Siła wyższa i żywioły

czyli jak zabezpieczyć się na wypadek przerwy w dostawie prądu lub internetu.

Mieszkasz poza miastem i awarie prądu lub internetu to norma? No cóż, niestety przez wymówki typu „pies zjadł mi pracę domową” lub „bo nie miałem prądu” ciężko jest przekonać klienta, że z Twojej strony to nie jest ściema, tylko realia mieszkania „na wiosce”. A może by się tak dodatkowo zabezpieczyć?

Praca na komputerze przy świecach

 Obrazek pochodzi z flickr.com

Praca na laptopie z naładowaną baterią

Jeżeli tylko możesz, staraj się nie rozładowywać baterii w swoim laptopie do cna. Nigdy nie wiesz, kiedy przyda Ci się ta dodatkowa godzinka-dwie na pracę.

 Zainwestuj w UPS

Nawet jeżeli pracujesz na notebooku, awaryjny zasilacz UPS zabezpieczy Cię przed groźnymi dla sprzętu elektronicznego przepięciami. Najprostsze UPS-y, które dają Ci dodatkowe 2-5 minut na bezpieczne zachowanie wszystkich aktualnych projektów (choć w przypadku dużych plików graficznych ten czas może okazać się zbyt krótki), można kupić już za 150-300 złotych. Modele, które zapewniają podtrzymanie prądu na około 20 min (oczywiście w zależności od obciążenia) to koszt rzędu 700-900 złotych.

Pomyśl o mobilnym internecie na kartę

Obecne oferty internetu mobilnego nie wymagają już opłacania osobnego abonamentu. Możesz uruchomić tę usługę na swoim własnym telefonie, możliwe jest też wykupienie pakietu transferu danych (choć to wtedy dość droga impreza). Można zaopatrzyć się też w zestaw startowy, który aktywujesz, kiedy jest Ci akurat potrzebny. Warto jednak zawczasu przetestować, który operator oferuje w Twojej okolicy najlepszy przesył. Wysyłanie plików przy prędkości łącza 20-30 kb/sek może przyprawić o apopleksję. Jeżeli nie posiadasz stałego łącza i korzystasz właśnie z łącza komórkowego, możesz rozważyć zakup zestawu startowego u innego operatora, choć w wypadku awarii współdzierżawionej sieci i tak na niewiele nam się to zda.

 Ustal, gdzie w kolo Ciebie jest najbliższy hot spot albo kafejka internetowa

Niestety, kiedy padnie Ci net, nie będzie już tego można sprawdzić w Google.

 Dogadaj się z sąsiadami/rodziną

Jeżeli będziesz w potrzebie, być może można poprosić sąsiada (aczkolwiek przy awarii prądu jego pomoc raczej na niewiele się zda) lub kogoś z rodziny o skorzystanie z ich łącza/komputera.

 Informuj klienta o problemie z wyprzedzeniem

Zadzwoń lub wyślij maila, korzystając ze smartfona. Nie bój się wziąć na siebie odpowiedzialności – to naprawdę wygląda o niebo lepiej, niż kiedy udajesz, że Cię nie ma. Określ, ile jeszcze czasu potrzebujesz i przeproś za tę sytuację.

 Włącz zapis o sile wyższej do swojej umowy

Uchroni Cię on przed koniecznością zapłaty kary umownej lub udzielania rabatu „na otarcie łez”. W końcu awaria u zewnętrznego dostawcy internetu lub prądu nie podlega Twojej kontroli i jak najbardziej może być interpretowana jako siła wyższa.

Freelancing a macierzyństwo…

… lub ojcostwo, czyli jak pracować ze słodkim dzieciątkiem i nie oszaleć

Polityka prorodzinna w Polsce jaka jest, każdy widzi i póki co, nie zanosi się, aby było inaczej. Natomiast młode mamy, których dotychczasowy pracodawca nie bardzo chce widzieć z powrotem w biurze, aktywnie zachęca się do telepracy, zakładania działalności gospodarczej na preferencyjnych warunkach, czy właśnie freelancingu. Na zdjęciach widnieją zawsze uśmiechnięte i starannie ubrane młode mamy oraz równie zadowolone z życia różowe bobasy. Szczęśliwa wizja dziecka blisko rodzica i pieniędzy zaoszczędzonych na żłobku lub niani. A jak jest naprawdę? Czy można łączyć pracę z wychowaniem dziecka? Kto powinien przejąć opiekę nad dzieckiem, jeżeli wolny zawód wykonuje tata?

 zdjęcie pochodzi z flickr

Rozkoszny noworodek, który tylko śpi

Tak, są takie dzieci, które na początku śpią bite trzy godziny, a potem szybciutko wciągają butlę i znowu odlatują na kolejne parę godzin. Do pierwszego ząbkowania/kolki/skoku rozwojowego niepotrzebne skreślić. Dziecko jest równie nieprzewidywalne, co fluktuacja zleceń. Dziwny trafem szczyt zamówień przypada często na pierwszy katarek naszego malucha, który choć sam w sobie niegroźny, budzi często w świeżych rodzicach panikę, podsycaną przez uczynnego pediatrę opowieściami o szpitalach i zapaleniach płuc. Fakt pozostaje faktem, że chore kilkumiesięczne dziecko wymaga na ogół atencji non-stop. Po prostu przestaje płakać tylko u Ciebie na rękach. Możesz wspomagać się chustą, ale może to oznaczać, że do czasu aż maluch nie zaśnie, będziesz łazić po mieszkaniu z laptopem, próbując coś na nim stukać jedną ręką, miarowo się kołysząc i mrucząc miłym głosem: „A-a-a, Zaśnij raz-dwa, bo tatę weźmie cho-le-ra”. Poza tym im bardziej Ty jesteś zły/a, tym bardziej maluch chce się przytulić i upewnić się, że nadal go kochasz. Dlatego na czas choroby warto jednak zorganizować sobie kogoś do pomocy albo poprzekładać / popodzlecać twoje projekty.

Kiedy i jak pracować w dzień przy niemowlęciu?

Mniej więcej od 3 miesiąca życia Twoje dziecko ma już ustalone pory drzemek w ciągu dnia – optymalnie dla rodzica, jeżeli jest to jedna dłuższa przerwa w środku dnia, trwająca jakieś 2-3 godziny. Można próbować walczyć z zegarem biologicznym twojego dziecka, ale jeżeli ono życzy sobie spać od 10:00 do 10:45 a następnie od 14:00 do 16:00, może nie być łatwo to zmienić, ale spróbować można. Dobra wiadomość jest taka, że w normalnych warunkach (patrz wyżej) te pory odpoczynku są święte, więc to czas spokoju dla Ciebie – na przykład na wykonanie ważnych telefonów do klientów, które nie mają być okraszone dźwiękiem dziecięcego płaczu w tle. Przez pozostały czas w ciągu dnia najprawdopodobniej uda Ci się popracować maksymalnie pół godziny „w jednym bloku”. Przez pozostały czas będziesz prowadzić barek, zawieszać zabawki w macie edukacyjnej/ zabierać zabawki z maty, przekręcać malucha na brzuszek/na plecki, podawać zabawkę/ odsuwać zabawkę, do której maluch sam chciał sięgnąć, ewentualnie przy już raczkującym malcu po raz kolejny odciągać go od przedłużacza/półki z książkami/psich misek. Najefektywniejszy czas na pracę przy dziecku do roku, to godziny wieczorne, kiedy maluch śpi. Poza tym z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że dziecko lepiej toleruje rodzica siedzącego obok niego na podłodze (najlepiej w dziecinnym pokoju wśród zabawek naszej pociechy) z laptopem na kolanach, niż oddalonego i siedzącego na krześle przy biurku. Dlatego naprawdę warto pomyśleć o niani/babci przynajmniej na kilka godzin dziennie. Inaczej twój etat żłobkowo-freelancerski może oznaczać nawet naście godzin na dobę.

 Praca w domu przy dwulatku

Masz wizję twojego maleństwa radośnie brykającego po placu zabaw i Ciebie rozkoszującej/ego się słońcem na pobliskiej ławeczce? Starsze dzieci są wprawdzie bardziej samoobsługowe, ale też mają wiele szalonych pomysłów, w rodzaju sypanie piaskiem tudzież zabawa w latającego supermana, który chce wzbić się w powietrze stojąc na szczycie drabinek. Nie wspominając już o samotnych wycieczkach po parku. Możesz rozważyć salę zabaw, gdzie dziećmi opiekują się animatorzy, ale nie wiem, jak idzie Ci praca w takim hałasie. Być może jednak zatyczki-stopery w uszach lub muzyka na słuchawkach mogą trochę w tym pomóc. Jeżeli twoje dziecko roznosi energia, a ty ledwo żyjesz, możesz też pomyśleć o klubie malucha (gdy kategorycznie odrzucasz opcję żłobka), chociaż na parę godzin. Dwulatki potrzebują już kontaktu z dziećmi i często całkiem nieźle znoszą rozstania z rodzicami – nawet czasami lepiej niż trzylatki.

zdjęcie pochodzi z flickr

Weekendy ze znudzonym przedszkolakiem: a może towarzysz zabaw?

Myślicie o tym, czy aby nie zdecydować się na drugie dziecko, bo przecież rodzeństwo tak się razem ładnie bawi? Pewnie tak, ale zanim to nastąpi, często regularnie próbuje się nawzajem pozabijać, wyrywając sobie zabawki. Poza tym przy dwójce dzieci nierzadko zdarza się, że cały czas masz coś do roboty. Dlatego weekend z całą pewnością lepiej poświęcić rodzinie, a w tygodniu maluchy powierzyć opiekunce lub zorganizowanej placówce. W końcu freleancing to praca jak każda inna, a nie siedzenie w domu i zbijanie bąków..

 A zatem, czy da się pracować z dzieckiem w domu?

I tak i nie. Kiedy dziecko jest zdrowe, śpi w dzień minimum 2 godziny i potrafi się samo sobą zająć na dłużej: czytaj godzinę wpatrywać w wirującą karuzelę z misiami lub 45 minut bujać na leżaczku bujaczku, a starsze uwielbia budować z klocków skomplikowane budowle lub murem godzinkę z hakiem siedzi przed ulubioną bajką (w końcu nie chodzi o hardkory typu masz mały chipsy i kolę, tu jest pilot, włącz sobie Mini-Mini, a jak zgłodniejesz to tatuś zamówi pizzę), a na dokładkę masz ogródek, który od biedy zastąpi spacer to jest szansa, że sporo zrobisz w dzień. A wtedy wieczorem dokończysz jeszcze tylko to, co zostało. Gorzej, jak coś w tym układzie zaczyna się sypać. Bo wtedy, umówmy się, ani nie pracujesz, ani nie zajmujesz się dzieckiem. Jesteś poddenerwowany/a, odreagowujesz na dziecku, a ono odpłaca Ci pięknym za nadobne. Wtedy trzeba szukać alternatywnych rozwiązań, bo taki układ jest na dłuższą metę toksyczny dla wszystkich.

 Złote porady dla rodziców pracujących w domu i zajmujących się dzieckiem

  • Pracuj przede wszystkim wtedy, kiedy dziecko śpi lub jest czymś zajęte na dłużej. Wstawanie od komputera co pięć sekund jest szalenie frustrujące, męczące i wykańczające psychicznie. Jeden taki dzień potrafi pozbawić energii życiowej na dwa kolejne.
  • Przez pozostałą część dnia, zajmuj się tylko dzieckiem. Warto oczywiście sprawdzać maila (byle nie co 5 minut), ale optymalnie jest poinformować stałych klientów, w jakich godzinach pracujesz i tego się trzymać. Staraj się też sporo odpoczywać. W końcu leżenie razem na łóżku albo na kocu w ogrodzie i gadanie o dinozaurach lub obserwowanie chmur to też jest cenna lekcja wychowania – kreatywne lenistwo.
  • Rutyna jest dobra – i dla malucha i dla Ciebie. Pozwoli ogarnąć chaos organizacyjny i realnie oceniać twoje możliwości czasowe.
  • Miej na podorędziu pomocników, którzy w razie czego wezmą na siebie pierwszy impet choroby malucha zanim nie skończysz bieżących projektów lub nie zastanowisz się, co z nimi dalej robić. Ewentualnie kogoś, kto za Ciebie rozdysponuje/dokończy pracę, kiedy Ty zajmujesz się malcem.
  • Nie rób nierealistycznych planów – frustracja jest gorsza niż satysfakcja z tego, że udało Ci się wreszcie zrealizować listę zadań (nawet jeśli widniała na niej tylko jedna pozycja).
  • Przyjmując zlecenie, zostawiaj sobie zawsze trochę czasu na nieprzewidziane zdarzenia z twoim dziecięciem, w tym na wykonanie telefonu do uczynnej babci.
  • Staraj się, jak najmniej denerwować na dziecko. Ćwicz jogę, jedz czekoladę lub zaopatrz się w ziołowe tabletki pomagające walczyć ze stresem. Praca w domu z dzieckiem to jest wyzwanie, wymagające dyscypliny i dobrej organizacji. Jeśli podejdzie do tego zadania ze spokojem, masz znacznie większe szanse powodzenia. Tym bardziej, że twój maluch chce być po prostu blisko Ciebie i nie rozumie, czemu będąc tuż obok, tak naprawdę jesteś gdzieś indziej.
  • Jeżeli jednak możesz, znajdź kogoś do opieki nad dzieckiem lub poślij do żłobka lub przedszkola. To naprawdę jest sprawdzające się rozwiązanie dla pracujących rodziców i całkiem spora frajda dla dzieci.

10 mitów o pracy wolnego strzelca

Freelancer to ma słodkie życie. Wstaje, kiedy chce, trochę popracuje, a później tylko obserwuje pieniądze gromadzące się na koncie. Też w to wierzysz? Uwaga: padłeś ofiarą mitów o pracy wolnego strzelca. Czas obalić te najpopularniejsze!

  1. Wolny strzelec robi to, co kocha…

Gdy kończy się hojność rodzinnych sponsorów, wolny strzelec przestaje wybrzydzać i przyjmuje wszystkie intratne zlecenia.

  1. … i nikt go nie pilnuje

Żaden szef nie jest nawet w połowie tak uparty, męczący i natrętny jak zdesperowany klient. W dodatku szefa możesz oskarżyć o mobbing, a zleceniodawcy nie.

