza to nowego klienta, potencjalnie przyszłościowe zlecenie, czyli pieniądze. Gorzej, jeżeli klient w zasadzie nie bardzo wie, po co składa takie zamówienie…

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Może brzmi to dziwnie, ale czasami to najprawdziwsza prawda. Klient chce mieć stronę internetową czy profil na Naszej Klasie, bo wszędzie trąbi się o tym, że w internecie być trzeba. Niestety niewiele mówi się o jakości tej obecności w sieci, natomiast często w prasie pojawiają się przy okazji tego tematu niepokojące dla nas hasła jak „najtańsza forma reklamy”, z naciskiem na „najtańsza”. Efekt tego jest taki, że klient, który przecież „głupi” nie jest, poszukuje najkorzystniejszej cenowo oferty w zakresie projektu layoutu strony czy grafik do swojego katalogu w pdfie do pobrania ze strony. W końcu według klienta wszyscy oferenci, którzy się zgłosili do realizacji jego zlecenia, robią przecież strony, projektują layouty czy piszą teksty na strony, po co więc przepłacać?

Dlatego na wstępie współpracy oraz już na etapie składania oferty warto wybadać znajomość tematu u klienta i w razie czego przeprowadzić odpowiednie „szkolenie IT„. Dobrze jest wyjaśnić klientowi, czemu posiadanie witryny w internecie jest obecnie tak ważne oraz w jaki sposób może się to w jego przypadku przełożyć na wzrost obrotów. Twoją rolą jako profesjonalnego freelancera jest pójść jeszcze o krok dalej i zaoferować mu fachowy konsulting. Nie robisz tylko stron internetowych, e-sklepów czy aplikacji webowych, Ty rozwiązujesz problemy klienta. Dzięki doradztwu i swojej wiedzy możesz też wyróżnić się od konkurencji. Także cenowo.

I przykłady, żeby nie być gołosłownym.

Zadaniem strony internetowej jest pozyskać nowych klientów, a stałych motywować do nowych zakupów. Poza tym firmowa witryna powinna dawać odpowiedź na najczęściej zadawane pytania odnośnie oferty klienta, co zmniejsza ilość pracy dla jego personelu, a co za tym idzie koszty. A ponadto dobrze zrobiona strona podnosi wartość firmy i jej prestiż, co także bezpośrednio wpływa na przychody. Strona musi więc oferować wysoką wartość dla użytkownika, cechować się odpowiednim wskaźnikiem konwersji, o czym decydować może nawet wygląd buttona dodaj do koszyka,  jak dowodzą „amerykańscy specjaliści”. Nie wspominając już o tym, że nie każdy darmowy skrypt daje takie funkcjonalności, jakich oczekuje nasz klient, jak również jego klienci. A za to wszystko się płaci. I to wcale nie mało.

Stara prawda mówi też o tym, że klienci „kupują oczami”. Dlatego warto zadbać o estetykę wizualną naszej witryny. Prawdopodobnie każdy z nas woli zrobić zakupy w przestronnym, jasno oświetlonym sklepie, niż w ciasnej budce w ciemnej uliczce. Podobnie dobre zdjęcia produktów do sklepu internetowego, zastępujące oglądanie produktu „na żywo”, mogą przekonać klienta do tego, aby zaufał danemu sklepowi i rzeczywiście zdecydował się na zakup. Jakość oczywiście kosztuje.

Teksty na stronę generują oczywiście ruch z wyszukiwarek, ale umieszczone na stronie firmowej czy w sklepie internetowym są także czytane przez potencjalnych klientów. W internecie liczy się przede wszystkim unikalność treści, dlatego powielane ciągle te same opisy produktów do sklepu internetowego, pobierane ze strony producenta, w pewnym momencie przestaną mieć jakąkolwiek wartość dodaną dla klienta. Dlatego optymalne rozwiązanie to zamówienie u profesjonalisty stworzenia tych tekstów na nowo. Im lepszy specjalista, tym cena wyższa.

