Freelancer na spotkaniu

Spotkanie z klientem? A po co? To wcale nie taka rzadka reakcja freelancerów nawykłych do pracy w domowych pieleszach. Być może związana z dość… hm… swobodnym strojem do pracy (piżama? slipki? siateczkowy podkoszulek znany z filmów o komputerowych geekach z agorafobią?) Choć naszym zdaniem raczej wynikająca z ciągłego braku czasu, zabiegania, a wreszcie strachu jak przed egzaminem lub rozmową kwalifikacyjną. Radzimy – nie bój się umawiać z klientem na spotkanie w sprawie projektu (podpowiemy Ci jak pokonać te obawy) i nie traktuj tego jako straty czasu, ponieważ… ale o tym poniżej.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Na co mi spotkanie?

Zacznijmy od przekonania malkontentów. Spotkanie z klientem pomoże Ci lepiej go poznać (a także jego siedzibę i pracowników, co może też sporo powiedzieć o atmosferze pracy i wypłacalności), wyrobić sobie zdanie na jego temat, a także dokładniej omówić szczegóły projektu. Mowa ciała, mimika może zdradzić wiele, jeśli tylko nauczymy się ją obserwować i odpowiednio interpretować. W kontakcie przez mail lub telefon znikają te przewagi, choć także pułapki kontaktu osobistego. Nie można się już zasłonić drugim telefonem, aby szybko obgadać sprawę z szefem lub kolegą. Ciężko jest opanować grymas niedowierzania, kiedy podana przez nas cena projektu powoduje, że klientowi „miękną kolana”. Łatwiej też przekazać entuzjazm dla naszego pomysłu, jeśli klientowi kiepsko wychodzi wyrażanie podziwu słowami – więcej tu powie szeroki uśmiech, rozluźnienie w poczuciu ulgi (no wreszcie znalazł się ktoś, kto się nami dobrze zaopiekuje) oraz błyszczący wzrok, kiedy klient oczyma duszy widzi już rosnącą na koncie kwotę zysków ze sprzedaży. Poza tym w trakcie bezpośredniego spotkania znacznie trudniej jest nam odmówić – co w ostateczności można załatwić nie odpisując na maile lub rzucając słuchawką. Jest to miecz obosieczny, ale pomyślmy o tym, jak o okazji do przekonania do swoich usług niezdecydowanego klienta.

 Jak pokonać strach lub niechęć?

Jeżeli nie lubisz kontaktów z obcymi, unikasz sytuacji, gdzie ktoś ocenia twoją pracę lub zwyczajnie nie wiesz, o czym miał(a)byś z klientem rozmawiać – warto się po prostu dobrze do takiego spotkania przygotować. Przestanie to być egzamin, a stanie się prezentacją twojej racy, na twoich warunkach. Takim wstępnym mailem/umową, tyle że przedstawionym/ą w sposób osobisty. Nota bene warto mieć od razu ze sobą spisaną umowę, którą od razu będzie można podpisać.

Garść złotych porad

  1. Zacznij od klientów lepiej znanych lub mniej ważnych – aby na nich poćwiczyć swoje umiejętności interpersonalne.
  2. Nie nalegaj koniecznie na spotkanie – po stronie klientów też często zdarzają się osoby zapracowane albo „dzikie” w kontaktach z obcymi.
  3. Spotkanie nie musi być długie – tak naprawdę decyzja o tym, czy Cię zatrudnić do tego projektu, ewentualnie czy dać Ci szansę na porozmawianie z osobą decyzyjną, zapadnie w zasadzie w pierwszej minucie waszego spotkania. Optymalnie przeznaczyć na nie 1-1,5 h.
  4. Niestety lub „stety” na spotkanie trzeba będzie już coś przygotować „gratis” (co nie wszyscy lubią), jakieś wstępny plan lub zarys projektu, chyba że faktycznie nic nie wiadomo i klient dopiero chce przedstawić swoją wizję. Jeżeli zgodzimy się iść na spotkanie całkiem „w ciemno” musimy być przygotowani na to, że klient będzie oczekiwał błyskawicznego podchwycenia jego wizji i przystąpienia do pracy „z kopyta”. Czasami pierwsza wersja faktycznie jest najlepsza, ale równie często do użytku nadaje się dopiero wersja 10. Natomiast naszym zdanie lepiej jest jednak wymusić na kliencie choć ramowy zarys tego, czego oczekuje, tłumacząc, że w ten sposób sprawy nabiorą tempa.
  5. Warto na spotkanie zabrać dyktafon albo na bieżąco spisywać notatki w komputerze – potem może być trudno to sobie wszystko przypomnieć. Dobrze jest także wysłać klientowi podsumowanie spotkania ze spisanymi ustaleniami. W razie sporów będzie można zacząć mail wyjaśniający od nieśmiertelnego: „Nawiązując do ustaleń ze spotkania, które odbyło się dnia …, patrz załącznik, przypominam…”
  6. Jeśli dużo czasu spędzasz, pracując w domu, opłaca się czasem wyjść do ludzi – właśnie po to, aby walczyć z własnym zdziczeniem.

Ile pracuje freelancer?