  1. Freelancer nigdy się nie nudzi

Wolny strzelec nudzi się tak samo często, jak pracownicy etatowi, ale nikt mu za nudę nie płaci. Za odpisywanie na kolejne maile potencjalnych klientów, za szukanie ofert, przygotowywanie specyfikacji nie dostaje ani grosza.

  1. Wolny strzelec pracuje wtedy, kiedy ma ochotę

Freelancer pracuje wtedy, kiedy ma zlecenie. A zlecenia mają to do siebie, że pojawiają się tuż przed długim weekendem, świętami lub latem, w najbardziej słoneczne dni. Dziwnym trafem w listopadzie, kiedy nie chce się wyjść z domu, zleceń brak.

  1. Freelancer ma mnóstwo wolnego czasu

Wolny strzelec zawsze jest w pracy. Przynajmniej przez pierwszy rok, zanim nauczy się odpoczywać i organizować sobie czas. I zanim nie zdobędzie takie pozycji, żeby utrzymać się z kilku godzin pracy dziennie.

  1. Wolny strzelec świetnie zarabia

Freelancerzy, którzy zarabiają majątek, pracując przez dwie godziny dziennie, są jak yeti – każdy o nich słyszał, nikt nie widział.

  1. Freelancing łatwo można pogodzić z wychowywaniem dzieci

Na początek spróbuj pisać na klawiaturze oblanej soczkiem marchewkowym, z przeraźliwymi piskami i krzykami w tle. Twoja efektywność spadła do zera? To już wiesz, jak wygląda freelancing z dzieckiem u boku.

  1. Freelancer ciągle się rozwija i pracuje kreatywnie

Zlecenia pozwalające na kreatywne i nieszablonowe rozwiązania trafiają się raz na kilka tysięcy rutynowych realizacji. Zapomnij też o zwiedzaniu kolejnych galerii sztuki, kursach i godzinach spędzonych w bibliotece. Nie będzie na to czasu.

  1. Wolny strzelec sam sobie wybiera klientów

Są w gronie freelancerów tacy, którzy sami wybierają klientów. Jeśli jednak nie napisały o tobie kolorowe magazyny i nie bywasz na bankietach, nie masz szans na dołączenie do tego grona.

  1. Wolni strzelcy to elita

Jedni uważają wolnego strzelca za lenia, który przesiaduje przed komputerem, zamiast wziąć się do poważnej roboty, inni zazdroszczą, dopóki nie dowiedzą się, że już drugi tydzień jesz chleb z masłem, czekając na przelew od klienta. Lepiej więc mów o sobie: przedsiębiorca!

Dogadać się z klientem

Masz czasem wrażenie, że z Twoim klientem rozmawiacie w dwóch obcych językach i wygląda na to, że nigdy się nawzajem nie zrozumiecie? W takiej sytuacji masz dwa, a w zasadzie trzy wyjścia: albo delikatnie wymigujesz się od wykonania zlecenia (ale może to oznaczać koniec dalszej współpracy), albo nie poddajesz się tak łatwo i a) drążysz tak długo, aż wreszcie wszystko zostaje spisane i omówione w najdrobniejszym szczególe lub b) robisz po swojemu i liczysz na to, że klient uzna, że tak jest ok.

obraz pochodzi z flickr

To jak? Podejmujesz się? W takim razie poniżej krótki poradnik do zrozumienia, co klient ma na myśli.

Proś o przykłady

To fakt, rozmowa z kimś, kto zdaje się nas kompletnie nie rozumieć, potrafi rodzić wielką frustrację i wywoływać mordercze myśli („No chyba nikt nie może być tak ograniczony?!”) albo powodować nagły spadek nastroju („Czy to ja jestem taki/a głupi/a, czy to klient bredzi?”). Czasami jednak wystarczy poprosić klienta o przykłady rozwiązań, które mu się podobają, aby rozmowa od razu zrobiła się prostsza. Pewnie będziesz jeszcze musiał/a dopytać o to, co konkretnie klienta urzekło w danej stornie/tekście (to waniliowe tło nam się z dziewczynami z marketingu bardzo podoba), ale jest to już jakiś punkt wyjścia.

Wymuszaj briefy

Sam przykład tego, co się klientowi podoba, w przypadku wielu projektów nie wystarczy. W końcu ma tu też znaczenie grupa docelowa, strategia danej marki i firmy, nie wspominając już o technologii wykonania prac. Jeżeli na samo słowo brief oczy twojego klienta zaczynają przypominać pięciozłotówki, postaraj się użyć synonimów, możliwie jak najdalej od marketingowego żargonu. Może „opis przeznaczenia produktu/usługi”, czy proste „komu to Państwo sprzedają?”, no i czemu ma służyć dana witryna/tekst (zdobycie iluś nowych klientów, wzrost sprzedaży w powiązanym sklepie, budowanie świadomości marki i udzielanie informacji etc.). Można, a nawet trzeba też podpytać o obecne doświadczenia klienta z danym produktem lub usługą – co się sprawdziło, a co nie albo czego firma na pewno nie chce. Oszczędzi to wszystkim sporo czasu.

Od początku rozmawiaj o pieniądzach

Czasami klientowi naprawdę wydaje się, że może mieć od ręki klon Allegro czy Amazona i nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, ile czasu zajmie i z jakimi kosztami wiąże się dany projekt. Warto więc od początku jasno podkreślać, jaka jest cena za poszczególne składniki projektu. Trzeba też poprosić klienta, aby dokładnie określił swój budżet, bo wtedy łatwiej będzie nam zaproponować konkretne rozwiązanie, dopasowane do jego możliwości finansowych. Prawdopodobnie po takim starciu z rzeczywistością projekt zubożeje, ale jest przynajmniej szansa na to, że jednak dojdzie do skutku oraz, że otrzymamy naszą zapłatę (Rada: zawsze przy tego rodzaju perturbacjach bierz zaliczkę, tak na wszelki wypadek).

Dokładna specyfikacja na piśmie

To coś w sam raz dla formalistów, ale przyda się każdemu. Kiedy już wszystko zostało szczęśliwie omówione, warto jako załącznik do umowy dołączyć specyfikację projektu, ewentualnie zawrzeć ją w mailu i zażądać potwierdzenia, czy wszystkie szczegóły się zgadzają. W razie ewentualnych roszczeń od klientów lub zgłaszania nieuzasadnionych poprawek będziemy mieć doskonałą podkładkę. I tu ważna sprawa – warto również dokładnie opisać zakres możliwych poprawek. Żeby się na koniec nie okazało, że w ramach korekty projektu w zasadzie musimy go przebudować od początku.

Freelancer IT doradcą

Truizmem naszych czasów jest stwierdzenie, że w zasadzie wszyscy zarabiamy przez internet, w internecie i dzięki internetowi. Choćby wysyłając do siebie materiały do zlecenia mailem, a nie faksem lub pocztą. Nic zatem dziwnego, że rośnie grono klientów zainteresowanych zamówieniem u Ciebie strony internetowej, tekstów na stronę, skryptu sklepu on-line, a nawet aplikacji na Facebooka. Dla nas to oczywiście super, bo oznacza to nowego klienta, potencjalnie przyszłościowe zlecenie, czyli pieniądze. Gorzej, jeżeli klient w zasadzie nie bardzo wie, po co składa takie zamówienie…

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Może brzmi to dziwnie, ale czasami to najprawdziwsza prawda. Klient chce mieć stronę internetową czy profil na Naszej Klasie, bo wszędzie trąbi się o tym, że w internecie być trzeba. Niestety niewiele mówi się o jakości tej obecności w sieci, natomiast często w prasie pojawiają się przy okazji tego tematu niepokojące dla nas hasła jak „najtańsza forma reklamy”, z naciskiem na „najtańsza”. Efekt tego jest taki, że klient, który przecież „głupi” nie jest, poszukuje najkorzystniejszej cenowo oferty w zakresie projektu layoutu strony czy grafik do swojego katalogu w pdfie do pobrania ze strony. W końcu według klienta wszyscy oferenci, którzy się zgłosili do realizacji jego zlecenia, robią przecież strony, projektują layouty czy piszą teksty na strony, po co więc przepłacać?

Dlatego na wstępie współpracy oraz już na etapie składania oferty warto wybadać znajomość tematu u klienta i w razie czego przeprowadzić odpowiednie „szkolenie IT„. Dobrze jest wyjaśnić klientowi, czemu posiadanie witryny w internecie jest obecnie tak ważne oraz w jaki sposób może się to w jego przypadku przełożyć na wzrost obrotów. Twoją rolą jako profesjonalnego freelancera jest pójść jeszcze o krok dalej i zaoferować mu fachowy konsulting. Nie robisz tylko stron internetowych, e-sklepów czy aplikacji webowych, Ty rozwiązujesz problemy klienta. Dzięki doradztwu i swojej wiedzy możesz też wyróżnić się od konkurencji. Także cenowo.

I przykłady, żeby nie być gołosłownym.

Zadaniem strony internetowej jest pozyskać nowych klientów, a stałych motywować do nowych zakupów. Poza tym firmowa witryna powinna dawać odpowiedź na najczęściej zadawane pytania odnośnie oferty klienta, co zmniejsza ilość pracy dla jego personelu, a co za tym idzie koszty. A ponadto dobrze zrobiona strona podnosi wartość firmy i jej prestiż, co także bezpośrednio wpływa na przychody. Strona musi więc oferować wysoką wartość dla użytkownika, cechować się odpowiednim wskaźnikiem konwersji, o czym decydować może nawet wygląd buttona dodaj do koszyka,  jak dowodzą „amerykańscy specjaliści”. Nie wspominając już o tym, że nie każdy darmowy skrypt daje takie funkcjonalności, jakich oczekuje nasz klient, jak również jego klienci. A za to wszystko się płaci. I to wcale nie mało.

Stara prawda mówi też o tym, że klienci „kupują oczami”. Dlatego warto zadbać o estetykę wizualną naszej witryny. Prawdopodobnie każdy z nas woli zrobić zakupy w przestronnym, jasno oświetlonym sklepie, niż w ciasnej budce w ciemnej uliczce. Podobnie dobre zdjęcia produktów do sklepu internetowego, zastępujące oglądanie produktu „na żywo”, mogą przekonać klienta do tego, aby zaufał danemu sklepowi i rzeczywiście zdecydował się na zakup. Jakość oczywiście kosztuje.

Teksty na stronę generują oczywiście ruch z wyszukiwarek, ale umieszczone na stronie firmowej czy w sklepie internetowym są także czytane przez potencjalnych klientów. W internecie liczy się przede wszystkim unikalność treści, dlatego powielane ciągle te same opisy produktów do sklepu internetowego, pobierane ze strony producenta, w pewnym momencie przestaną mieć jakąkolwiek wartość dodaną dla klienta. Dlatego optymalne rozwiązanie to zamówienie u profesjonalisty stworzenia tych tekstów na nowo. Im lepszy specjalista, tym cena wyższa.

A klient i tak mówi, że za drogo

Kontrargumentem klienta jest jak zawsze rachunek ekonomiczny. Wielu z nich pragnie przede wszystkim konkurować cenowo, kosztem wyglądu i zawartości merytorycznej strony internetowej/sklepu online. Taka strategia oznacza jednak na ogół minimalne marże i konieczność zapewnienia bardzo wysokich, stabilnych obrotów. Jest też bardzo prosta do powielenia przez kolejnych konkurentów. W końcu kosztów nie można ograniczać w nieskończoność. W przypadku sklepu online wystarczy tu trochę lepsza umowa z firmą kurierską, większy kapitał, pozwalający na uzyskanie wyższego rabatu od dystrybutora/producenta (większe jednorazowe zakupy) i klient może łatwo wypaść z rynku, tracąc swoją upragnioną pozycję najtańszego oferenta. Jednym słowem jest to strategia krótkoterminowa, która ostatecznie będzie wymagał istotnych zmian w organizacji. Stąd też warto rozważyć wraz z klientem staranne, długotrwałe budowanie marki, wyższą specjalizację, lepszy produkt, co wraz ze wzrostem przedsiębiorstwa ostatecznie pozwoli nam także zaoferować większą cenową konkurencyjność lub z drugiej strony stworzyć produkt elitarny, o którego jakości będzie stanowić właśnie wysoka cena. Drugie podejście na pewno oznacza wyższe koszty początkowe, co wielu odstrasza, ale w ostatecznym rozrachunku daje perspektywę rozwoju i obiecuje znaczące dochody w przyszłości.

Podsumowując, generalna zasada, jaką powinniśmy się na co dzień kierować przy kontaktach z klientami, jest taka: „Co muszę zrobić, aby rozwiązać problem klienta i sprawić, aby miał większe przychody?”, co oczywiście nie oznacza pracy za darmo. Takie podejście zagwarantuje Ci, że klient będzie do Ciebie wracał i przyprowadzi do Ciebie więcej osób. Nie obrażaj się jednak, jeżeli klient jest zwolennikiem strategii cenowej i dalej uważa Cię za zdziercę. Takie jego prawo, a Ty spokojnie poczekaj, co z tym zrobi karma ;-).

 

Portale ze zleceniami

Freelancer, jeżeli nie ma ugruntowanej opinii i kilkunastu stałych klientów, zbyt często cierpi na brak pracy. Jak pozyskać nowych klientów i zacząć jakiś projekt? Możemy oczywiście dzwonić, wysyłać maile, faksy, listy, ulotki itp. To zwykle działa, ale należy na to poświęcić czas i czasem też pieniądze, a najczęściej okazuje się, że źle stargetowaliśmy swoją kampanię i cała para idzie w gwizdek. Na szczęście powstały specjalne portale ze zleceniami, gdzie nasi przyszli klienci sami ogłaszają swoje potrzeby – wystarczy tylko wygrać aukcję. Dziś przedstawiamy kilka portali, gdzie możemy spróbować coś wygrać.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Zlecenia.przez.net

Niekwestionowany lider wśród portali ze zleceniami, powstał około 7 lat temu i od tamtego czasu zdążył się już trochę zestarzeć. Chyba każdy z nas ma tam konto. Ale od pewnego czasu portal ten opanowali „freelancerzy” na utrzymaniu rodziców, czyli praca wykonana po cenach dumpingowych, byle tylko wygrać aukcję, najprawdopodobniej pracujący na pirackich programach (np.: PhotoShop). Portal sam w sobie nie jest zły, od czasu do czasu zdarzają się poważne aukcje. I w takich aukcjach warto startować. Całą resztę możemy sobie darować. Zwłaszcza, że większość z aukcji wystawiają zleceniodawcy, którzy liczą, że dostana rozbudowany system CMS, napisany od podstaw, z dożywotnią gwarancją za 100 zł lub całą identyfikację wizualną za 25 zł. Niemniej jednak zlecenia.przez.net dają nam codziennie kilkadziesiąt możliwości zarobku, możemy go nie lubić, ale trzeba z nim żyć. Zlecenia.przez.net mają też inną niewątpliwie bardzo istotną zaletę – są praktycznie bezpłatne.