A klient i tak mówi, że za drogo

Kontrargumentem klienta jest jak zawsze rachunek ekonomiczny. Wielu z nich pragnie przede wszystkim konkurować cenowo, kosztem wyglądu i zawartości merytorycznej strony internetowej/sklepu online. Taka strategia oznacza jednak na ogół minimalne marże i konieczność zapewnienia bardzo wysokich, stabilnych obrotów. Jest też bardzo prosta do powielenia przez kolejnych konkurentów. W końcu kosztów nie można ograniczać w nieskończoność. W przypadku sklepu online wystarczy tu trochę lepsza umowa z firmą kurierską, większy kapitał, pozwalający na uzyskanie wyższego rabatu od dystrybutora/producenta (większe jednorazowe zakupy) i klient może łatwo wypaść z rynku, tracąc swoją upragnioną pozycję najtańszego oferenta. Jednym słowem jest to strategia krótkoterminowa, która ostatecznie będzie wymagał istotnych zmian w organizacji. Stąd też warto rozważyć wraz z klientem staranne, długotrwałe budowanie marki, wyższą specjalizację, lepszy produkt, co wraz ze wzrostem przedsiębiorstwa ostatecznie pozwoli nam także zaoferować większą cenową konkurencyjność lub z drugiej strony stworzyć produkt elitarny, o którego jakości będzie stanowić właśnie wysoka cena. Drugie podejście na pewno oznacza wyższe koszty początkowe, co wielu odstrasza, ale w ostatecznym rozrachunku daje perspektywę rozwoju i obiecuje znaczące dochody w przyszłości.

Podsumowując, generalna zasada, jaką powinniśmy się na co dzień kierować przy kontaktach z klientami, jest taka: „Co muszę zrobić, aby rozwiązać problem klienta i sprawić, aby miał większe przychody?”, co oczywiście nie oznacza pracy za darmo. Takie podejście zagwarantuje Ci, że klient będzie do Ciebie wracał i przyprowadzi do Ciebie więcej osób. Nie obrażaj się jednak, jeżeli klient jest zwolennikiem strategii cenowej i dalej uważa Cię za zdziercę. Takie jego prawo, a Ty spokojnie poczekaj, co z tym zrobi karma ;-).

 

Zawiesił mi się komputer…

… czyli TOP 15 wymówek freelancerów, którzy nie dadzą rady oddać pracy na czas.

Czujesz, że nie masz szans wyrobić się z terminem? Jakość wykonania mocno odbiega od początkowych ustaleń? Zlecenie Cię przerosło i utknąłeś/utknęłaś w połowie? A może w ogóle nie udało Ci się zrealizować projektu? Musisz więc wymyślić dla siebie jakieś dobre usprawiedliwienie, przecież nie będziesz dzwonić do klienta, żeby powiedzieć mu prawdę? Pal licho jego czas i koszty, skoro twój zadek będzie bezpieczny… Oto nasz krótki ANTY-poradnik.

zdjęcie pochodzi z flickr

1. Metoda na strusia czyli udawanie, że nas nie ma

Polega ona na nieodbieraniu telefonu, nieodpisywaniu na maile ani smsy, wyłączeniu komunikatorów i przyczajenie się, aby przeczekać atak rozwścieczonego niczym huragan klienta. Wada tej metody jest taka, że zdeterminowany klient może zacząć Cię szukać wszelkimi możliwymi metodami. Przez twoich obecnych i byłych klientów lub pracodawców, a nawet rodziców, dziadków, partnerów/małżonków czy znajomych. Na Facebooku, Naszej Klasie i Goldenlinie. Na forach branżowych i hobbistycznych, na których się udzielasz. W rezultacie szum wokół twojej zaginionej osoby może być na tyle duży, że ciężko będzie go wyciszyć. A wtedy będziesz się musiał/a nieźle nagimnastykować, zanim ktoś znowu Ci zaufa.

2. Nie dostał Pan mojego maila? A przecież wysłałem pół godziny temu… czyli „problemy z serwerem”

Wszyscy wiemy, że poczta elektroniczna płata nam czasem figle. Maile trafiają do spamu, znikają załączniki lub nie dają się otworzyć albo wiadomość w ogóle nie dochodzi. Ta zawodność to zatem świetny unik dla migających się od terminu freelancerów. Ale uwaga! Klient może zwrócić Wam uwagę na bardzo proste rozwiązanie: założenie sobie konta na dowolnym darmowym serwerze i wysłanie plików z niego. Może też być na tyle bezczelny, żeby podać Wam dane swojego serwera ftp i żądać przesłania projektu w ten sposób.