Freelancing dla wielu ludzi (zwłaszcza tych zatrudnionych na etacie), to leżenie w łóżku do 12:00, 3 godziny pracy, weekend w środku tygodnia i co najmniej 4-cyfrowa faktura na koniec miesiąca. Prawdopodobnie są tacy freelancerzy, choć osobiście ich nie spotkałam. Znacznie częściej natomiast widzę znajome nicki na forum, gadu czy na skypie od rana do późnych godzin nocnych. Czy praca po kilkanaście godzin dziennie to aby na pewno dobry pomysł? Jak wobec tego przywrócić zdrową równowagę pomiędzy czasem pracy a odpoczynkiem?

Kiedy jesteś freelancerem na dorobku, a zlecenia czasem są, a czasem ich nie ma, ciężko jest odmówić klientowi. Nawet jeśli jest to piąta osoba  zgłaszająca się do Ciebie w piątek „z drobną robótką na poniedziałek”, która po otwarciu załącznika okazuje się już wcale taką małą nie być. W ten sposób bardzo łatwo wpaść w wir pracy na okrągło, bo w dni robocze na pewno nie uda Ci się odebrać sobie weekendu – wtedy dostaniesz kolejne zlecenia, a w piątek sytuacja z poprzedniego tygodnia znowu może się powtórzyć. Natomiast Ty masz wbite w głowę, że teoretycznie od tego kolejnego poniedziałku może być cisza aż do piątku, a to już połowa miesiąca, czas zapłacić podatek i VAT, no a jak nie będzie zleceń, to „wtedy sobie odpoczniesz”. Być może będziesz też fiksować z braku zajęcia i zamiast odpoczywać, będziesz przeczesywać portale ze zleceniami, żeby wyrwać cokolwiek, zanim przez te 3 dni laby rynek całkiem o Tobie zapomni. STOP!!!

Ta droga to prawdziwa „highway to hell”. Przepracowanie równa się zmęczenie, co z kolei oznacza mniejszą wydajność, większe ryzyko błędów, co grozi utratą klientów, a wreszcie może zakończyć się zespołem chronicznego zmęczenia lub wypaleniem zawodowym, kiedy nawet największe pieniądze nie są już motywatorem do pracy. Wtedy jedyne, o czym marzysz, to po prostu spać lub tępo przerzucać kanały w telewizorze. A zatem – jak sobie z tym poradzić? Jak zapobiec wpadnięciu w wir pracoholizmu, działając jako freelancer?

  1. Ustal sobie sztywne godziny pracy (nie więcej niż 10 w ciągu dnia) i na tej podstawie podawaj terminy realizacji oraz odpowiednią cenę dopasowaną do tej ilości godzin pracy.
  2. Choćby się waliło, paliło, trzymaj się tych godzin pracy, natomiast za „nadgodziny” pobieraj minimum 40% stawki bazowej. Proponujemy też pracować maksymalnie 5 dni w miesiącu w trybie ekspres.
  3. Pracuj w dni robocze, w weekend odpoczywaj tak jak wszyscy. Frustracja z powodu tego, że „oni wszyscy mają wolne” też potrafi nieźle namieszać w głowie i skłaniać do „odmrażania sobie uszu na złość mamie”, czyli bezsensownego tracenia czasu na chociaż jedną partyjkę strzelanki albo jeden odcinek ulubionego serialu, w ramach tego, że „w sobotę należy mi się przecież trochę wolnego”. Niestety takie podejście może sprawić, że w nocy z niedzieli na poniedziałek w ogóle sobie nie pośpisz, a wtedy zaczynasz tydzień od razu zmęczony/a.
  4. Nie bój się odmawiać klientom, tłumacząc ogólnie, jakie masz teraz projekty. Jeśli masz warsztat, warto na Ciebie poczekać. A w relacji z klientem jest trochę jak z kochankiem. „Nie chodzi o to, by złapać króliczka itd.” Poza tym konkurencja ze strony innych „absztyfikantów” działa czasem cuda ;-) Zobaczysz, że za jakiś czas zaczną do Ciebie dzwonić zawczasu, żeby sobie zarezerwować termin. Może się okazać, że dzięki temu masz pracę zaplanowaną zawsze na 2 tygodnie na przód, nie ma przestoju w zleceniach, a Ty pracujesz w normalnych godzinach pracy.
  5. Rozważ wynajem biurka w coworku albo niewielkiego biura blisko twojego mieszkania. Praca w domu jest fajna, ale kiedy stojący na zwykłym miejscu laptop woła do Ciebie z odległości 5 metrów, czasem ciężko jest pozbyć się nawyku przeglądania poczty do 23:45 albo buszowania po portalach ze zleceniami do pierwszej w nocy.