Freelancity.pl

Nowy portal w fazie beta. Ruszył w listopadzie 2010, prowadzony jest przez agencję rekrutacyjną z Gliwic. Możemy zakładać, że na bazie swojego doświadczenia agencja ta może ściągnąć do portalu poważniejszych zleceniodawców. Wprowadzenie opłat za korzystanie z serwisu może, ale nie musi spowodować, że będą tam wystawiane zlecenia od zleceniodawców liczących na poważnych freelancerów. 400 zł rocznie za konto Profi to nie dużo, jeżeli tylko będziemy mogli przynajmniej raz w miesiącu wygrać jedno zlecenie za 500 zł. Rejestrując się w portalu, musimy być przygotowani na uiszczenie opłaty weryfikacyjnej w wysokości 2 zł, bez weryfikacji nie będziemy mogli brać udziału w licytacji. W serwisie są dwa typy kont Basic i Profi. Basic to konto z ograniczeniami do 5 licytacji miesięcznie, a w przypadku gdy wystawiamy zlecenie płacimy 4% wartości projektu w przypadku wyłonienia zwycięzcy aukcji, ale minimalna opłata to 25 zł. Czyli po ludzku, jeżeli kwota zlecenia to mniej niż 625 zł to i tak płacimy 25 zł. Jednym słowem nie opłaca się nam wystawiać małych aukcji. W przypadku konta Profi, nie ma takich opłat i nie mamy limitu zleceń, ale to kosztuje nas od 120 zł za kwartał, poprzez 220 zł za pół roku do 400 zł za cały rok. Czy taki system się sprawdzi, nie wiemy. Czy zleceniodawcy mający możliwość bezpłatnego wystawiania zleceń na innych portalach będą chcieli zlecać właśnie tu – póki co także trudno stwierdzić, choć zaczynają pojawiać się pierwsze zlecenia. Wszystko zależy do nas. Jeżeli na tym portalu będą odpowiednie osoby, pracujące za normalne stawki i gwarantujące, że zlecenia będą wykonane należycie, to prawdopodobnie portal ma szansę na sukces. No nic. Pożyjemy zobaczymy. Jak na razie tylko 4 zlecenia, z czego jedno od właściciela portalu. Wietrzymy tu podpuchę, aby więcej osób się zweryfikowało, ale jest to tylko nasze skromne zdanie.

Studlancer.pl

Zważywszy na to, że twórcy portalu zbezcześcili Wikipedię, nie jest on naszym faworytem. Ale zrecenzować go trzeba. Portal należy do firmy GRM Media, która prowadzi również biuro matrymonialne i portal z częściami zamiennymi do samochodów. Zamieszczenie ogłoszenia kosztuje tu 5 zł. Generalnie wszystkie usługi dodatkowe kosztują 5 zł. Weryfikacja konta to też koszt 5 zł. Portal studlancer.pl sponsoruje moneta 5 zł. Portal ten nie wnosi niczego nowego, no może poza nowym oldschoolowym wyglądem. Kolejny klon zleceń.prze.net. Zleceń na dziś 40, w tym „mycie okien” (zero zgłoszeń) i „wymiana klocków hamulcowych” (zero zgłoszeń). Próba przebicia Oferii, ale raczej nieudana. Naszym zdaniem portal nie przetrwa zbyt długo.

Oferia.pl

Portal właściciela allegro, lidera w branży aukcji internetowych. Możemy tu zalogować się za pomocą naszego loginu i hasła z allegro. Dzięki temu, że portal jest połączony z allegro.pl, możemy tu pozyskać dużą ilości zleceń, jeżeli pracujemy w branży budowlanej (2053 ogłoszenia na dziś). Ale drugim co do ilości ogłoszeń działem jest Informatyka (680 ogłoszeń na dziś). Oferia to drugie po zleceniach.przez.net miejsce, gdzie naprawdę możemy szukać zleceniodawców. Oczywiście zdarzają się kwiatki, ale zdecydowanie mniej niż na ZPN. Zamieszczanie ogłoszeń jest darmowe, dodatkowe opcje są oczywiście płatne, ale niezbyt dużo. Jeżeli oferia.pl zacznie dbać o jakość zleceń i zleceniobiorców, może być poważnym konkurentem ZPN. Ale niestety na polskim rynku freelancerów nadal króluje jak najniższa cena.

Freelancer.com

Zagraniczny lider. Dużo zleceń, często za wyższe pieniądze, ale nie zawsze. Serwisy zagraniczne ze względu na globalizację są dostępne dla mieszkańców min. Pakistanu, Indii, Wietnamu itp. gdzie można dostatnio żyć za 2 dolary dziennie. Więc na początku może być trudno się przebić, ale jeżeli twoje portfolio się spodoba, to możesz pracować za dużo wyższe stawki niż w Polsce. Dla dużej części zagranicznych zleceniodawców (z Europy Zachodniej i USA), cena nie jest tak istotna jak Twoje umiejętności i doświadczenie. Założenie konta i zgłaszanie się do aukcji są bezpłatne, w przypadku gdy wygramy daną aukcję, i zleceniodawca nam zapłaci, płacimy prowizję 10%, od wartości zlecenia, minimum $5. Jeżeli zdecydujemy się na konto Gold wówczas opłata miesięczna wynosi $24,95 miesięcznie, ale wówczas prowizja za wygrane zlecenie wynosi tylko 3%. Duża liczba zleceń i wyższe stawki (na ogół) sprawiają że portal freelancer.com jest portalem wartym uwagi. Dodatkowo portal ten często organizuje różne konkursy, w których możemy wziąć udział, w tej chwili do wygrania jest $25 000.

Elance.com

Drugi zagraniczny portal ze zleceniami, na który należy zajrzeć. Podstawowe konto jest bezpłatne, płacimy prowizję w przypadku wygrania aukcji (od 6.75% – 8.75% wartości naszej oferty), ale w miesiącu możemy złożyć tylko 10 ofert. Za 10 dolarów miesięcznie możemy złożyć do 25 ofert i zgłaszać się w większej ilości kategorii. Aby móc zgłosić się do aukcji po rejestracji, należy zaliczyć test i poddać się weryfikacji telefonicznej. Dodatkowo często zdarza się, że aukcje dostępne są tylko dla „płacących” freelancerów.

Getak.pl

Nowy portal, debiutujący w październiku zeszłego roku, na razie bez zleceń. Dwa rodzaje kont darmowe i płatne (50 zł miesięcznie). Zamieszczanie zleceń i ofert bezpłatne. W darmowym koncie możemy zmieścić do 10 ofert miesięcznie.

Globtra.com

Portal dla tłumaczy. Jeżeli jesteś tłumaczem to należy założyć tam konto. Dużo zleceń, często wygrywa najniższa cena, ale nie zawsze. Coraz częściej zaczyna liczyć się jakość i doświadczenie. Cała globtra.com jest jeszcze bezpłatna.

Proz.com

Drugi portal dla tłumaczy. Dużo zleceń, za stawki europejskie :), ale duża konkurencja. Podstawowe konto bezpłatne, jedynym ograniczeniem jest to, że możemy zamieszczać swoje oferty po 12 godzinach od zamieszczeni ogłoszenia i za każde zgłoszenie musimy zapłacić $1, są również zlecenia tylko dla płacących członków. Roczna opłata wynosi 129 dolarów, w ramach której możemy zamieszczać swoje oferty bez żadnych ograniczeń czasowych.

Artserwis.pl

Właściwie to przede wszystkim możemy umieścić tu swoje portfolio, ale zdarzają się też zlecenia i oferty pracy. Dla grafików.

 

Jak widać portali ze zleceniami jest kilka, a pewnie i tak to jeszcze nie wszystkie. Teoretycznie możemy więc znaleźć coś dla siebie. Ale pomimo że jest ich coraz więcej, konkurencja jest również bardzo duża. Aby wgrać zlecenie, w większości przypadków wystarczy wystawić najniższą cenę, co jak wiemy na dłuższą metę prowadzi donikąd. Na szczęście coraz więcej zleceniodawców zaczyna dostrzegać, że jakość naprawdę idzie w parze z wyższą ceną. Ale do Zachodniej Europy jeszcze nam daleko.

Gatunki klientów

Obracając się w biznesowej dżungli dobrze jest choć trochę znać się na zoologii i botanice, aby szybko rozpoznać gatunek klienta i móc odpowiednio zareagować. Być może wszyscy wiedzą, że Wilcza Jagoda jest niejadalna, a Barszczu Sosnowskiego nie należy mylić z barszczem ukraińskim. Jednak takie wiadomości nie przydadzą nam się w biznesowej głuszy. Dlatego przestawiamy systematykę klientów, aby każdy z nas z łatwością odróżnił wyzyskiwacza od namolnego sknery.

Różne typy klientów

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Wyzyskiwacz pospolity (Exploiter Silvestris)

Jeden na najbardziej pospolitych gatunków. Występuje licznie na wielu portalach ze zleceniami, a także w naturalnym środowisku. Możemy go łatwo rozpoznać po słowach typu „proszę o najlepszą ofertę”, „ale, to za dużo”, „a nie dałoby się taniej i na dziś” i podobne. Nigdy nie wie, jaki jest dzień tygodnia, choćby był piątek 22:00, wysyła maila ze pilnym zleceniem, które musi być gotowe na poniedziałek rano. Gdy my po całym weekendzie pracy odeślemy mu w poniedziałek nasza pracę, na pierwszą odpowiedź możemy oczekiwać około środy. I zwykle z pretensjami, że praca jest źle zrobiona. Wyzyskiwacz uważa, że zjadł wszystkie rozumy, a freelancer powinien być wdzięczny, że klient pozwolił mu dla siebie pracować. Oczywiście na początku współpracy nie obejdzie się bez darmowej próbki, a najlepiej trzech. Nasza rada: unikać, a jeżeli już pracujemy z wyzyskiwaczem, podpisujemy umowy, wymagamy zaliczek i wszystko opisujemy w mailach, żądając potwierdzenia.

Słodki drań (Gravis Suave)

Większość słodkich drani jest miła na początku współpracy i dlatego niestety Słodcy Dranie są często myleni z Normalnym Klientem. Na nieszczęście nie jest łatwo ich odróżnić po pierwszym kontakcie. Zwykle większość z nich obiecuje złote góry, wielki projekt, mnóstwo zamówień a poza tym jest taki profesjonalny, że aż boli, no i zawsze mu się śpieszy. To wszystko sprawia, że nasza czujność jest obniżona, ale niestety po oddaniu zlecenia kontakt się urywa. A my wtedy z przykrością stwierdzamy, że poza mailem lub imieniem nie mamy nawet umowy, o danych do faktury nie wspominamy. Często wówczas nie odzyskujemy pieniędzy, choć na szczęście bywa to możliwe, tyle że po długiej batalii. Nasza rada: na wstępie prosimy o dane do faktury lub dane do umowy o dzieło. Po otrzymaniu takich danych możemy sprawdzić w internecie, czy z danym klientem nie ma problemów. Często Słodki Drań nie podaje swoich danych i wymiana wiadomości wygasa już na tym etapie. Jest to ostateczne potwierdzenie, że spotkaliśmy Słodkiego Drania.

Namolny Sknera (Avarus Importunus)

Jeżeli w odpowiedzi na naszą ofertę cenową dostaliśmy maila z pytaniem o rabat może to oznaczać, że z ostępów gospodarczej dżungli wyłonił się Namolny Sknera. Klient ten po otrzymaniu pierwszego rabatu, żąda kolejnego i drąży tak długo, aż nie uzyska następnego i jeszcze jednej obniżki, wysuwając coraz to nowe, absurdalne argumenty typu: „sam mogę przecież to zrobić, ale nie mam czasu, a mój czas jest wart tyle i tyle”, „przecież zamiast ciebie znajdę innego, który zgodzi się pracować za połowę twojej stawki” itp. Trzeba przyznać, że zwykle nie realizuje on swoich gróźb i wraca jak bumerang z kolejnymi propozycjami. Nasza rada: naszą pierwszą ceną powinna być cena o około 15-20% wyższa niż zwykle, wtedy schodząc z ceny nie doznajemy uszczerbku, a klient jest zadowolony ze swojej przebojowości, jednym słowem wilk syty i owca cała. Tym bardziej, że klient ten zna aż za dobrze wartość pieniądza i na ogół skwapliwie wywiązuje się ze swoich zobowiązań finansowych.

Namolny Sknera Maruda (Avarus Importunus Lingerer)

Podgatunkiem Namolnego Sknery często jest Namolny Sknera Maruda. Różnica polega na tym, że jak już wspomnieliśmy Namolny Sknera zwykle płaci za zlecenie bez gadania, natomiast odmiana Maruda po oddaniu zlecenia szuka dziury w całym, zasypuje nas epistołami wykazując brak kompetencji, chcąc jeszcze urwać coś z naszego wynagrodzenia. Nasza rada: umowa, odwołanie się do wstępnych ustaleń i konsekwentne acz uprzejme odpieranie kolejnych ataków powtarzaniem mantry: „w umowie o tym nie wspomnieliśmy„, „proszę sprawdzić maila z dnia tego i tego, gdzie rozwiązaliśmy ten problem„. Zwykle działa. Jeżeli nie, wówczas możemy dla świętego spokoju wprowadzić kilka poprawek lub obniżyć cenę o kolejne 2% i czekać na przelew.