3. Nie wiem, co się dzieje, ale nie mogę się w ogóle połączyć z siecią czyli „problemy z internetem”

Zwalanie opóźnienia na brak internetu jest znacznie efektywniejsze niż symulowanie trudności z serwerem. Czasami uzyskamy w ten sposób odroczenie wyroku (No dobrze, to proszę wysłać, jak tylko będzie Pan/i mógł/mogła), ale część klientów będzie uważała, że powinniśmy stanąć na głowie, żeby tylko dotrzeć do komputera podłączonego do internetu, choćby w kafejce internetowej. Nie rozwiązuje to twoich problemów? Patrz punkt pierwszy – w końcu zniknąć z powierzchni ziemi można zawsze. Jeśli natomiast w tym samym czasie aktywnie komentujesz statusy znajomych na swoim publicznym profilu na Facebooku albo udzielasz się na innym portalu, z którego korzysta także twój klient, to pozostaje nam tylko pogratulować Ci inteligencji.

4. Ach, ta technika czyli stający okoniem software i hardware

To prawda. Na naszym sprzęcie komputerowym nie możemy niestety polegać w stu procentach, stąd chyba najczęściej to właśnie na problemy z komputerem zwalamy poślizg w terminach realizacji zlecenia lub jego niedostateczną jakość. Możliwości do wyboru jest wiele: niepoprawnie zapisany plik, który obecnie jest uszkodzony, twardy dysk, który po prostu nie pracuje, zalany kawą laptop i wersje dla bardziej kreatywnych: zepsuty wiatraczek, który powoduje błyskawiczne przegrzewanie się maszyny, czy wreszcie opowieść o naszych nocnych przygodach z systemem, który się wyłożył i trzeba go było o trzeciej nad ranem ponownie instalować…

 5. Brak innych pomysłów czyli wirusy komputerowe

Tak, tajemnicze i wredne wirusy to bardzo wygodne usprawiedliwienie. W końcu nie musimy dokładnie wiedzieć, jak działają i co robią, skoro „u nas przykładowo trojany usuwają załączniki z maila”. Ktoś będzie na tyle odważny, żeby Ci zarzucić, że to nieprawda? Argumentu tego jednak nie powinno się używać częściej niż raz na pół roku – w końcu kto przy zdrowych zmysłach trzyma na komputerze wirusy? A poza tym możesz w ten sposób w ogóle pożegnać się ze zleceniem. Klient może obawiać się bowiem, że wirusy w końcu do niego dotrą przez załącznik.

6. Praca przy ogarku czyli brak prądu

Kolejna wymówka z serii „ach, ci dostawcy mediów”. Przerwy w dostawie energii oczywiście się zdarzają, a i bateria nawet najbardziej wypasionego laptopa także ma kres swoich możliwości, ale z reguły w mieście tego rodzaju problemy usuwane są w ciągu minut, ewentualnie w godzinę lub dwie. Gorzej bywa w mniejszych miejscowościach lub na wsi, szczególnie jeśli kataklizm zerwie linie energetyczne, ale i tutaj odpowiednie służby raczej starają się sprężać. Jest to więc metoda na odwleczenie terminu maksymalnie na pół dnia. Plus jest taki, że wcale nie musisz wtedy dzwonić i uprzedzać klienta o obsuwce. W końcu to normalne, że przy braku prądu telefony komórkowe mają dziwną tendencję do tego, żeby akurat „się rozładować”…

7. Jutro na pewno będzie czyli pseudoprofesjonalizm

Być może należysz do tej grupy freelancerów, którzy zawsze przekładają termin i „właśnie” kończą, po czym zapadają się pod ziemię. Owszem na ogół od razu odbieracie telefon bądź odpowiadacie na maila lub sms, ale przyznajcie to sami – wasza pozorna skrucha i solenne zapewnienia, że to się już nie powtórzy, to słowa rzucane na wiatr. Być może zadziała to na nowego klienta, który pomyśli, że po prostu jest to jednorazowa sytuacja i macie za dużo na głowie. Ale cierpliwość nawet najbardziej wytrwałego klienta może się kiedyś skończyć. A wtedy żegnajcie nowe zlecenia, a może nawet zapłata za stare, do których wreszcie usiedliście. W końcu przy braku odzewu przez tyle czasu klient mógł uznać, że już dla niego nie pracujecie.