Porad kilka, aby nie mieć bólu głowy

Poniżej lista żelaznych punktów, jeżeli chodzi o rozliczenie z klientem przygotowana przez jednego z naszych fanów na Facebooku i opublikowana tu ponownie za jego zgodą. Potraktujcie to jako check listę przy KAŻDYM zamówieniu, no chyba że pracujecie dla rodziców ;-).
Dlaczego? Patrz niżej.
Zdjęcie pochodzi z flickr
  1. Podziel zamówienie na etapy płatności – w przypadku nierozliczenia Twojej należności strata powinna być minimalna.
  2. Nie zostawiaj na koniec rozliczenia dużych kwot – po wykonaniu zlecenia Twój klient na pewno cie nie rozpozna na ulicy. Niewolnik zrobił swoje – niewolnik może odejść.
  3. Zastrzeż, że wstrzymanie prac na skutek nieuregulowania Twoich należności nie stanowi opóźnienia z przyczyn leżących po Twojej stronie.
  4. Pracujesz za pieniądze – pamiętaj o tym.
  5. Wstrzymaj pracę w przypadku nieterminowego uregulowania faktury – skoro telekom może ci wyłączyć telefon – Ty możesz wstrzymać swoją prace na drugi dzień po upływie terminu płatności – obowiązują dokładnie te same zasady.
  6. Wstrzymaj się, jeżeli nie dostaniesz pieniędzy – zlecający przecież na pewno założył że go na Ciebie stać – więc ma pieniądze ;). Jeżeli nie ma to sorki…;)
  7. Ustal warunki odbioru i terminy płatności częściowych. Zastrzeż możliwość jednostronnego odbioru.
  8. Ustal co jest zmianą a co poprawką błędu z twojej winy.
  9. NIE PRACUJ BEZ UMOWY – chyba, że dla pracujesz u rodziców.
  10. Jeżeli jesteś podwykonawcą – liczy się tylko umowa z Twoim zleceniodawcą. Na pewno pojawią się teksty, że on ma coś zapisane inaczej w głównej umowie, co powoduje że wasze ustalenia są niewiążące.
  11. Czy Twoja umowa przewiduje że udzielasz klientowi nieoprocentowanego kredytu na czas nieokreślony?
  12. VAT to nie Twoje pieniądze – nie ruszaj (załóż subkonto)
  13. Liczy się tylko gotówka na Twoim koncie, a nie ile ktoś ci ma jeszcze zapłacić.
  14. Nie zostawiaj nierozliczonych należności stałemu zleceniodawcy. Zaraz się okaże że musisz na swoje zaległe pieniądze zapracować jeszcze tak ze trzy razy, a w ogóle jak tu zrezygnować ze współpracy jak musisz ściągnąć od niego taką kupę kasy.
  15. Zrób sobie małego podatnika (rozliczaj VAT kasowo) – klienta będzie bolało że nie odliczy VAT z niezapłaconych Ci faktur.
    Warunki korzystania z metody kasowej – zawiadomienie naczelnika urzędu skarbowego w terminie do końca miesiąca poprzedzającego okres, za który będzie rozliczał się według metody kasowej (złożenie aktualizacji zgłoszenia VAT-R. Należy tez pamiętać o limitach. Jeżeli przekroczymy w poprzednim roku 1,2 mln euro przychodu z VAT, nie możemy być małym podatnikiem.

Autorem wpisu jest Aleksander Konopek
Strefa SI Consulting

10 przykazań klienta

Prowadzisz małą lub średnią firmę i planujesz zatrudnić freelencera? Pracujesz w dziale marketingu większej korporacji, która zamierza wesprzeć się kimś z zewnątrz? Chcesz sprawdzić, czy współpraca z niezależnym specjalistą będzie tańsza, efektywniejsza i szybsza niż z agencją? Oto kilka spraw, o których musisz wiedzieć, zanim napiszesz lub zadzwonisz do freelancera.

zdjęcie pochodzi z filmu 10 przykazań

1. Nie zawracaj głowy bez potrzeby

Może brzmi to dość brutalnie, ale prawda jest taka, że my nie mamy całego sztabu ludzi w dziale handlowym, których jedynym celem jest odpowiadanie na Wasze maile, przygotowywanie wycen dla hipotetycznych projektów, które nigdy nie dojdą do skutku, czy dopytywanie się, jak tam idzie sprawa z podpisaniem umowy. A już zwłaszcza przygotowywanie za Was kosztorysów dla Waszych nie do końca jeszcze zdecydowanych na zlecenie klientów.

2. Nie uchylaj się od podpisania umowy

Freelancer kontra firma, nawet niewielkich rozmiarów, to jednak relacja Dawida z Goliatem. A zatem umowa, często połączona z zaliczką to nasze jedyne zabezpieczenie Waszej wypłacalności, a co za tym idzie, nasze być albo nie być. Umowa to podstawa, natomiast zaliczka znacznie ułatwi freelancerowi zachowanie wypłacalności.

3. Płać terminowo faktury/rachunki

Największą bolączką freelancerów są niezapłacone faktury lub zaległości w płatnościach od klientów. My też mamy nasze rachunki do zapłacenia, nie wspominając już o podatku czy VAT-cie. Natomiast konieczność windykowania klientów to dodatkowy czas stracony przez freelancera na pisma, maile, dokumenty dla sądu czy firmy windykacyjnej. Poza tym po takich problemach raczej nie spodziewaj się kontynuowania współpracy. Musisz się też liczyć z tym, że fama o Tobie, jako niesolidnym płatniku rozniesie się po freelancerskim światku, a wtedy może być trudno znaleźć kogoś na zastępstwo.

4. Dokładnie określaj swoje potrzeby

Wbrew pozorom hasło: „Potrzebuję strony internetowej”, nie wystarczy, aby dokonać skutecznego zamówienia usługi. Śrubek/opon/komputerów, którymi handlujesz, też jest całe mnóstwo, więc nie oskarżaj freelancera o brak profesjonalizmu („No jak to? To pan nie wie?”) albo upierdliwość („No czego znowu pani nie wie?”), jeśli zada Ci dodatkowe pytania, aby uściślić, o co właściwie chodzi. Poszukiwanie dodatkowych informacji świadczy właśnie o tym, że masz do czynienia z fachowcem, który chce dostarczyć usługę w pełni dostosowaną do Twoich potrzeb, a nie gniota „dla wszystkich i dla nikogo”.