Szybkościowiec (Perversus Punctuitas)

Jest to strasznie znerwicowany i niecierpliwy klient. Po ustaleniu w poniedziałek terminu oddania pracy na piątek, już w środę pyta, czy projekt jest gotowy, bo on już powinien go mieć. Po naszej odpowiedzi, że termin oddania to piątek albo się piekli, że przecież potrzebuje tego na jutro, a najlepiej na dziś, bo drukarnia/pozycjonowanie/klienci (niepotrzebne skreślić), albo mówi ok, ale na drugi dzień zadaje ponownie pytanie, czy już może dostać projekt lub chociaż jakąś jego część, wyrywając nas z rytmu ciągłym telefonicznym lub mailowym nękaniem. Nasza rada: „Termin oddania pracy to piątek, za dodatkową opłatą (odpowiednio wysoką, aby zadziałała jak kubeł zimnej wody) jestem w stanie nie spać dziś i skończyć na jutro”.

Klient Zamglony (Emptor Nebula)

Jeżeli zdarza wam się pracować z klientem, który sam nie wie czego chce, to macie do czynienia z Klientem Zamglonym. Chce stronę internetową, ale nie wie jaką, chce teksty, ale nie wie o czym, chce czegoś, ale nie wie czego. Obecnie populacja tego gatunku klientów utrzymuje się na stale niskim poziomie – działa tu po prostu selekcja naturalna, która dość szybko eliminuje takie osoby z rynku, choć czasem, w jakimś endemicznym ekosystemie trafi się prawdziwy zamglony król puszczy. Istnieją dwie jego odmiany – złota i miedziana. Odmiana Złota jest bardzo dobrym klientem, jeżeli tylko uda nam się odgadnąć jego myśli – będzie to jeden z naszych najlepiej płacących klientów, ufający nam bezgranicznie i wdzięczny, że istniejemy. Odmiana Miedziana nie rokuje – nawet jeżeli odgadniemy wszystkie jego zachcianki i potrzeby, i tak nie będzie miał środków na realizację kolejnych zleceń. Nasza rada: myślimy za klienta, często wybierając za niego i sprawdzamy wypłacalność.

Niedofinansowany Planista (Pecunia Apsentia)

Klient ten zwykle poszukuje do swojego super-duper-hiper-och-ach projektu programisty /grafika /handlowca /tłumacza /copywritera (niepotrzebne skreślić, choć najczęściej okazuje się, że klient poszukuje istnego omnibusa, który ma się znać na wszystkim). Wynagrodzeniem zwykle jest procent w przyszłych zyskach, linki do strony lub inny zastępczy środek pieniężny, zwykle niezbyt chodliwy. Nasza rada: szkoda naszej pracy, chyba że lubimy pracować za darmo albo potrzebujemy kontaktu z wizjonerem. I dla przypomnienia: dowolnie duży procent z zera zawsze daje zero.

Nadpomysłowy Dyktator (Commutatus Velocitas)

Jeżeli dostajemy zlecenie i wszystko już mamy ustalone, a tu nagle, znienacka otrzymujemy maila ze zmianami wcześniejszych ustaleń, które zwykle zmieniają cały projekt, oznacza to, że mamy do czynienia z Nadpomysłowym Dyktatorem. Często maile ze zmianami do projektu przychodzą codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Nierzadko też niestety, gdy zadowoleni z siebie oddajemy do wglądu gotowy projekt do ostatnich poprawek i zatwierdzenia dowiadujemy się, że koncepcja teraz jest już zupełnie inna. Nasza rada: Nie wykonujemy kolejnego projektu, nie poprawiamy w nieskończoność kolorów, szlaczków, itp. Należy uświadomić klientowi, jakie były wstępne ustalenia, na które się zgodził i wystawić fakturę. Inaczej możemy zostać z rozgrzebanym projektem na długie miesiące, ciągle mając coś do roboty, za coraz mniejszą stawkę za godzinę.

Normalny Klient (Profestus Communis)

Na szczęście w dżungli biznesu trafiają się także Normalni Klienci, dla których umowa jest umową, terminy są respektowane, dla niego normalne jest, że freelancer może chcieć zaliczki, że może się rozchorować, mieć plany urlopowe, o których zawsze informuje się z góry lub tak szybko, jak to możliwe. Klient taki nie unika trudnych rozmów np. w przypadku opóźnienia w płatności napisze maila, że nie może teraz zapłacić, ale postara się jak najszybciej. Reklamacja też będzie zawsze konkretna i podająca konkretne wytyczne do poprawek. Współpraca przebiega gładko i w miłej atmosferze. Nasza rada: dopieszczać i dokarmiać.

Często w wyniku mieszania gatunków dochodzi do krzyżówek, które mogą być połączeniem dwóch lub więcej gatunków. Nie są jeszcze dokładnie poznane warunki występowania, sposób rozrodu i ekosystemy klientów. Ale mamy nadzieję, że nasze badania i ekspedycje pozwolą na dokładniejsze poznanie ich zwyczajów, aby móc lepiej działać w naszym biznesowym freelancerskim środowisku.

Coca-Cola też zaczynała od małej firmy

Dziś kilka pożytecznych informacji na temat biurokracji w naszym kraju. Odkąd mamy „cudowne” jedno okienko teoretycznie ma być łatwiej, ale jeżeli ktoś z was próbował wypełnić dokumenty zgłoszeniowe w ZUSie bez pomocy miłej pani z okienka to duży szacun. Ok więc zaczynamy.

– Mamo tato będę freelancerem
– Ło, Jezu, a czy to nie jest aby zaraźliwe?

Generalnie zgodnie z Wikipedią freelancer to osoba która wykonuje różne prace na zlecenia. I tu mamy pierwszy dylemat, zakładać firmę czy nie. Poniżej kilka wskazówek, które mogą wam pomóc w podjęciu decyzji.

Firma

Bez firmy

Wady

Zalety

Wady

Zalety

Zus ok 850 zł miesięcznie, bez względu na to czy zarabiamy czy nie. Możliwość wystawiania faktur VAT, duża część firm zdecydowanie preferuje ten rodzaj rozliczania. Część firm nie lubi podpisywać umów, woli dostać fakturę. Jeżeli pracujemy na umowy o dzieło z przekazaniem praw autorskich wówczas kosztem uzyskania przychodu jest połowa kwoty brutto umowy. Czyli płacimy tylko połowę podatku. I nie jest ważne ile zarobimy, nie wpadniemy w drugi próg podatkowy.
Konieczność prowadzenia księgowości. Dużą część wydatków możemy sobie wpisać w koszty, a w rezultacie płacić niższe podatki. Jeżeli pracujemy na umowę o dzieło, nie mamy ubezpieczenia zdrowotnego. Wówczas trzeba wykupić sobie dodatkowe ubezpieczenie jeżeli chcemy być ubezpieczeni w NFZ. Praktycznie nie mamy kontaktu z biurokracją. Poza rocznym rozliczeniem podatkowym, chyba że pracujemy dla kontrahentów z zagranicy, wówczas sami odprowadzamy podatki i musimy pojawić się w urzedzie skarbowym
Jako firma możemy startować w przetargach, a jako że głównym kryterium zwykle jest cena wykonania danej usługi, to mamy duże szanse wygrać, ponieważ nasze ceny zapewne nie będą zbyt wygórowane.

Decyzję musicie podjąć sami, nie jesteśmy tu nic w stanie poradzić. Musisz sam lub sama przeanalizować wszystkie za i przeciw, najlepiej na początek popracować jako freelancer bez firmy i zobaczyć jak idzie, jeżeli większość z Twoich klientów jednak woli faktury lub nie che współpracować, wówczas jest to sygnał, że może jednak musi to być firma.

Jeżeli pracujesz bez firmy, tutaj znajdują się umowy o dzieło z przekazaniem praw autorskich i zwykła umowa o dzieło. Umowy są sprawdzone i możesz śmiało je stosować.

Zdjęcie pochodzi z flickr.com

Jak korzystać z umów o dzieło?

Pobierasz umowę, w zależności jakie to dzieło albo z przeniesieniem praw autorskich (klika przykładów: napisanie tekstu, projekt strony internetowej, grafiki wszelkiego rodzaju, tłumaczenia, napisanie programu,skomponowanie muzyki itp.,), lub zwykłą. Wpisujesz swoje dane, co ma być przedmiotem umowy nr konta itp. Ważne jest, aby na umowie dokładnie wpisać co jest przedmiotem umowy, np.: wykonanie projektu graficznego strony internetowej takiej i takiej.

Na umowie wpisujemy kwotę brutto (czyli to co dostaniemy na rękę plus podatki). Wyliczenie kwoty brutto netto od umów o dzieło zostało wyjaśnione w tym wątku http://freelancer.org.pl/topic.php?id=301. I taką podpisaną umowę przesyłamy do naszego kontrahenta, on to podpisuje i odsyła nam jedną kopię. Po zakończeniu dzieła wysyłamy naszemu kontrahentowi rachunek do umowy o dzieło np. taki:

RACHUNEK DO UMOWY O DZIEŁO NR …

z dnia …

za dzieło w postaci … dla ….., na kwotę brutto … .

Wystawiony dnia … przez:

Imię i nazwisko Wykonawcy

ROZLICZENIE PODATKOWE:

1. Kwota brutto:

2. Koszt uzyskania przychodu (50% z poz. 1)

3. Podstawa opodatkowania (1-2)

4. Naliczony podatek (18% z poz. 3)

5. Podatek do zapłaty (poz. 4 zaokr. do pełnych zł)

6. Kwota netto do zapłaty na rachunek bankowy (1-5)

Sposób zapłaty: przelew w ciągu 7 dni od otrzymania rachunku.

Rachunek bankowy: ….

Jeżeli nie znamy jeszcze klienta wówczas dobrze jest poczekać na podpisaną umowę i wtedy zacząć pracę. Po wykonaniu dzieła wysyłamy mu ten rachunek i on na jego podstawie powinien nam zapłacić. Jeżeli mamy bezpośredni kontakt z klientem wówczas załatwiamy część biurokratyczną za jednym zamachem.

I to właściwie tyle. Nasz kontrahent płaci za nas podatek, my na koniec roku otrzymujemy od niego druk PIT-11. I na podstawie tych druków wypełniamy naszą deklarację roczną PIT-37.

Firma

Teraz zajmijmy się firmą, nie jest to już takie proste, bo większość biurokratycznych obowiązków spada na nas. Ale nie lękajcie się, nie jest to takie trudne.

Na leniucha, jeżeli nie che nam się prowadzić spraw firmy wówczas za około 200 zł miesięcznie księgowość naszej firmy będzie prowadzić księgowa. W zależności od tego jak jesteśmy leniwi, możemy, albo sami wystawiać faktury i zbierać faktury z kosztami i przekazywać naszej księgowej raz w miesiącu, albo wystawianie faktur zlecić również księgowej i wysyłać jej tylko kwoty i dane kontrahentów. I czuć się jak prezes.

Dla ambitnych lub mniej zasobnych w portfelu. Samodzielne prowadzenie księgowości małej firmy nie jest trudne, ale jeżeli nie mamy kogoś kto nam pokaże co i jak, wtedy początki mogą być trudne. Ale od początku.

Zakładanie firmy

Dziś wystarczy wizyta w urzędzie miasta lub gminy i wypełnienie stosowanego kilkustronicowego formularza. Urząd wysyła nasz formularz do odpowiednich urzędów. To właściwie tyle, jeżeli będzie brakowało jakiś dokumentów to zostaniemy wezwani do odpowiedniego urzędu.

Prowadzenie firmy

ZUS

Jeżeli nie mamy przychodów (czyt. klientów), wtedy nie płacimy podatków, ale niestety składki ZUS tak. Dla nowych firm składki wynoszą:

  • Na konto 83 1010 1023 0000 2613 9510 0000123,24 zł (Ubezpieczenia społeczne z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym)
  • Na konto 78 1010 1023 0000 2613 9520 0000 – 243,39 zł (Ubezpieczenie zdrowotne)
  • Na konto 73 1010 1023 0000 2613 9530 000010,19 zł (Fundusz Pracy)

Po okresie przejściowym (2 lata) płacimy odpowiednio więcej.

Należy pamiętać, że płacimy za poprzedni miesiąc więc, w odpowiednich polach wpisujemy numer poprzedniego miesiąca i rok w formacie – MMRRRR. Numer deklaracji to zwykle 1, nie wpisujemy kolejnych numerów w każdym miesiącu, jeżeli w danym miesiącu złożymy drugą deklarację (korektę poprzedniej deklaracji), wtedy tą druga numerujemy jako 2. Ważne jest, aby wybrać się do ZUS do 10 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym rozpoczęliśmy działalność i złożyć tam wypełniony formularz DRA. Jeżeli sami nie umiemy, panie z okienka na pewno nam pomogą. Każda kolejna deklaracja jest generowana automatycznie, więc nie musimy co miesiąc biegać do ZUSu. Ale płacić musimy do 10 każdego miesiąca za miesiąc poprzedni. Jeżeli zmienimy coś w naszych danych, wówczas po zmianie znów musimy złożyć deklarację DRA, aby nowe dane zostały ponownie generowane automatycznie. Jeżeli nie zatrudniamy nikogo na umowę zlecenie lub umowę o pracę, wtedy nic się nie zmienia. Gdy łączymy działalność z pracą na etacie, wówczas jeżeli z etatu wynagrodzenie jest większe lub równe minimalnemu wynagrodzeniu (ok 1300 zł) wówczas w ZUS wyrejestrowujemy się ze składek na ubezpieczenia społeczne, i opłacamy tylko ubezpieczenie zdrowotne – 243,39 zł.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Podatki

W życiu są dwie pewne rzeczy śmierć i podatki. W Polsce mamy kilka sposobów opodatkowania. Jako freelancerzy prowadzący działalność gospodarczą mamy właściwie dwie możliwości. Opodatkowanie według skali podatkowej lub podatek liniowy.

Skala podatkowa

Jeżeli w danym roku zarobimy, po odjęciu składek ZUS, więcej niż 85 528 zł wówczas nasz podatek wyniesie 14 839.02 zł plus 32% z kwoty nadwyżki ponad 85 528 zł.

Jeżeli mniej niż 85 528 zł wówczas nasz podatek wyniesie 18% z zarobionej kwoty minus kwota wolna od podatku 556,02 zł.