8. Żywioły czyli ostatnio zawsze modne burze, powodzie i śnieżyce

Polskę nawiedzają w ostatnich latach coraz bardziej gwałtowne zjawiska pogodowe, które dają duże pole do popisu dla migających się od terminów freelancerów. Będziesz mieć wobec swojego klienta jeszcze większe fory, jeśli dodatkowo uda Ci się wypowiedzieć w telewizji, jako ofiara niszczycielskiego żywiołu. A więc do dzieła, kariera w filmie murowana. Możesz też po prostu zostać łowcą burz czy innych kataklizmów i być wszędzie tam, gdzie nie da się akurat pracować.

zdjęcie pochodzi z flickr

9. Pies zjadł mi pracę domową czyli ingerencja osób trzecich

Często jeśli sami nie potrafimy się przyznać do błędu, zwalamy winę na innych. A to mama nie obudziła Cię na czas. Wspólnik źle zapisał numer telefonu do klienta. Młodsza siostra podstępnie zakradła się do pokoju i skasowała pliki. A może sąsiad Was zalał i woda z góry kapała akurat na twój laptop? Nie wspominając już o bezpańskim kocie, dokarmianym przez wredną staruszkę z naprzeciwka, który upodobał sobie na drzemkę przytulne miejsce pod twoim autem i nie pozwolił Ci w porę ruszyć na spotkanie, bo najpierw musiałeś położyć się na asfalcie, aby go wyciągnąć, a następnie wrócić do domu, żeby się całkiem przebrać itd, itp. Nagroda Nike z całą pewnością już na Ciebie czeka.

10. Robienie z klienta idioty czyli rżnięcie głupa

„Ale jakie tłumaczenie? Ja nie odebrałam tego maila…”, „Layout miał być na dziś? Nie przypominam sobie takiej rozmowy telefonicznej”. Ewentualnie z trochę innej strony: „No przecież dzwoniłam, że szkolenie w tym terminie nie jest możliwe, proszę zapytać sekretarki. Ja w końcu nie mogę odpowiadać za przepływ informacji w państwa firmie…”. No cóż, jeśli wystarczająco długo będziecie szli w zaparte, być może sami uwierzycie, że tak właśnie było, a wtedy z oburzeniem i uporem godnym lepszej sprawy będziecie bronić swoich „racji” także na forum publicznym (lub, co całkiem prawdopodobne, forach, starając się dowieść, że to Wy w tym sporze jesteście niewinną ofiarą).

11. Metoda na współczucie 1 czyli śmierć w rodzinie

Twoja babcia ma się jeszcze świetnie? Dla bardzo zdeterminowanych krętacz to nie problem. Biedna pięćdziesięciokilkuletnia staruszka może przecież opuścić ten padół w każdej chwili. Tym bardziej, żeby ocalić Ci skórę. W końcu, czego się nie robi dla ukochanego wnusia? Poza tym, kto to sprawdzi, prawda? A jednak. Stara prawda mówi, że kłamstwo ma krótkie nogi i może się w tym wszystkim okazać, że w niedługim czasie zmarły aż trzy twoje, niezwykle bliskie Ci babunie.

12. Metoda na współczucie 2 czyli dziecko w szpitalu

Nie boisz się kusić licha, to opowiadaj o tym, jaki to dramat przeżywasz jako rodzic. Zawsze pozostaje też opcja przedstawiania sytuacji tak, żeby wydawała się groźniejsza niż w rzeczywistości. Czyli nie pediatra a pogotowie, nie ból gardła, a złamanie ręki, nie na umówionej wcześniej wizycie, a znienacka w środku nocy etc. Fakt, że w ten sposób, dzięki półprawdom, łatwiej zapanować nad naszą historią, ale i tak musisz się pilnować, żeby nie spalić swojej przykrywki, mówiąc na przykład, że numerek przed Wami bezczelnie się wepchnął.

13. Choroba własna

Boisz się złośliwości losu? Możesz w takim razie sam próbować się wymigać chorobą. Nadchodzący sezon jesienno-zimowy to pora w sam raz na grypę, która powalić nas może nawet na trzy dodatkowe dni. Obłożnie chorzy jak wiadomo pracować nie możemy. Dobrze jest wtedy dla dodatkowego efektu zadzwonić na telefon i szeptać w słuchawkę. Ewentualnie po odpowiedniej charakteryzacji odbyć konferencję na skypie.

14. Wypadek samochodowy

Inwencja niektórych freelancerów próbujących wywieść klienta w porę jest doprawdy nieograniczona. Wbrew pozorem wcale nie tak rzadką wymówką jest wypadek samochodowy. To fakt, Polska ma wysoką statystykę wypadków, ale to jeszcze nie powód, aby w ten sposób tuszować własne lenistwo, brak organizacji lub brania na siebie zbyt wielu zobowiązań. Gorzej jeśli na wieść o twoim domniemanym udziale w kolizji drogowej zaczną dzwonić do Ciebie zaniepokojeni krewni z drugiego końca Polski, a potem na swoim koncie w NK umieszczać triumfalne: „Maciuś zdrowy, tylko klientów unika.”