5. Szanuj czas freelancera

Poza sprawami wymienionymi w punkcie pierwszym mamy też czas pracy nad projektem. Jeżeli zwlekasz z odpowiedzią, bo w piątek już Ci się nie chce do tego przysiąść, to blokujesz w ten sposób realizację zlecenia i narażasz freelancera na dodatkowe koszty przestoju w pracy. Tym bardziej, że w poniedziałek zapewne nagle zacznie Ci się strasznie śpieszyć i będziesz napierać na zleceniobiorcę, aby uwinął się szybciej. Przez przerwę w wymianie informacji zagrożona może być jakość projektu. Dlatego bardzo ważne jest, aby przestrzegać ustalonych ram czasowych na realizację poszczególnych etapów, bo coś, na co przewidziane było 48 godzin, ciężko będzie zrealizować w 12, szczególnie jak się pracuje w pojedynkę. Poza tym weekendy nie powinny z założenia wliczać się do czasu realizacji zlecenia i nie, to nieprawda, że freelancer może sobie odebrać weekend w innym terminie, bo prawda jest wtedy taka, że pracuje przez 7 dni w tygodniu, a to na pewno nie jest zdrowe.

6. Nie wprowadzaj zbyt często zmian do projektu

No cóż, to prawda, koncepcja projektu może się zmienić, ale – na boga – nie co 3 dni i nie po 10 razy. W umowie od freelancera z doświadczeniem możesz się spodziewać informacji o tym, ile poprawek obejmuje dana cena oraz jaki jest ich zakres. Powyżej tej wielkości powinieneś się spodziewać dodatkowej faktury, w szczególności wtedy, gdy projekt trzeba w zasadzie zrealizować od początku.

7. Nie irytuj się, jeżeli nie otrzymasz odpowiedzi/propozycji projektu natychmiast

Freelancer to człowiek orkiestra, ale nie robot wieloczynnościowy i po prostu pewnych rzeczy nie da rady zrobić na raz. Na ogół wielu z nas ma na swojej liście zadań do wykonania same priorytety, które są na już. A tu trzeba jeszcze spać, jeść, wystawić faktury, czasem wyjść z domu i pracować. Tymczasem, jeśli przez cały dzień wydzwaniają klienci lub zasypują nas mailami, nie ma czasu na pracę jako taką, do której zapewne trzeba będzie usiąść po nocy. Dlatego niektórzy freelancerzy po prostu wyłączają komórkę, nie włączają komunikatorów i nie sprawdzają maila, aby móc wreszcie coś zrobić.

8. Dopuszczaj możliwość, że freelancer może być chory lub ma rodzinę, która go potrzebuje

Freelancer nie ma formalnie zwolnienia z pracy z tytułu chorobowego, zdarzeń losowych czy choroby dzieci. Freelancer musi się też jak każdy normalny człowiek leczyć, chodzić do dentysty, czy wymieniać opony w samochodzie. Freelancer nie jest Twoim pracownikiem i nie ma obowiązku warować przy komputerze, czekając na Twój mail, chyba że akurat tego dnia umówiliście się na kontakt. Uwierz, freelancer też uważa, że to nie jest dobry moment na grypę, ale na pewno nie biegał po okolicznych przychodniach po to, aby ją Tobie na złość podłapać.

9. Szanuj urlop freelancera

W związku z powyższym podpunktem pamiętaj także o tym, że freelancerowi, tak samo jak i pracownikom etatowym należą się wakacje (lub długie weekendy i święta) bez pracy. Jeśli więc dostajesz mail z autorespondera z prośbą o kontakt tylko w bardzo pilnych sprawach kwestii życia lub śmierci, zastanów się, czy poprawienie tła strony lub napisanie przemówienia prezesa na odbywające się za miesiąc obchody rocznicy firmy należą właśnie do takich sytuacji.

10. Słuchaj rad freelancera jako speca w swojej dziedzinie

Z pomysłami często jest tak, że trudno nam się z nimi rozstać, nawet jeżeli sporo osób mówi, że to się jednak nie uda albo nie będzie dobrze wyglądało. Dlatego sugestii freelancera zmieniających Twoją oryginalną koncepcję nie traktuj jako ataku, wywyższania się, czy szarogęsienia się, ale potraktuj jako darmową poradę profesjonalisty. W końcu oddajesz swój projekt w nasze ręce po to, aby uzyskać coś dobrego, z czego możesz być dumny i co docenią Twoi klienci, prawda? A zatem zaufaj nam i pozwól nam wykonać swoją robotę najlepiej, jak potrafimy.

Samochód dla freelancera…

… prawie za darmo ;-)

Po co freelancerowi samochód? Przecież i tak siedzi w domu w piżamie, a zakupy robi przez internet. No cóż, wbrew pozorom freelancer to nie przypadek agorafobii tylko normalny pracownik, który przyjedzie na spotkanie z klientem, załatwi sprawy w ZUS-ie i US (e-urzędy to jak wiemy jeszcze ciągle w dużej mierze fikcja). A w przypadku niektórych freelancerskich zawodów jak fotograf, architekt czy informatyk samochód to wręcz konieczność.