Podatek liniowy

Podatek ten jest najlepszy dla tych, którzy zarabiają dużo powyżej 85 528 zł rocznie, wynosi on 19%. Ale nie ma tu kwoty wolnej podatku, płacimy 19% od dochodu i już.

Wyboru formy opodatkowania dokonujemy podczas rejestracji firmy lub do 20 stycznia każdego roku. Jeżeli spodziewamy się, że zarobimy w danym roku ponad 85 528 zł wówczas bardziej opłaca się podatek liniowy, jeżeli mniej wówczas skala podatkowa.

Prowadząc firmę musimy prowadzić Księgę Przychodów i Rozchodów (KpiR), gdzie wpisujemy wszystkie nasze dochody i koszty. Na rynku jest dużo darmowych programów które pomogą nam prowadzić księgę, można je znaleźć np. tu. Część z tych programów samodzielnie wylicza podatki, które mamy zapłacić za dany miesiąc, ale warto poznać ten mechanizm.

Sumujemy wszystkie przychody netto i rozchody netto (jeżeli nie jesteś płatnikiem VAT wówczas wpisujesz kwotę brutto), w danym miesiącu. Odejmujemy od kwoty przychodów koszty. Wynikiem odejmowania jest nasz zysk, wówczas od kwoty zysku odejmujemy kwotę wolną od podatku (556,02 zł w roku 2011) i wychodzi nam podatek. Teraz od tego podatku odejmujemy składkę na ubezpieczenie zdrowotne (za styczeń będzie to 200,92 zł, za luty 410,50 zł, najlepiej posiłkować się ta tabelką) i odejmujemy zapłacony w danym roku podatek. Ten wynik jest naszym podatkiem do zapłacenia na konto PIT naszego urzędu skarbowego. Jeżeli wynik jest ujemny wówczas, nie płacimy podatku. Podatek należy zapłacić do 20 każdego miesiąca po miesiącu, za który płacimy. Jeżeli jesteśmy płatnikiem VAT, wówczas dodatkowo do 25 każdego miesiąca po miesiącu za który płacimy, musimy wypełnić druk VAT-7, i wysłać go do urzędu skarbowego (decyduje data stempla pocztowego). Aby to zrobić musimy poza KPiR prowadzić również dodatkowe dwa rejestry Sprzedaży VAT i Kupna VAT. W rejestrze sprzedaży wpisujemy nasze faktury, kwotę netto, vat i brutto, tak samo w rejestrze kupna, tylko że w tym rejestrze rejestrujemy faktury, które są naszym kosztem. Nie wpisujemy tu umów o pracę, dzieło itp. tylko Faktury. Jeżeli dostaniemy rachunek na którym jest napisane, że sprzedawca jest zwolniony z podatku VAT, wówczas taki rachunek też wpisujemy, ale nie wpisujemy kwoty VAT. Większość programów księgowych ma taką funkcjonalność, więc jest to dość proste. W deklaracji VAT-7 wpisujemy sumę netto i VAT z każdego miesiąca w odpowiednie tabele, są dość przejrzyście opisane więc nie ma problemu. Odejmujemy od kwoty podatku należnego (pole 41) kwotę podatku naliczonego do odliczenia (pole 50). Jeżeli różnica jest dodatnia wówczas tą kwotę wpisujemy w pole nr 53 i wpłacamy ją do urzędu skarbowego na konto VAT. Jeżeli jest ujemna wówczas mamy dwa wyjścia, albo chcemy żeby nam ja zwrócili na konto, albo przenosimy tą kwotę na kolejny miesiąc i odliczamy ją od kwoty podatku należnego w kolejnym miesiącu.

To chyba wszystko. Wpis jest dość rozbudowany, ale nie dało się tego napisać krócej. Mamy nadzieję że będzie pomocny. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej spytaj na forum.

10 pomysłów na czas wolny

Dziś sobota, więc taki oto weekendowy temat dla wszystkich pracusiów, którzy uważają, że za odpoczynek wystarczy im popatrywanie w telewizor, kiedy na komputerze wytrwale rysują rzuty elewacji albo pracują nad aplikacją na Facebooka. Od razu mówimy: nie, to nie jest sposób na regenerację sił, a wielkie oszustwo wobec własnego organizmu, spragnionego prawdziwej przerwy i naładowania baterii. No to jak? W ten weekend nie pracujesz? Nie wiesz jeszcze, co będziesz robić? Oto ranking najbardziej zapomnianych przez freelancera sposobów na odpoczywanie.

1. Spacer nie jest tylko dla emerytów

Wyjście z domu na świeże powietrze po to, aby pobiec na parking do samochodu i w panice zastanawiać się, czy w kwadrans uda Ci się dotrzeć z Gocławia do Centrum* na spotkanie z klientem, na którym będziesz właśnie prezentować wynik twojej miesięcznej pracy, na pewno nie jest ani spacerem, ani ćwiczeniami fizycznymi, o czym w poniższym akapicie. Tutaj chodzi o nieśpieszną przechadzkę po świeżym powietrzu, ewentualnie miarowy marsz na przykład z takimi akcesoriami jak kijki do nordic walkingu. Naturalnie dwa leszczynowe kije tak samo dobrze spełnią tę funkcję, szkopuł polega jednak na tym, że nie będziesz wtedy cool i trendy i zmniejszysz skuteczność przekazu marketingowego w/w produktu. Spacer pozwoli Ci się dotlenić, spokojnie pomyśleć albo nie myśleć wcale, podziwiając przyrodę wokół. Piesza wycieczka ma też tę zaletę, że idąc ciężko jest klepać w klawisze komputera, jest więc szansa, że nie przyjdzie Ci do głowy wzięcie na spacer laptopa zamiast psiaka – z braku własnego na przykład pieska ze schroniska, któremu na pewno przyda wybieganie się i choć chwila miłego kontaktu z człowiekiem.

* dzielnice Warszawy po dwóch stronach Wisły. Teoretycznie bez korków i z oczekującym miejscem do parkowania jest możliwe dotrzeć z punktu… hm… „G” do punktu „C” w zadanym czasie.

2. Czas na sport

Wychodząc na przykład pobiegać, nie musimy od razu przebiec maratonu. Jak już wspomnieliśmy szybki spacer też dobrze nam zrobi, zwłaszcza jeżeli przez ostatnie kilka lat siedzieliśmy głównie przed komputerem lub uwiązani do telefonu. Ci, którzy nie lubią się przemęczać, mogą zawsze pograć w szachy. Nasza rada, to jednak rower latem, biegówki zimą, ewentualnie kiedy plucha za oknem basen lub siłownia, bo sport to zdrowie. Ważne, żeby przynajmniej raz w tygodniu ruszyć nogami lub inną częścią ciała, poza placami na klawiaturze komputera lub telefonu. Pozycja siedząca źle działa na kręgosłup, więc dla własnego dobra powinniśmy znaleźć choć kwadrans dziennie na jakieś ćwiczenia.

3. Wyjście do kina, raczej bez popcornu

Zbliża się oskarowa gala, więc można spróbować wcześniej zobaczyć nominowane obrazy. Obecnie szczególnie polecamy „Jak zostać królem” w reżyserii Toma Hoopera z Colinem Firthem, Geoffrey’em Rushem i Heleną Bonham Carter o tym, jak bez zająknięcia objąć tron Anglii w przełomowym momencie XX w. Film już zdobył kilka Złotych Globów, a poza tym jest brytyjsko-australijski, więc jest szansa na to, że poziom patosu utrzymany został w godnych dżentelmena ryzach. Inna propozycja to wprawdzie już produkcja amerykańska, za to niesztampowego twórcy, a mianowicie Darrena Aronofsky’ego, znanego między innymi z takich produkcji jak Pi, Requiem dla snu czy Zapaśnik, z szokująco mało seksownym Mickey’m Rourke’m. Najnowszy film Aronofsky’ego to thriller psychologiczny zatytułowany „Czarny łabędź”, w którym gra Natalie Portman, Mila Kunis oraz Vincent Cassel. Dla fanów polskiej, nieśmiesznej komedii pozostaje Och, Karol 2 i, sądząc po zwiastunie zapowiadająca się jeszcze gorzej produkcja „Jak się pozbyć cellulitu”, ale to już na waszą własną odpowiedzialność.

4. Galeria sztuki – to nie dla mnie

A może jednak? Muzea i wystawy też mogą być interesujące, szczególnie, że coraz więcej z nich, także w Polsce, stawia na rozwiązania multimedialne, mające uatrakcyjnić zwiedzanie turystom. Poza tym, jeśli się odpowiednio psychicznie nastroicie, możecie naprawdę poczuć się jak odwiedzający nieznany zakątek przybysz i spojrzeć na swoją okolicę zupełnie świeżym okiem, odkrywając nowe, fascynujące miejsca. Polecamy zwłaszcza wirtualny projekt Muzeum Narodowego w Krakowie, choć niestety ustępuje on stronie Art Project Google. A może twój znajomy fotograf albo niezależny twórca organizuje właśnie swój wernisaż? Takie wyjście ma wtedy dodatkową zaletę – jest szansa, że będziemy mogli coś smacznego przekąsić (jeśli strawa dla ducha okaże się nie do przyjęcia przez nasz zmęczony pracą umysł).

5. Oko w oko ze sztuką wysoką

To pewnie propozycja nie dla wszystkich, ale wyjście do teatru, opery czy filharmonii można też zastąpić koncertem ulubionej kapeli. Wybór jest szczególnie szeroki w sezonie wiosenno-letnim, kiedy sporo z takich imprez organizowanych jest w plenerze. Mamy na przykład studenckie juwenalia, koncerty na plaży, jazz na rynku, orkiestrę kameralną w parku, festiwal teatrów ulicznych lub ogródkowych. Warto rozejrzeć się w swojej okolicy, bo nie dość że to interesujące wydarzenia, to jeszcze często wstęp na nie jest bezpłatny (jeśli klient kolejny tydzień zwleka z zapłatą, to ważny argument przetargowy).

6. Spotkanie z przyjaciółmi

Po długiej pracy należy nam się odpoczynek. Spotkanie z przyjaciółmi powinniśmy zaliczyć do kategorii odpoczynku, choć nierzadko na drugi dzień jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni niż wcześniej. Do wyboru mamy weekendowe wypady na miasto lub przeżywające renesans domówki. Może dlatego, że są łatwe do zorganizowania. Wystarczy mieszkanie lub domek, tolerancyjni sąsiedzi, chipsy i woda na rano. Goście przynoszą składkowy prowiant i piwo, a mamy z głowy. Dobrze byłoby tylko zorganizować papierową zastawę i plastikowe sztućce, bo jak człowiek obudzi się rano, to sprzątanie nie jest czynnością, o której marzymy. Jeszcze lepsze wyjście to pójść na imprezę do kogoś – możemy wtedy przynajmniej wyjść, kiedy chcemy, a sprzątanie ograniczyć do wyniesienia pustych puszek. Możemy też spotkać się ze znajomymi na kawie, w parku, w galerii handlowej, na paintballu… Znajomi to najlepsza odskocznia od codziennych trosk.

7. Wyjście na mecz

Jeżeli jesteśmy kibicami jakiegokolwiek sportu, zapewne mamy swój ulubiony zespół. Warto od czasu do czasu wspomóc dziewczyny lub chłopaków swoim dopingiem. Czasem na rozgrywki można zabrać ze sobą rodzinę, chyba że chodzi o piłkę nożną. Tu jak wiadomo bywa różnie, o czym jest szczególnie głośno zwłaszcza teraz. Zdecydowanie bezpieczniej jest więc na meczach koszykówki lub siatkówki, a wręcz ekstremalnie spokojnie na zawodach w jeździe figurowej na lodzie.

8. ZOO lub ogród botaniczny

Oczywiście nie ma to, jak zobaczyć zwierzę w jego naturalnym środowisku, ale z braku innych możliwości pozostaje nam ZOO. Z kolei zamiast parku można wybrać się do ogrodu botanicznego, gdzie będzie większa szansa podziwiać ciekawe rośliny. Są to opcje szczególnie atrakcyjne dla mieszczuchów z małymi dziećmi. Jeśli mieszkamy poza miastem sprawa jest jeszcze łatwiejsza – bierzemy aparat, dzieciaki (jeżeli mamy) i w drogę. Amerykańscy naukowcy udowodnili że kontakty z przyrodą ożywioną lub nieożywioną poprawiają nasze samopoczucie, wydajność, kreatywność i jeszcze kilka innych rzeczy kończących się na -ść. Wygląda więc na to, że nie ma rady i zgodnie z zaleceniami amerykańskich uczonych warto od czasu do czasu odejść od komputera.

9. Czas na hobby

Dawniej uwielbiałaś scrapbooking, ale odkąd na poważnie zajęłaś się tłumaczeniami, nie masz na to fizycznie czasu? Już nie pamiętasz, kiedy była ostatnia próba twojej studenckiej kapeli, bo do reszty pochłonęła Cię praca dziennikarza? Pora, aby to zmienić, naturalnie pod warunkiem, że zajęcia takie jak produkcja biżuterii artystycznej, safari fotograficzne w miejskiej dżungli czy uczestnictwo w zlocie fanów Gwiezdnych Wojen sprawi Ci przyjemność i oderwie na chwilę od codziennego kieratu.

10. Weekendowy wypad w góry

To propozycja dla odważnych, ponieważ wiąże się z pozostawieniem laptopa w domu. Dopuszczalne jest zabranie komórki, w końcu na szlaku różnie być może, ale najlepiej na ten cel kupić sobie kartę pre-paid, a nowy numer podać tylko rodzicom. Oczywiście nie znikamy po angielsku, ale ustawiamy na mailu grzeczne info, że w dniach takich i takich jesteś niedostępny/a. Możesz też na ten okres włączyć pocztę głosową ze stosownym powiadomieniem w swoim telefonie. I niech Cię nawet nie kusi sprawdzać maila przez komórkę albo szukać na gwałt kawiarenki internetowej. Najlepiej zaszyj się w kompletnej głuszy, gdzie nie ma zasięgu i działa tylko numer alarmowy. Zobaczysz – po takim odstawieniu od cywilizacji z radością rzucisz się do swojego komputera i podejmiesz przerwane projekty.