15. Niespodziewany wyjazd

Wariacja na temat nagłego zniknięcia z powierzchni ziemi – oto jak z nieba tuż przed oddaniem projektu spada nam pilny wyjazd, najlepiej zagraniczny, który jak wiadomo uniemożliwia odbieranie komórki w tym czasie. Minuta rozmowy grozi co najmniej bankructwem, a nie każdego stać na telefon satelitarny. Za Polską granicą siada ponadto wszelki dostęp do internetu, a wejście do kafejki internetowej grozi poważnymi konsekwencjami dla zdrowia. Być może ktoś Ci uwierzy, ale najpewniej czeka Cię konieczność zapłaty kary umownej. Poza tym możesz mieć pewność, że klient opowie o twojej nieodpowiedzialności wszystkim swoim znajomym. A być może nawet umieści informację na ten temat w sieci, a wtedy możesz mieć poważny problem ze zdobyciem kolejnych śmiałków, którzy zdecydują się Ci zaufać.

CV dla freelancera

Wysyłanie CV i listów motywacyjnych kojarzy Wam się tylko z poszukiwaniem pracy na etacie? Otóż wcale nie tak rzadko o dokumenty aplikacyjne proszą nas także nasi potencjalni zleceniodawcy. Dotyczy to na przykład pracujących na własny rachunek tłumaczy, ale podobna prośba może zostać skierowana również do grafików lub programistów. Jak zatem powinien wyglądać życiorys freelancera? Co w nim konkretnie zawrzeć: klientów czy projekty? Czym CV różni się od portfolio freelancera?

zdjęcie pochodzi z flickr

Doświadczenie zawodowe freelancera

Sam początek oraz koniec CV freelancera będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak w przypadku życiorysu osoby, ubiegającej się o pracę na etacie. Chodzi tu mianowicie o dane osobowe i teleadresowe oraz wykształcenie, które zawsze umieszcza się w pierwszej części CV oraz informacje o posiadanych umiejętnościach jak znajomość języka czy programów komputerowych. Schody zaczynają się, kiedy przyjdzie nam uzupełnić część środkową, gdzie musimy wpisać doświadczenie zawodowe. W przypadku freelancerów z sukcesami lista wszystkich zrealizowanych projektów mogłaby zająć znacznie więcej niż tę przepisową jedną stronę (choć i przy pracy na etacie często życiorys ma nawet trzy strony np.: w przypadku CV Europass). Dlatego warto przeprowadzić selekcję tych zleceń i wybrać tylko te, z których jesteśmy najbardziej dumni. Inna metoda to wypisać najważniejszych klientów, szczególnie jeśli posiadamy od nich referencje, które możemy załączyć do aplikacji.

CV czy portfolio?

W wielu przypadkach możemy jednak odesłać naszego klienta na stronę z portfolio. Szczególnie jeśli systematycznieuzupełniamy i w związku z tym dobrze odzwierciedla ona całą naszą „drogę zawodową”. Dotyczy to zwłaszcza współpracy na zasadzie B2B, albo raczej B2SB (business-to-small-business). Na wypadek przyszłych zapytań o życiorys możemy poszerzyć stronę z portfolio dodatkowo o naszą „biografię” czyli podać dane dotyczące wykształcenia, odbytych kursów, znajomości języków obcych itp. Nie zaszkodzi też, aby w tym miejscu znajdowało się również CV do pobrania, dostępne na przykład po zalogowaniu się. Bywa jednak i tak, że nasza praca wolnego strzelca nie polega na realizacji konkretnych zamówień, jak w przypadku wykonania logotypu, napisania tekstów na stronę czy stworzenia aplikacji czy wizualizacji budynku itd. We wstępie mowa była o tłumaczach – tu przesyłanie klientowi CV jest w zasadzie ogólnie przyjętą praktyką. Podobnie może być w przypadku administratorów stron, systemów lub sieci, gdzie współpraca jest na ogół bardziej długofalowa (przypominająca etat). Poza tym zarządzanie systemem czy siecią w danej firmie trudno nazwać „portfolio”.

Na koniec małe ostrzeżenie. Pamiętaj, aby swoje CV rozsyłać ostrożnie. Nie koniecznie każdemu z adresem misiek123[@]o2.pl a nawet creativeagency[@]gmail.com. Kradzieże tożsamości tudzież sprzedaż danych osobowych to wcale nie tak rzadko spotykane sytuacje.