Zdjęcie pochodzi z flickr

A zatem kupić za gotówkę? Na kredyt? Użyczyć firmie i robić kilometrówkę? Wziąć na firmę w leasingu? Oto kilka porad dla freelancera przymierzającego się do zakupu „firmowego auta„.

Nie mam firmy

Niestety, jeżeli jesteś freelancerem bez działalności gospodarczej, to praktycznie nie ma możliwości odpisywania sobie od podatku kosztów użytkowania samochodu. Gdy dużo jeździsz i twoja praca bez auta nie ma sensu, warto rozważyć założenie. DG. Jest to jeden z wyraźnych plusów prowadzenia własnej jednoosobowej firmy, choć, jak wiemy, z drugiej strony na szali mamy wysysający z nas resztki dochodu ZUS.

Własne auto jako samochód firmowy

Użyczenie jest chyba jednym z najbardziej rozpowszechnionych sposobów użytkowania samochodu. Wykorzystanie prywatnego samochodu do prowadzenia działalności jest dość proste: zbieramy wszystkie faktury związane z użytkowaniem samochodu i wpisujemy je w książkę przebiegu pojazdu. Z drugiej strony do tej samej książki wpisujemy wszystkie przejazdy, jakie pokonaliśmy samochodem w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Rozróżniamy tu dwie stawki za przejechany kilometr: dla samochodu osobowego o pojemności poniżej 900 cm3 stawka wynosi 0,5214 zł. Natomiast dla samochodu osobowego o pojemności powyżej 900 cm3 stawka wynosi 0,8358 zł. Wartość tej kilometrówki stanowi górną granicę, do jakiej możemy odpisać sobie koszty użytkowania samochodu. I to jest jedyny sposób wprowadzania w koszty własnego samochodu osobowego. Sposób ten jest dobry, jeżeli mamy własne auto i nie chcemy kupować nowego.

 Samochód firmowy za gotówkę

Jeżeli już jesteśmy freelancerami z sukcesami i mamy zaoszczędzone trochę grosza, możemy sobie kupić samochód do firmy za gotówkę. Tak jest najszybciej i najprościej. Kupując samochód „na firmę” możemy sobie go wpisać w koszty i odliczyć sobie od podatku, czyli samochód będzie w ogólnym rozrachunku tańszy. Jeżeli jesteśmy vatowcami, odliczamy sobie VAT, ale dla samochodów osobowych będzie tu limit 6000 zł. Dodatkowo amortyzacja, co roku 20% wartości samochodu. Tu też obowiązuje limit – 20 000 EUR. Policzmy, ile możemy zaoszczędzić w przypadku zakupu samochodu za np.: 66 000 zł.

Odliczamy VAT 6000 zł (maksymalna kwota limitu), pozostałą część – 60 000 zł amortyzujemy, wliczając w koszty co miesiąc 1000 zł (20% z 60 000 zł to 12 000 zł rocznie; co daje miesięcznie 1000 zł), a 1000 zł kosztów to o około 180 zł mniejszy podatek. Policzmy teraz, ile zapłacimy mniej podatku:

6000 zł + (180 zł * 12 miesięcy * 5 lat) = 16 800 zł

Czyli nasz samochód o wartości 66 000 zł, tak naprawdę kosztuje tylko 49 200 zł, wiec zakup nowego samochodu za gotówkę nie jest wcale taką złą inwestycją. Tu oczywiście pod warunkiem, że mamy dochody pozwalające na skorzystanie z takich ulg i spodziewamy się, że przez następne 5 lat także będziemy płacić około 2160 zł podatków rocznie.

Samochód firmowy w leasingu

Jeżeli nie mamy gotówki lub mamy, ale nie chcemy jej wydawać jednorazowo, natomiast nowe auto do firmy jest niezbędne, dobrym rozwiązaniem jest leasing. Mamy dwa rodzaje leasingu: kapitałowy i operacyjny. Różnią się tym, że w leasingu operacyjnym nie możemy amortyzować naszego samochodu (naszym kosztem są opłaty za leasing) w przeciwieństwie do leasingu kapitałowego, gdzie możemy dokonywać odpisów amortyzacyjnych, ale naszym kosztem będą jedynie odsetki od zapłaconych rat. Przy leasingu kapitałowym nie jest też łatwo odstąpić od umowy.

Jaką przewagę ma leasing na kredytem samochodowym? Koszty leasingu nie są tak duże, jak nakłady związane z kredytem, dodatkowo nie ma tak dużych rygorów dotyczących zdolności kredytowej. Przyjmijmy, że koszt samochodu to tak jak powyżej 66 000 zł brutto, to daje netto ok 53 659 zł. Koszty leasingu przy wpłacie własnej 2 682.95 zł (5% kwoty netto) wynoszą ok.: 1 067 zł netto przy 5 latach trwania leasingu. W tym przypadku zaoszczędzimy na podatku też ok 180 zł miesięcznie. A po 5 latach po wykupieniu od leasingodawcy samochodu (zwykle za 1% wartości netto) samochód będzie nasz. I wtedy będziemy mogli go sprzedać i kupić nowy – też w leasingu. Leasing ma też tę dobrą cechę, że umowa leasingowa nie obciąża naszej zdolności kredytowej, co jest szczególnie ważne w przypadku starania się o kredyt, np.: hipoteczny.