W krainie nicków czyli koniec młodości

Pamiętacie naszego przykładowego satana69 z domeną na buziaczek.pl, który stał się bohaterem jednego z akapitów naszego wpisu o zleceniach-minach? No to dziś będzie właśnie o tym. Czyli z jakiego adresu e-mail na pewno nie możesz wysłać oferty biznesowej do potencjalnych klientów, ponieważ narazisz się co najwyżej na śmieszność. To fakt, jedna z zasad reklamy mówi o tym, że nie ważne jak mówią, grunt że w ogóle, pytanie tylko, co w tej sytuacji zostanie zapamiętane: twój idiotyczny login czy adres do strony z twoją ofertą.

PHU Satan 69 P. Kowalski

Teoretycznie nikt Ci nie broni nazwać w ten sposób swojej firmy. Jeśli działasz w branży erotycznej i na przykład prowadzisz seks-szop nazwa faktycznie jak znalazł. W przypadku jakiejkolwiek innej działalności sugerujemy jednak wymyślić coś bardziej z nią związanego. Taka sama zasada winna obowiązywać maile. Uważasz, że mail o postaci imię.nazwisko[at]domena.pl to zbyt nudne rozwiązanie dla twojego temperamentu i nie pokazuje w pełni twojego poczucia humoru? Wymyśl więc dla siebie jakąś fajną, a jednocześnie profesjonalnie brzmiącą ksywkę. Pamiętaj jednak, że każdego śmieszy trochę co innego, a już szczególnie żarty podszyte erotyzmem. Jaki rodzaj nicków jest zatem dopuszczalny? Może na przykład Papier_i_ołówek dla ilustratora albo W_trzech_wymiarach dla specjalisty od grafiki 3D. Na pewno uda Ci się wpaść na jakiś fajny koncept.

Imię i nazwisko zawsze najbezpieczniejsze

Nie da się ukryć, że przy rozmowach o pracę – a w końcu zdobywanie zleceń, to właśnie tego rodzaju sytuacja – posługiwanie się swoim pełnym imieniem i nazwiskiem da najprawdopodobniej najlepszy efekt. Szczególnie, jeśli negocjujesz ze sporą spółką, której dane znasz, a rozmawia z Tobą również znany Ci z nazwiska Project Manager a nie nick, równie zagadkowy jak twój. W rozmowach biznesowych warto zachować powagę, co nie znaczy, że nie masz pozwolić sobie na odrobinę luzu. Radzimy jednak zaczekać z używaniem w mailu emotikonów zanim nie poznasz się ze swoim zleceniodawcą trochę bliżej.

Globalizacja

Wcześniej czy później, jako freelancer z sukcesami, masz szansę wypłynąć na szerokie międzynarodowe wody, a wtedy lepiej nie mieć nicka np.: „Fartowny„. W Polsce słowo to ma jak najbardziej pozytywne znaczenie, jednak w konfrontacji z anglojęzycznymi klientami już tak fajnie nie jest. Dla ciekawych „fart” po angielsku oznacza po prostu „pierdnięcie„. Jeśli stawiasz na taki wizerunek, na pewno możesz liczyć na darmową reklamę w stylu: Does it mean that he’s just farting around? (;. Jeżeli nazywasz się Świętochna Wyrwidąb, Grzegorz Brzęczyszczykiewicz lub Borzymierz Grzegrzółka proponujemy koniecznie wymyślić sobie jakiś międzynarodowy nick. Inaczej połowę rozmowy stracisz na wyjaśnianiu klientowi, jak to w ogóle możliwe, że twoje imię da się wymówić.

Darmowa domena?

Jako freelancer teoretycznie nie jesteś zobowiązany do tego, aby posiadać swoją stronę i wykupić własną domenę. Naszym zdaniem to dobre posunięcie, o czym pisaliśmy w artykule Sprzedać sprzedaż, choć nie musi być to konieczność. Czasem wystarczy profil na branżowym portalu i mail na obcym serwerze, który nierzadko oferuje nawet opcję płatną, gdzie funkcjonalność konta pocztowego jest większa. Mowa tu na przykład o usłudze Onet Poczta Plus, PocztaPRO na Wp.pl czy koncie komercyjnym na Interii z lepszą ochroną antyspamową, większą pojemnością skrzynki i wieloma innymi usprawnieniami (czasem nawet możliwością wybrania własnej nazwy domeny). No i jest jeszcze oczywiście stary poczciwy gmail, którego chyba nie sposób zapełnić danymi… W naszej opinii jako zleceniobiorca masz prawo używać takich kont. Będąc zleceniodawcą i podając mail na darmowym serwerze – możesz tracić na wiarygodności.

Anonimowość w internecie – czy aby na pewno?

Na koniec jeszcze tylko mała porada: pamiętaj o tym, gdzie zostawiasz swojego maila lub numer komunikatora. Być może nie chcesz, aby sprawdzający Cię zleceniodawca wiedział, że w wolnym czasie handlujesz na Allegro sztucznymi kupami lub podobnie „zabawnymi” akcesoriami albo, że jesteś maniakiem gier komputerowych, który wspólnie z kolegami z forum licytuje się, ile czasu najdłużej grał oraz ze szczegółami opisuje jak w tym czasie radził sobie z potrzebami fizjologicznymi. Naszym zdaniem lepiej oddzielać sferę prywatną od zawodowej. A może być to tylko z korzyścią dla waszej renomy prawdziwego profesjonalisty.

Zanim podejmiesz się wykonania zlecenia

Hura! Wreszcie klient, który znalazł nas przez naszą stronkę! Naturalnie gratulujemy, ale postaraj się na chwilę opanować swój entuzjazm i zanim zobowiążesz się do czegoś konkretnego, sprawdź, kto zacz. Z przykrego doświadczenia wiemy, że nawet fakt posiadania podpisanej umowy oraz pełnych danych zleceniodawcy, nie zawsze uchroni nas przed stratą finansową, a w każdym razie może przyprawić nas o kilka siwych włosów na głowie. A zatem, okazuj entuzjazm i ciesz się zleceniem, ALE jednocześnie sprawdź, z kim masz do czynienia.

Opóźnione płatności

Przede wszystkim warto przejrzeć internet pod kątem doniesień o opóźnieniach w zapłacie od tego klienta albo, nie daj Bóg, o niemożności ściągnięcia należności. Opinii o klientach indywidualnych szukaj w komentarzach na serwisach ze zleceniami, na Allegro, poczytaj wypowiedzi na Goldenline, NK lub Facebooku. Postaraj się odszukać posty tej osoby na jakimś forum czy blogu. W przypadku firm warto sprawdzić poprawność numeru NIP lub KRS w niezależnych źródłach. Przejrzyj serwisy w rodzaju Rzetelna Firma lub fora branżowe. Wśród tłumaczy funkcjonuje na przykład specjalna utworzona do tego celu grupa dyskusyjna na Yahoo o nazwie Problemy-Płatności-Tłumacze. Naturalnie wszelkie internetowe opinie zwłaszcza z anonimowych kont trzeba jeszcze przefiltrować, ale w tym przypadku ewidentnie lepiej wiedzieć więcej niż mniej. Jak to mówią, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą tudzież nie ma dymu bez ognia, a skarbnica przysłów polskich na pewno podsunie jeszcze kilka równie trafnych określeń na to zjawisko.

Atmosfera pracy też ma znaczenie

– Tak, słucham.
– Po ile masz strony?
– Eeeee…. ale jakie strony?
– No Boże, internetowe (niemalże słyszysz jak gałki oczne twojego rozmówcy wykonują efektowny piruet w oczodołach). To jaka jest cena?
– No wie Pan (jakoś Ci tak głupio walić od razu na „ty”), to zależy od wielu czyn…
– To nie znasz własnego cennika? Boże, co za ludzie. Jak wy możecie tak pracować?!
– Panie, strony internetowe to nie ziemniaki! – w końcu nerwy Ci puszczają, ale facet już się rozłączył.

No dobrze, aż tak ekstremalnie nigdy nie było, ale trzeba przyznać, że niektórzy biznesmeni kulturą osobistą nie grzeszą. Bywają też osoby, które z powodu jednej literówki w kilkunastostronicowym tłumaczeniu napiszą do Ciebie całą epistołę, podkreślającą twoje braki intelektualne oraz nieznajomość ortografii i interpunkcji, grożąc drastycznym obniżeniem wynagrodzenia za rażące błędy. Dla niektórych z kolei normalne jest wykrzyczenie swojej frustracji w słuchawkę. W takiej sytuacji na szali masz, czasami nawet całkiem niezłe, wynagrodzenie a na drugiej swój rosnący poziom stresu, kiedy każdy telefon albo mail przyprawia Cię o przyspieszone bicie serca. Na szczęście klient nie jest twoim szefem i Ty masz całkiem prosty wybór, chociaż przygotuj się na kilka miłych słów z jego strony na zakończenie współpracy.

Zbiory rozłączne

Nie macie czasem podczas rozmowy z klientem (ewentualnie oglądając sprawozdanie z Sejmu) wrażenia, że właśnie na ziemi pojawili się kosmici? I mimo że teoretycznie rozmawiacie w tym samym języku, zupełnie nie możecie się dogadać? Ja nazywam to syndromem niestykających się ze sobą galaktyk. Każde z nas ma zupełnie inną wizję, inne problemy wydają się ważne a inne całkiem nieistotne (najczęściej zależność ta jest odwrotnie proporcjonalna, co rodzi nadzieję, że chociaż na średnim poziomie trudności w końcu się spotkamy) albo po prostu kompletnie się nie rozumiecie i trafiacie na komunikacyjny zator. To może znacznie utrudnić, jeśli nie uniemożliwić współpracę. Najprostsza rada to poszukać tłumacza lub mediatora, który będzie w stanie wyjaśnić stronom, o co chodzi. Warto podpytać klienta, czy ktoś taki nie znalazłby się po jego stronie: „To może najprościej byłoby, gdybym porozmawiał/a z Państwa informatykiem?”. Może to być szczególnie pomocne, jeśli rozmawiasz z wszystkowiedzącym prezesem, który na przykład myli CSS z CMS lub SEO z CEO. Inna możliwość to poprosić znajomego/ą, optymalnie wspólnika czy sprawdzonego partnera o rozmowę z klientem w naszym imieniu – być może on/a będzie w stanie łatwiej się z potencjalnym zleceniodawcą zrozumieć. Udało się? Świetnie! W takim razie szykuj umowę.

Powiązania kapitałowe

To, o czym teraz napiszemy będzie nieco makiaweliczne. Otóż, warto prześwietlić naszego klienta również pod kątem posiadanych przez niego firm/stron internetowych/zaangażowania w danego rodzaju działalność/wieku. Może nam to dać obraz jego ogólnego statusu finansowego i – jeśli brak takowych informacji w internecie – potencjalnie ostrzec przed zleceniodawcą niewypłacalnym. Z drugiej strony może nas to też uchronić przed podaniem żenująco niskiej stawki. Niektórym może się to wydać nieprawdopodobne, ale dla pewnej grupy klientów zbyt niska cena usługi także bywa sygnałem ostrzegawczym i sugeruje, że zleceniobiorca jest mało poważny. Wyobraźmy sobie dużą firmę programistyczną, świadczącą usługi dla klientów z zagranicy, która otrzymuje propozycję wykonania ikon do programu za 0,20 zł sztuka… Dla dużego klienta taka oferta jest naprawdę dyskwalifikująca. A zatem przygotowując ofertę pamiętaj o tym, że oprócz ceny maksymalnej obowiązuje też cena minimalna.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Jeszcze jakieś pomysły? Forum czeka.

Kara umowna dla freelancera

Nie będziemy tu poprawiać Wikipedii, gdzie napisano co to jest kara umowna.

Krótkie streszczenie: Zgodnie z art 483-484 Kodeksu Cywilnego, w umowach cywilno prawnych można umieszczać klauzule, które w przypadku niedotrzymania umowy, spowodują że będziemy musieli jeszcze do interesu dopłacić.

Umowy, które podpisujemy z naszymi zleceniodawcami, zwykle zawierają takie wpisy. Wynika to, między innymi z faktu, że większość dostępnych w internecie wzorów umów zawiera takie klauzule. Głównym założeniem kar umownych jest zdyscyplinowanie wykonawcy do dobrej i terminowej pracy.

Jeżeli w umowie która podpisujemy kara umowna jest zbyt duża w stosunku do należnego nam wynagrodzenia, możemy się zastanowić czy warto taką umowę podpisywać. Należy także, dokładnie sprawdzić w jakich przypadkach taką karę umowna będziemy musieli zapłacić. Jeżeli w umowie mamy napisane, że opóźnienie dostarczenia projektu będzie nas kosztowało na przykład 100 zł lub 10% wartości zlecenia, to możemy się spodziewać, że nasze wynagrodzenie może zostać potrącone o tą karę umowną. Dlatego przed podpisaniem takiej umowy warto ja dokładnie przeczytać. Jeżeli w powyższym przykładzie spóźnimy się np. 10 dni, to wtedy może nas to kosztować 1000 zł.

Zwykle w umowach jest również klauzula, że w przypadku gdy w związku z niedotrzymaniem umowy wystąpiła szkoda która wartościowo przewyższa karę umowną, wówczas jeżeli taka szkoda nastąpiła, zleceniodawca może wystąpić na drogę sądową, aby wydobyć od nas dodatkowe pieniądze, ponad karę umowną. Ale w przeciwieństwie do zawartych w umowie kwot kar umownych, będzie musiał udowodnić, że taka szkoda faktycznie nastąpiła.

Kary umowne nie obowiązują w przypadku świadczeń pieniężnych (np.: leasing). Jest to, z naszego punktu widzenia niesprawiedliwe, bo jeżeli nasz zleceniodawca nie zapłaci to będziemy mogli jedynie próbować uzyskać od niego odsetki ustawowe, czyli w tej chwili 13% rocznie.

Podsumowanie:

Kary umownej ciężko uniknąć, jeżeli będziemy chcieli wykreślić ją z umowy – będzie ciężko znaleźć zleceniodawce który taka umowę podpisze. Najprostszy sposób, to dotrzymywanie terminów i jakości które zawarliśmy w umowie z naszym zleceniodawcą. Drugim sposobem jest Przygotowanie sobie umowy którą dajemy do podpisania klientowi, gdzie wpisujemy karę umowną: np. 10% wartości zlecenia, lub wykreślamy ten paragraf (licząc na to że klient nie przeczyta dokładnie), ale to może spowodować że klient sam dopisze taki zapis.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Jakich zleceń powinniśmy wystrzegać się jak ognia?