 Samochód firmowy na kredyt

Kupno samochodu na kredyt opłaca się jedynie dla samochodów objętych pełnym odpisem VAT (ciężarowe, autobusy i osobowe w cenie do 31 980 zł z VAT). W przypadku kredytu kosztem uzyskania dochodu są tylko odsetki, prowizje i wszystkie koszty dodatkowe powyżej tego, co wydaliśmy na samochód. Część kapitałowa raty kredytowej może być naszym kosztem jedynie wówczas, gdy bank nie zapisze w umowie kredytowej, że do momentu całkowitej spłaty kredytu jest właścicielem pojazdu. Kredyt może się opłacać w przypadku, gdy na samochód ostaniemy dofinansowanie z Unii.

 Samochód firmowy wypożyczony

Jeżeli nie chcemy kupować samochodu lub potrzebny jest nam samochód np. na jednorazową wizytę u klienta, możemy go wypożyczyć. Dostaniemy fakturę VAT i wliczymy ją w koszty działalności. Wynajem długoterminowy dla freelancerów nie wydaje się dobrym rozwiązaniem, ponieważ koszty takiego wynajmu są wyższe od leasingu czy kredytu, a korzyści (koszty napraw, przeglądów itp.) nie są aż tak duże, żeby kompensowały zwiększone koszty. Ale jednorazowy wynajem auta to jak najbardziej dobra opcja do rozważenia.

Podsumowując, jeżeli jesteście freelancerami bez samochodu i prowadzicie działalność, najlepszym rozwiązaniem w kwestii samochodu służbowego, jest według nas leasing. Nie wymaga dużego wkładu własnego, jest dość prosty, a co najważniejsze po zakończeniu leasingu, stajemy się właścicielami 5-letniego samochodu (w naszym przykładzie o wartości 66 000 zł), który z dużym prawdopodobieństwem uda nam się sprzedać za powiedzmy 15 000 zł (plus minus 1/4 wartości). Jeżeli tę kwotę w całości (naturalnie po odliczeniu podatku) przeznaczymy na wpłatę własną na leasing nowego auta, pozwoli nam to skrócić okres leasingu do 3 lat, zachowując tę samą wartość raty. Po trzech latach nasz kolejny samochód będzie wart ok. 33 000 zł (50% wartości początkowej). I znów go sprzedajemy i albo kupujemy samochód za gotówkę, albo wpłacamy jako wpłatę własną na kolejny leasing. Wówczas skrócimy leasing już tylko do 2 lat, i tak dalej, aż będziemy mieli co roku nowy samochód lub coraz lepszy, płacąc co miesiąc taką samą kwotę. To co, lecicie do salonu samochodowego na zakupy?

Podatki for dummies

Jak to mówią, pewna jest tylko śmierć i podatki. Może jednak nie ma co od razu wprowadzać takiego grobowego humoru i postarać się jako tako zrozumieć. W ten sposób wypełnianie formularzy podatkowych nie będzie spędzało nam snu z powiek od stycznia do końca kwietnia każdego roku, bo w końcu nie każdy chce zlecić to zadania księgowej/księgowemu i ma ambicję, aby zrobić to sam/sama. I właśnie tym nielicznym odważnym, którzy postanowili samodzielnie zmierzyć się z PIT-em rocznym, dedykujemy niniejszy wpis.

zdjęcie pochodzi z flickr

Jako że żyjemy w erze e-urzędów (uuuuuuuuuuuu!!!!!) i cyfryzacji polskiego społeczeństwa, PIT można wypełnić na komputerze i złożyć go przez internet. Polecamy to rozwiązanie, ponieważ programy te w większości przygotowane są przez specjalistów, a zatem ryzyko popełnienia błędu jest zminimalizowane i powinniśmy poradzić sobie z tym bez kłopotu. Nawet w przypadku tych osób, które nie odróżniają PIT od VAT. Więc do dzieła!

 Programy do wypełniania PIT-ów

Na rynku jest bardzo wiele programów tego typu. Chyba każda fundacja ma teraz własny darmowy program do wystawiania PIT-ów, w zamian wystarczy tylko ich wesprzeć swoim jednym procentem (fundacja jest ustawiona jako domyślny odbiorca i nie można tego zmienić). Programy te w zasadzie się od siebie nie różnią – możesz więc po prostu wybrać jakąś organizację pożytku publicznego, którą chcesz wesprzeć, a następnie skorzystać z jej oprogramowania. Naszyzm zdaniem wart polecenia jest za to program dostępny na stronie Ministerstwa Finansów. Jest on trochę trudniejszy w obsłudze – nie prowadzi jak inne za rączkę, ale jak dobry, lecz surowy rodzic uczy kreatywności i samodzielnego rozwiązywania problemów. Niemniej jednak działa sprawnie i szybko, a co najważniejsze bez problemu wysyła zeznania podatkowe przez sieć, bezpośrednio do naszego urzędu skarbowego, co zostało przetestowane przez autora niniejszego tekstu.