Czasami już w trakcie czytania samej treści potencjalnego zlecenia, zamieszczonego na jakimś portalu z ogłoszeniami tego typu, zapala nam się w głowie czerwona lampka. Alarm ten oznacza na ogół tylko jedno – będą problemy. „Abort, abort!”, usłyszelibyśmy zapewne w jakimś amerykańskim filmie akcji. Na pewno wielu z Was wie, o czym mowa, ale dla pewności przedstawiamy nasze krótkie podsumowanie zleceń – min.

Ale o co chodzi?

Bywa, że czytasz opis zlecenia raz, drugi, trzeci i w dalszym ciągu nie bardzo wiesz, czego dotyczy zlecenie. To ma być taka strona, jak ta co to wychodzi w pierwszej dziesiątce google na hasło gry online, ale nie pamiętam adresu, bo to było dawno, a poza tym ma nie być w czerwieni tylko z niebieskim, bo będzie o finansach, ewentualnie też trochę o nieruchomościach, ale to potem zdecydujemy, zresztą w pierwszej kolejności będziemy tę starą pozycjonować, podaj numer GG i ile byś za to chciał… Uffff. Daj Boże, jeśli jeszcze ortografia w tym strumieniu świadomości jest w miarę poprawna. Gorzej jeśli twój pracodawca pisze jak niedouczony gimnazjalista o „artykółach”, które mają być poprawne gramatycznie, stylistycznie i ortograficznie, co zleceniodawca oczywiście skrupulatnie sprawdza, a za „nie rzetelność niepłaci”.

Proszę o najlepszą/rozsądną ofertę

Czyli tłumacząc z polskiego na nasze: chyba nie sądzisz, że za precla zapłacę Ci więcej niż złotówkę, tłumaczenie na angielski masz wykonać z pocałowaniem ręki za mniej niż 10 zł za stronę 1800 znaków bez spacji a strona www powyżej 100 PLN świadczy o tym, że jesteś obrzydliwym naciągaczem, któremu nie chce się pracować itd., itp. Najlepsza cena oznacza naturalnie sam zysk dla klienta, poszukującego – nie bójmy się użyć tego słowa – jelenia, który wykona zadanie świetnie i za pół darmo. W takich sytuacjach prosimy dawać owszem najlepszą ofertę – przede wszystkim dla siebie. Zapewne nie zostanie wybrana, a wręcz może nawet być brutalnie usunięta z serwisu aukcyjnego, ale przynajmniej będzie głosem wolnego rynku, a nie podawaniem kolejnych dumpingowych cen.

Poszukuję młodych ludzi, najchętniej studentów oraz zależy mi na czasie

A więc znowu chodzi o pieniądze, bo jak wiadomo polski student przymieranie głodem ma we krwi, ewentualnie utrzymują go rodzice, a on potrzebuje pieniędzy tylko na ekstra wydatki typu papierosy lub piwo. W zależności od hojności potencjalnego zleceniodawcy – raz w tygodniu lub raz w miesiącu. Poza tym pragnący dorobić młody człowiek rwie się do roboty i na pewno skończy pracę raz dwa. Przebierających nogami z niecierpliwości klientów, którzy potrzebują wszystkiego na już, też lepiej się wystrzegać. Często spotykana jest u nich dysproporcja, jeśli chodzi o prawa i obowiązki każdej ze stron. Najczęściej objawia się to tym, że Ty masz dla niego pracować w tempie na wczoraj, on Ci natomiast zapłaci pojutrze albo powie, że teraz nie ma czasu. W końcu terminy go gonią i on naprawdę nie ma głowy do takich drobiazgów.

Możliwa stała współpraca czyli wielkie plany, które rozpływają się we mgle

Obietnica dalszej, owocnej współpracy ma nas ewidentnie skłonić do podania niższej stawki. To kolejny chwyt stosowany przez zleceniodawców-myśliwych na rykowisku. Prawdopodobnie w 8 przypadkach na 10 do dalszej kooperacji już nie dochodzi, ale klient osiągnął cel – drobną usługę wykonaną z 20-30% rabatem. Choć faktycznie zdarzają się chlubne wyjątki. Najczęściej, jeśli do realizacji danego projektu (na przykład napisania artykułów na stronę) wybieranych jest kilka osób, jest szansa, że na finiszu ostaną się tylko Ci najlepsi, którym faktycznie zaproponuje się konkretne cykliczne zlecenia. W końcu nie ma się co dziwić, że klient chce przetestować kontrahenta, zanim podpisze z nim umowę na dłużej.

Minimum treści, maksimum wymagań

Czasem zdarza się klient minimalista, który potrzebuje po prostu strony i prosi o oferty. Tematyka, ilość podstron, technologia wykonania i cała masa innych parametrów to na tym etapie „zbędne szczegóły”, a on „nie odpowiada na miale”. Nie wiesz, jaka strona, znaczy, że się nie znasz i tyle. Ewentualnie jesteś namolnym freakiem, którego należałoby zgłosić na policję. Nawet jeśli zleceniodawca Cię wybierze, nie spodziewaj się lepszej współpracy po fakcie. Najprawdopodobniej będzie milczał, jak grób, a Ty będziesz musiał/a wymyślić wszystko sam/a. Oznaką, że twoja praca przypadła mu do gustu, będzie niespodziewany przelew na koncie. Jeśli nie, możesz spodziewać się nagłego potoku słów w komentarzu negatywnym do zlecenia. Jednym słowem rosyjska ruletka.

Zastrzegam sobie prawo do niewybrania zwycięzcy aukcji

Jeśli natrafisz na tego rodzaju zdanie w opisie zlecenia, raczej daruj sobie przygotowywanie wypieszczonej prezentacji swoich usługi i portfolio. To tak naprawdę nie jest zlecenie, a zapytanie ofertowe. Po prostu wystawiający zlecenie chce się zorientować w stawkach i zakresie oferowanych prac. No dobrze, możesz się przyłożyć, składając ofertę, ale raczej nie nastawiaj się na to, że zlecenie już jest twoje, chyba że wierzysz w potęgę pozytywnego myślenia i sprawiedliwość karmy. Masz na pewno większe szanse, kiedy twoja stawka jest wyjątkowo niska, bo na ogół to właśnie ten czynnik w Polsce decyduje o wyborze wykonawcy. Ciągle jednak cena może być zbyt wysoka, w stosunku do oczekiwań klienta. Dowiesz się tego, gdy od zakończenia licytacji upłynęły już dwa tygodnie, a zwycięzcą nadal nikt nie został.

Stawkę wyślij na satan69 [małpa] buziaczek.pl – tylko poważne oferty.

Czasami dane zleceniodawcy są absolutnie tajne przez poufne, a od nas wymagane jest niemalże CV ze zdjęciem, szczegółowy opis doświadczenia z ostatnich pięciu lat oraz referencje od trzech klientów. Taka jednostronność na pewno nie wróży dobrze, a poza tym wiele się ostatnio pisze o próbach wyłudzenia prywatnych danych i kradzieży tożsamości. Zdarzają się też szantaże o charakterze seksualnym, który to temat poruszyliśmy swego czasu na naszym forum. Dlatego, jeśli masz współpracować z jakimś idiotycznym nickiem, lepiej dwa razy przemyśl, czy na pewno masz ochotę bawić się potem w szpiega, który po numerze gadu gadu będzie dociekał prawdziwych personaliów tej osoby. Naszym forumowym agentem CIA jest @Serv-tech, a o swojej „pracy” pisał na przykład tutaj.

Potrzebuję czegoś jak Norton Antywirus, ile by to kosztowało” czyli klient oderwany od rzeczywistości

Tak, tak. Bywają i takie osoby, które najwyraźniej w ogóle nie orientują się w realiach rynkowych, w jednym zdaniu prosząc o wycenę czegoś, co warte jest co najmniej grube tysiące, jak nie miliony. Najprawdopodobniej są to fantaści, którym marzy się powrót do czasów garażowych firm komputerowych z Doliny Krzemowej, kiedy przy minimalnym nakładzie pieniędzy powstawały prawdziwie przełomowe odkrycia rewolucji informatycznej. Druga możliwość to oczywiście sprytny klient, poszukujący koni pociągowych dla swojego wózka o nazwie sukces i pieniądze. Naszym zdaniem – kompletna strata czasu.

Darmowe próbki oraz prośba o wstępne propozycje wykonania

Chyba najbardziej irytującym rodzajem zleceń są te, gdzie jawnie mówi się nam, że mamy pracować za darmo. Jasne, czasami jest to wskazane, zwłaszcza jeśli to my jesteśmy zlecającym, nieprawdaż? Przy czym „próbka” to w przypadku tłumaczeń tekst na maksymalnie 900 znaków ze spacjami. Tyle naprawdę wystarczy, aby zorientować się, czy nasz tłumacz faktycznie do tego zawodu się nadaje, czy tylko sprawnie obsługuje kombinację klawiszy ctrl+c, ctrl+v oraz stronę google translator. Poza tym uczciwie jest zaproponować, że po pozytywnej weryfikacji próbka ta zostanie włączona w koszt wykonania przekładu całego tekstu. Ze wstępnymi propozycjami sygnetu, logotypu, layoutu strony najczęściej mają do czynienia graficy. Oznacza to ni mniej ni więcej, ale turniej ofert, gdzie nagrodą jest majacząca niczym fatamorgana na pustyni obietnica współpracy. Szansa na wygranie tego konkursu jest mniej więcej taka sama jak w audiotele. Czyli najpierw sporo inwestujesz, a stopa zwrotu może nie pokryć naszych wydatków.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

O czymś nie napisaliśmy? Daj znać na forum.

Windykować czy nie windykować, oto jest pytanie…

Niestety zapewne wielu z nas natknęło się na swojej freelancerskiej drodze na zwykłego oszusta i kłamcę. Umowa, które miała zostać podpisana „zaraz po zleceniu, bo teraz zależy nam na czasie”, wcale nie dotarła, a zleceniodawca zapadł się pod ziemię. Wypłacalność klienta skończyła się na zaliczce, do tego stopnia, że najwyraźniej nie ma nawet z czego zapłacić za telefon, który uparcie zgłasza „abonenta niedostępnego”. Próbny projekt, „który na tę chwilę wymaga jeszcze kilku drobnych poprawek”, został po prostu bezczelnie wykorzystany, a o zapłacie możemy zapomnieć. Czy wreszcie problemem są zawsze innipoczta, księgowość, prezes, wspólnik. A na koncie dalej nic.

Realiści powiedzą tu zapewne z przekąsem: „A na co liczyłeś/aś? Klient to klient. Umowa, zaliczka, praca, faktura, przedsądowe wezwanie do zapłaty, sądowy nakaz płatności.” I na pewno mają rację, bo to jest zdecydowanie najlepszy sposób na to, aby uniknąć problemów. A to że współpraca będzie mniej sympatyczna, tylko raczej chłodna i sformalizowana? No cóż, od przyjemnego spędzania czasu mamy raczej przyjaciół, a nie klientów. A w ten sposób przynajmniej zabezpieczamy nasze interesy. Jeśli pracujesz bez umowy, nie masz pełnych danych do faktury twojego zleceniodawcy, a wręcz znasz go tylko jako nick na Allegro lub numer na GG, to apelować możesz w zasadzie tylko i wyłącznie do jego poczucia przyzwoitości, ewentualnie robić mu czarny PR śledząc na różnego rodzaju forach i portalach społecznościowych. Szczerze nie polecamy tej metody, ponieważ tego rodzaju prześladowanie, nawet poniekąd w słusznej sprawie, jest niezgodne z prawem.

Co więc zrobić, kiedy daliśmy się naciąć? Czy jest jakaś szansa na to, aby w końcu wywalczyć pieniądze? Lepiej przeboleć, czy pobawić się w windykatora?

Windykacja na pewno nie jest przyjemna, zabiera też z reguły sporo czasu oraz najpierw naraża nas na koszty, zanim będziemy mieć szansę odzyskać należność. Będzie to zapewne minimum kilka telefonów, sporo maili, ponowna wysyłka faktury lub umowy pocztą, bo poprzednia w tajemniczych okolicznościach „zaginęła” i mnóstwo straconego czasu i nerwów. Stad też przy sporych kwotach od większych podmiotów można rozważyć skorzystanie z usług profesjonalistów, czyli firm windykacyjnych. Niestety panowie z Kruka i innych tego typu agencji są nie w ciemię bici i na pewno sami chcą przede wszystkim zarobić a nie stracić. Dlatego nie dziwmy się, jeśli ich entuzjazm dla naszego zlecenia nie będzie zbyt wysoki, tym bardziej kiedy dług jest świeży. Dla firm windykacyjnych znacznie korzystniejsze są długi mocno przeterminowane oraz przejmowane w stosunku do naprawdę dużych instytucji, jak na przykład szpitale oraz instytucje państwowe. Na pewno warto jednak spróbować – zadzwonić, dowiedzieć się o koszty, o to, jak wygląda procedura. Może właśnie nie do tych największych, ale do mniejszych agencji, które prawdopodobnie będą mniej wybredne. Poza tym jeśli w między czasie postaramy się o sądowy nakaz zapłaty, o czym szerzej pisaliśmy tutaj, prawdopodobnie nie będziemy mieć problemu z odsprzedażą długu i nasze szanse na pozytywny finał rosną.

Jeśli mimo wszystko dalej zostaliśmy sami z naszym „śmierdzącym jajem”, jest zawsze szansa, że naszego kontrahenta przestraszy sam napis na kopercie: „Firma windykacyjna OSIŁEK”, „FANI BASEBALLU” lub coś równie wymyślnego. Obawiamy się jednak, że na tego rodzaju działalność trzeba mieć w naszym pięknym kraju jakąś licencję, nie radzimy więc tworzyć takich wirtualnych bytów, nawet jeśli wasza desperacja sięga zenitu. W ostateczności pozostaje nam przecież jeszcze droga sądowa, choć wielu wolnych strzelców na sam dźwięk słowa „sąd” czuje rosnące osłabienie i niemoc. Dlatego czasami decydujemy się jednak odpuścić. Z jednej strony to rozumiemy – kto jest bez winy, niech pierwszy itd. – ale niestety w ten sposób nie pracujemy na to, aby nieuczciwość w polskim biznesie ukrócić, aby potencjalni naciągacze wiedzieli, że nie są całkowicie bezkarni. Jako freelancerzy nie musimy być tą słabszą stroną sporu, choć jeśli naszym przeciwnikiem jest kancelaria prawnicza, o czym mogliśmy nie tak dawno przeczytać na forum, to rzeczywiście jest to wyzwanie. Mimo wszystko zachęcamy do walki o swoje – być może wtedy całej naszej braci we freelancingu będzie łatwiej.

Zdjęcie pochodzi z flickr.com

Sprzedać Sprzedaż

Pracujemy ciężko, pracujemy dobrze, ale to nie wszystko. Trzeba jeszcze to, co wykonaliśmy lub wykonujemy, sprzedać i tu jest pies pogrzebany. Jak to zrobić, żeby usłyszał o nas klient i co najważniejsze – wynajął? Jak mawia całkiem nowe przysłowie: „Gdyby teraz wynaleziono koło, bez reklamy nigdy by się nie sprzedało”. Musisz więc się odpowiednio zareklamować, czyli między innymi stworzyć swoje portfolio.

Prezentacja naszych dokonań w sieci

Ale ja się nie znam! Ale ja nie potrafię! Nie ma problemu, przy dzisiejszym wysypie portali, gdzie możemy zamieścić swoje prace, każdy znajdzie coś dla siebie i na pewno nie będzie mieć żadnych problemów z obsługą swojej strony www. Poniżej kilka przykładów:

Dla piszących oraz wszelkiego typu doradców finansowych, podatkowych i PR-owców – na początek wystarczy zwykły blog, np. na http://www.blogger.com, wordpress.com, http://www.blox.pl i wielu, wielu innych serwisach blogowych tego typu. Jedyną trudnością przy założeniu bloga na tych portalach jest w zasadzie wymyślenie jego nazwy.

Dla rysujących (również w AutoCADzie) oraz demonów fotografiihttp://www.artserwis.pl/, http://carbonmade.com/, http://portfolio.deviantart.com/, bez znajomości programowania łatwo i prosto stworzymy swoją stronę z portfolio.

Webmasterzy – tu nie ma prostych rozwiązań, chyba nikt nie kupi strony www od webmastera, który ma swoje portfolio na jednym z powyższych darmowych portali. No przepraszam, skoro jesteś webmasterem i nie masz swojej strony, to nie wyglądasz poważnie.

Tłumaczom polecamy rejestrację na branżowym portalu Globtra.com i/lub Proz.com, gdzie można zamieścić opis swojego wykształcenia, informację o stawkach i dane kontaktowe. Obydwa portale mają ponadto system ocen, dzięki czemu możemy zbierać referencje.

Informatycy raczej nie powinni mieć problemu z instalacją prostej wizytówki na darmowym serwerze, aby dać się klientom namierzyć w sieci. Natomiast nieważne jakie rozwiązanie wybiorą pozycjonerzy, byle tylko ich stronka wyskakiwała w TOP 10.

Strona internetowa to tak jakby nasz pracownik-handlowiec, który działa przez całą dobę, przez 7 dni w tygodniu i do tego bez prowizji, więc warto poświęcić trochę czasu, aby był efektywny i pracował naprawdę dobrze.

Ogłoszenia, reklama

Czy widzieliście może na skrzyżowaniach przy światłach ogłoszenia typu „Strony www tanio”, „Bądź pierwszy w googlu”? Nie mam pojęcia jaką realną skuteczność mają takie reklamy (szczególnie jeśli jakiś złośliwiec zalepi swoim afiszem telefon kontaktowy lub adres strony), ale najwyraźniej odnoszą jakiś skutek, skoro napisano o nich w internecie.

Ale teraz na poważnie – pierwszą rzeczą, którą powinniśmy zrobić na początku naszej działalności, kiedy nasze portfolio jest jeszcze pustawe, to powiadomić jak największa ilość znajomych o tym, czym się teraz zajmujemy. Facebook to niezłe narzędzie, jeden wpis i większość waszych znajomych wie, co robimy, ba może nawet ktoś to „polubi”. Drugą rzeczą, nad którą możemy się zastanowić, są darmowe ogłoszenia w internecie np. przez www.gumtree.pl, choć niestety nietrudno zauważyć, że większość freelancerów wpadła na ten sam pomysł. Jednak jeżeli zajmujemy się szkoleniami, np., językowymi (korepetycjami), jest to całkiem skuteczne narzędzie.

Można też rozważyć posiadanie swojego profilu na serwisach społecznościowych dla profesjonalistów jak na przykład Goldenline.pl lub LinkedIn albo portalach typu www.zlecenia.przez.net, www.oferia.pl, www.freelancer.com czy między innymi na naszym forum, gdzie czasem też pojawiają się zlecenia. Niestety rynek zleceń na wielu portalach ze zleceniami jest opanowany przez gimnazjalistów (polskie portale) lub Hindusów i Chińczyków (portale zagraniczne), którzy zaniżają ceny, a potem często nie wykonując zleceń lub wykonując je kiepsko. I potem wychodzą takie kwiatki – TlumaczPRO jest poszkodowanym klientem:

Kontakt osobisty

Bawiąc się w handlowca i samemu telefonując do klientów, można naprawdę wiele zyskać, choć nie każdy czuje się na siłach w ten sposób siebie promować. Można wobec tego wysyłać maile z ofertą, ale trzeba się wtedy liczyć z tym, że nie zostaną one nigdy przeczytane, bo wylądują od razu w koszu lub w najlepszym razie w spamie. Można też przygotować wstępny projekt tekstów/layoutu/aplikacji dla serwisu, który nie wygląda zbyt dobrze i wysłać mailem informacje, że chętnie pomożesz. Możemy w ten sposób zyskać klienta, ale niestety może się też okazać, że straciłeś/aś czas na darmo.

Polecenia

To jest najlepszy sposób na zdobycie nowych klientów, jest to jednak dość trudne. Jeżeli nasza praca będzie zawsze najlepsza i każdy klient będzie zadowolony, wtedy wcześniej czy później, pojawią się nowi kontrahenci, przysłani przez naszych stałych zleceniodawców. Jeśli jesteśmy godni zaufania i zawsze dotrzymujemy warunków umowy, na pewno klient nie będzie się bał za nas poręczyć. Możemy też delikatnie wspomóc go w decyzji, oferując rabat za każdego poleconego kontrahenta.

Podsumowując: Nikt nie mówił, że będzie lekko.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Odzyskać pieniądze

Większość z nas uważa, że sądy w Polsce są (nie)rychliwe i (nie)sprawiedliwe. Nie każdy chce być prawnikiem, ale znajomość prawa jednak popłaca. Gdy klient nie chce nam zapłacić, trzeba go do tego zmusić. Sądowe postępowanie upominawcze jest tym, co freelancerzy powinni znać i wykorzystywać.

Przepis na odzyskanie należności:

Składniki:
  • dowód należności,
  • podpisana przez dłużnika faktura VAT,
  • rachunek do umowy o dzieło razem z umową o dzieło,
  • wezwanie do zapłaty, (obowiązkowo),
  • uznanie długu, inaczej mówiąc podpisane przez dłużnika (najlepiej mieć, wtedy bez problemu uzyskamy sądowy nakaz zapłaty),
  • weksel lub czek, prawidłowo wypełnione.
Im więcej dowodów tym lepiej.

Przygotowanie:

Przygotowujemy pozew, który powinien zawierać następujące lub podobne zdanie: „Zgodnie z art. 4841 § 2 k.p.c we własnym imieniu wnoszę o rozpoznanie sprawy w postępowaniu nakazowym”.

Ponadto pozew powinien mieć:

  • datę,
  • nazwę i adres sądu gdzie składamy pozew,
  • oznaczenie rodzaju pisma,
  • oznaczenie stron w pozwie,
  • określenie kwoty spornej,
  • żądanie pozwu,
  • uzasadnienie pozwu,
  • przedstawienie dowodów,
  • i oczywiście, jak na każdym urzędowym dokumencie, podpis

Sąd rozpatruje taki pozew na posiedzeniu niejawnym i jeżeli wszystkie dokumenty są OK i nie budzą zastrzeżeń sądu, wydawany jest sądowy nakaz zapłaty. Jeżeli dokumenty są niejasne lub niejednoznaczne, sąd może wyznaczyć rozprawę i żądać wyjaśnień.

Dla kwot poniżej 10 000 zł pozew należy złożyć na specjalnym formularzu. W punkcie 8 wpisujemy formułkę: „Zgodnie z art. 4841 § 2 k.p.c we własnym imieniu wnoszę o rozpoznanie sprawy w postępowaniu nakazowym”, a resztę wypełniamy zgodnie z opisami. Taki formularz razem z załącznikami (po jednym dla każdej ze stron plus jeden dla sądu) zanosimy do sądu lub wysyłamy listem poleconym. Zanosząc pozew do  sądu, najlepiej jest na swojej kopii podbić pieczątkę przyjęcia dokumentu.

Jeżeli dobrze przygotowaliśmy dokumenty, sąd bez problemu wydaje nakaz zapłaty i wysyła go do dłużnika, który ma dwa tygodnie, aby się do tego odnieść. Jeżeli nic nie zrobi, wówczas nasz sądowy nakaz zapłaty jest gotowy i możemy zatrudniać komornika.

Koszty sądowego nakazu zapłaty:

  • do 2000 zł: 30 zł
  • 2000 zł – 5000 zł: 100 zł;
  • 5.000zł -7500 zł: 250 zł;
  • 7500 zł -10000 zł: 300 zł
  • powyżej 10000 zł: (Kwota sporu *5%)/1/4

Mamy nadzieję, że nie będziemy musieli tego przepisu często stosować.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

10 przykazań freelancera

Pierwsze przykazanie freelancera – Nie będziesz pracował bez umowy. Czyli z nowymi klientami staramy się zawsze podpisywać umowę. Jeżeli klient chce pracę bez umowy, to żądamy zapłaty z góry. Klienci, których znamy, mogą liczyć na trochę mniej restrykcyjne podejście. Jednak jeżeli klient jest znany, ale z tego, że nie płaci, wtedy zawsze żądamy przedpłaty. Takie podejście ma tę, zaletę że pracujemy i nie martwimy się o pieniądze.

Drugie przykazanie freelancera – Nie będziesz odpuszczał oszustom. Jeżeli jednak trafi nam się klient niepłacący, nie można mu odpuścić. Przecież to nasze zarobione pieniądze. Jeżeli praca została wykonana zgodnie z umową, należy nam się wynagrodzenie. Wysyłamy wezwania do zapłaty, jeżeli to nie pomoże, zgłaszamy sprawę do sądu, na policję i oczywiście umieszczamy informacje na temat niesolidnego płatnika na forach internetowych, Facebook’u itp.

Trzecie przykazanie freelancera – Pamiętaj, abyś miał przynajmniej jeden dzień w tygodniu wolny. Przepracowanie nie jest dobre dla tego biznesu. Zmęczony człowiek popełnia błędy i może być niebezpieczny dla otoczenia, a nie chcielibyśmy, aby nasze dzieła były złej jakości.

Czwarte przykazanie freelancera – Dbaj o sprzęt. Nie jest istotne, czy jesteś grafikiem, programistą, copywriterem czy architektem. Dziś freelancer pracuje głównie na komputerze, nie ma znaczenia czy masz super wypasioną stację roboczą z kartą graficzną zdolną wykonywać animacje 3D w wysokiej rozdzielczości z szybkością 69 klatek na sekundę, czy  komputer tylko do pisania z procesorem Pentium II – jeżeli sprzęt Ci się zepsuje, to ciężko będzie dotrzymać terminu.

Piąte przykazanie freelancera – Nie zapominaj o backupach. Nawet najbardziej zadbany sprzęt może nas zawieść. Jeżeli regularnie wykonujemy kopię zapasowe, nie ma problemu, ale jeżeli nie, to wtedy jest zwykle za późno. Kopie zapasowe najlepiej jest wykonywać codziennie, a jeżeli mamy naprawdę ważną pracę – co godzinę. Wtedy w przypadku awarii tracimy tylko dane z ostatnich kilkudziesięciu minut, a nie cały projekt. Kopie zapasowe najprościej jest wykonywać na pendrivach, które w chwili obecnej są na tyle pojemne, że pomieszczą duże ilości danych.

Szóste przykazanie freelancera – Pracuj na oryginalnym oprogramowaniu. Wykorzystywanie pirackich programów nie jest dobrym rozwiązaniem. Jeżeli chcesz pracować i zarabiać, legalne oprogramowanie to podstawa. Oczywiście jeżeli jesteś początkującym freelancerem, który nie ma jeszcze dużych przychodów, można zaopatrzyć się w studenckie wersje oprogramowania komercyjnego lub oprogramowanie Open Source, które zwykle nie ustępuje komercyjnym programom.

Siódme przykazanie freelancera – Nie korzystaj z cudzej pracy bez pozwolenia. Jeżeli korzystamy z cudzej pracy, to tylko tak, aby nie naruszać praw autorskich tych osób. Po pierwsze jest to złamanie prawa, a po drugie wartościowi klienci  nie będą chcieli współpracować z oszustem.

Ósme przykazanie freelancera – W portfolio umieszczaj tylko własne pomysły. Wiele razy widziałem na portfoliach różnych freelancerów, że doskonale wykonują tutoriale.

Dziewiąte przykazanie freelancera – Korzystaj z social network. Nic tak nie pomaga w pracy freelancera, jak dobry profil na FB, blog czy inny sposób przekazywania swoich myśli i pomysłów. Dzięki temu lepiej się pozycjonujesz ze swoim biznesem i jesteś lepiej odbierany przez potencjalnych klientów.

Dziesiąte przykazanie freelancera – Dokształcaj się. Świat się zmienia i najczęściej idzie do przodu, nie możemy zostać w tyle, bo stracimy klientów. Czytajmy blogi takie jak ten, książki o marketingu, biznesie itp., aby stale poszerzać swoją wiedzę.

Niestety misjonarski kanon, który otrzymał ten artykuł nie pozwala nam na poszerzenie ilości przykazań, bo mogłoby to się spotkać ze złym przyjęciem wśród niektórych środowisk.
zdjęcie pochodzi z flickr.com