PIT-36 czy PIT-37

Polska to kraina formularzy, więc ilość PIT-ów i ich numerów może trochę przerazić. Generalnie, jeżeli jako freelancer prowadzisz jednoosobową działalność gospodarczą (niezależnie czy jako vatowiec, czy wystawiając rachunki uproszczone), musisz wypełnić PIT-36. Dla osób fizycznych (rozliczających się ze zleceniodawcą na podstawie umowy o dzieło lub umowy zlecenia) przeznaczony jest PIT-37.

Ok, wpisałem/am imię nazwisko adres i co dalej?

Do końca lutego powinniśmy otrzymać od naszych zleceniodawców PIT-11. Przepisujemy odpowiednie kwoty z kolumn: przychody, koszty uzyskania przychodów, dochód, zaliczka pobrana przez płatnika do odpowiednich pól w formularzu PIT-36 lub PIT-37 (część C). Są to dochody ze stosunku pracy. W części C formularzy wpisujemy wszystkie nasze dochody krajowe, razem z kosztami ich uzyskania i zapłaconym podatkiem. Dla dochodów, które osiągnęliśmy bez formalnej umowy, przeznaczony jest punkt 5, część C deklaracji PIT-37. Musimy też mieć podkładkę w postaci potwierdzeń przelewów lub pokwitowań w przypadku kontroli.

Zarabianie za granicą

Sytuacja nieco się komplikuje, jeżeli mamy przychody z zagranicy. Firmy zagraniczne mogą rozliczać się z freelancerami na kilka sposobów:

    • Umowa o dzieło i samodzielnie zapłacony w Polsce podatek – jest to normalna umowa o dzieło jak z krajowym zleceniodawcą, z tą różnicą, że to my sami musimy zapłacić podatek (nie jest on odliczany przez zleceniodawcę).
    • Faktura, rachunek – w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej wystawiamy fakturę lub rachunek i wprowadzamy ją do swoich przychodów.
    • Tylko przelew – w niektórych państwach nie funkcjonuje coś takiego jak umowa o dzieło. Czasami zdarza się, że otrzymujemy pieniądze np. przez PayPal bez żadnego „papierka” dokumentującego taką transakcję. W takich przypadkach taki przychód wpisujemy w pole „Inne źródła” (pkt. 5, część C deklaracji PIT-37). Dobrze jest mieć potwierdzenia przelewów na taką kwotę od kontrahenta i np. maile z zamówieniami, abyśmy nie byli posądzeni o pranie brudnych pieniędzy.

Odliczenia od dochodu

Jeżeli pracujemy wyłącznie na umowy o dzieło i nie mamy z nikim podpisanej innej umowy (umowa o pracę lub zlecenie) to kwota składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 0. Dla prowadzących działalność i płacących pełny ZUS kwota ta wyniesie za 2011 rok 7130,56 zł z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym (6541,13 zł bez tego ubezpieczenia). Są to składki najniższe. Jeżeli płacimy wyższe składki (być może ktoś jeszcze wierzy w wydolność polskiego systemu emerytalnego), to wpisujemy odpowiednio większą kwotę. Innymi odliczeniami od dochodu może być ulga na internet – 760 zł lub ulga na dzieci w maksymalnej wysokości 1 112,04 zł, lub wydatki na cele mieszkaniowe (remonty, budowa domu).

Odliczenie od podatku

Od podatku odliczamy wydatki na ubezpieczenia zdrowotne – w 2011 roku dla prowadzących działalność gospodarcza było 2506,30 zł. Dla osób pracujących na umowę o dzieło jest to kwota podana w PIT-11. Jeśli ubezpieczamy się dobrowolnie w NFZ, bo pracujemy tylko na umowy o dzieło i nie mamy działalności gospodarczej, ani umowy o pracę lub zlecenie, także odliczamy sobie te wydatki w wysokości 7,75% podstawy wymiaru (przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, włącznie z wypłatami z zysku za kwartał podawane przez GUS do sprawdzenia tu).

Ten skrótowy poradnik powinien pomóc w rozliczeniach podatkowych i może wyjaśni niektóre niejasności. Pisany był pod kontem freelancerów, więc nie wszystkie aspekty w nim ujęliśmy. Jeżeli czegoś brakuje lub coś jest niejasne, prosimy o sygnał na forum, a postaramy się te kwestie wyjaśnić i uzupełnić.

Jak wychować klienta…

i go nie stracić.

Byłeś/aś dotąd dla swojego stałego klienta niczym Zawisza, który zawsze i wszędzie stanie na posterunku, niezależnie od tego w ilu bitwach… hm to znaczy projektach brałeś/aś wcześniej udział i jak dużą masz gorączkę? Niestety musimy Ci to powiedzieć prosto z mostu. Rozpuściłeś/aś go i czas to zmienić! Inaczej mogą czekać Cię poważne konsekwencje zdrowotne. Jak wychować ekspansywnego klienta?

credits

 Szczera rozmowa

Ok, być może nie do końca była to twoja wina i po prostu klient postawił Cię przed takim stylem pracy. Czyli zleceniodawca zawsze pod telefonem, zawsze przy mailu (założysz się, że ma od tego ludzi?), wymagający od Ciebie takiej samej dyspozycyjności 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Jeśli czujesz, że powoli nie wyrabiasz, warto zacząć od szczerej rozmowy jak człowiek z człowiekiem, a nie android z robotem. Przy kolejnym zapytaniu piszesz, że termin realizacji jest o 24 godziny (48 godzin) dłuższy niż dotychczas. Jeśli następuje lawina próśb o szybsze wykonanie zlecenia, odpowiadasz, że ostatnio czujesz, iż to tempo pracy jest zabójcze dla twojej kreatywności i obawiasz się, że jakość twojej pracy może na tym ucierpieć. Przedstawiając korzyści dla klienta, który zgodzi się poczekać i zagrożenia, jeśli będzie dalej napierał, masz szansę ugrać swoje chwile odpoczynku.

Pani Asiu, naprawdę na poniedziałek nie dam rady.

Klient bywa oczywiście uparty i tak ładnie Cię prosi, bo sam coś obiecał swoim zleceniodawcom albo szefostwu. Warto wtedy uderzyć w ton osobisty. Jeśli nie znosisz na co dzień „panio-asiowania” tym razem użyj zdobyczy socjotechniki, wygooglaj panią Asię na Facebooku i zobacz co na nią działa: dzieci, zwierzęta czy wyjazdy i imprezy. A następnie dodaj: bo obiecałam/em synowi ZOO, bo mój pies nie był już tak dawno na długim spacerze, bo inauguruję właśnie z opóźnieniem sezon łódkowy etc. Przedstaw się jako zwykły człowiek, a może pani Asia też zobaczy w Tobie po prostu bardzo zmęczonego człowieka, któremu też się coś od życia należy. :-)

 Cena za ekspres plus druga tańsza alternatywa

Nic tak nie schładza zapału klienta, jak nagła zwyżka ceny. Oczywiście stały klient może, a nawet prawie na pewno będzie protestować. Trzeba więc dobrze uzasadnić takie posunięcie. Dobrze jest powiedzieć, że nie mamy obecnie czasu (nawet jeśli nie jest to do końca prawda i generalnie nie mamy czasu odpoczywać). Że mamy naprawdę sporo zleceń i musimy przeorganizować inne projekty (w domyśle podzlecić), aby móc zająć się nową fuchą. W przypadku prac „na weekend” podajemy cenę na poniedziałek minimum 50% wyższą od dotychczasowej, dodając, że na środę będzie tyle samo co ostatnio. Jest duża szansa, że klient chwyci tak rzuconą przynętę. Jeśli zgodzi się na wyższą stawkę, możesz rozważyć, czy tyle wystarczy, aby zrekompensować Ci kolejny brak czasu wolnego, czy faktycznie szukasz podwykonawcy.

 Choroba sprawia, że każdy z nas staje się asertywny

Boisz się, że nie uda Ci się sprzedać klientowi takiej półprawdy albo że szybko Cię porzuci? Dopóki nie spróbujesz, na pewno się o tym nie przekonasz. Wbrew pozorom klient też się do nas przywiązuje, a poza tym jeśli dotąd nie było z nami problemów, nie będzie taki skory do testowania nowego współpracownika. Dobrze jest przeprowadzić taki manewr wtedy, kiedy wiesz, że dane zlecenie nie musi być wcale wykonane w aż tak zabójczym tempie, a twój niecierpliwy klient po prostu chce już je mieć, podobnie jak dziecko nową zabawkę. Możesz też skorzystać z własnego niedomagania. Kiedy masz wyjątkowo paskudną grypę albo okropną migrenę będziesz o wiele mocniej zdeterminowany/a do tego, aby mieć chociaż chwilę spokoju i zarówno w mailach, jak i przez telefon będziesz brzmieć dużo bardziej przekonywająco. Naprawdę warto znowu skorzystać z dobrodziejstw socjotechniki i zadzwonić, zbolałym głosem tłumacząc, o co chodzi. Raz poczyniwszy pierwszy krok na drodze do odzyskania czasu dla siebie, na pewno łatwiej nam będzie zrobić kolejne.

Freelancer leniem

Sporo znanych mi freelancerów albo ludzi prowadzących działalność gospodarczą pracuje praktycznie bez przerwy. Czasem uda im się wyrwać z tego kieratu na tydzień na narty albo wyjazd do Turcji, choć i tam czasami rozpaczliwie szukają kafejki internetowej i zastanawiają się, czy nie lepiej było dezaktywować roaming przed wyjazdem. Najgorsze, że takiego pracoholizmu i ciągłej gotowości oczekują od nas sami klienci, którzy często zlecają coś w piątek o 15:00 z terminem na poniedziałek rano. W końcu wolny strzelec weekend może sobie odebrać we wtorek i środę, prawda?

zdjęcie pochodzi z flickr

 Nie jesteś robotem! Zaakceptuj to!

Nie dasz rady pracować cały czas bez odpoczynku. W pewnym momencie twoje ciało powie stop i zaśniesz na siedząco, waląc nosem w klawiaturę, nawet tego nie czując. Poza tym przemęczony/a zaczniesz popełniać błędy. Pół biedy, jeśli to tylko literówka w mailu do klienta, ale przy dużym wyczerpaniu spowodowanym brakiem odpoczynku zagrożony jest twój projekt. Ok, kilka dni intensywnej pracy i krótkiego nocnego wypoczynku raz na miesiąc-dwa raczej Cię nie zabije, ale 30 dni w miesiącu w ten sposób to prosta droga do wypalenia zawodowego albo, co gorsza, poważnych kłopotów ze zdrowiem.

zdjęcie pochodzi flickr

Czasem odmawiaj swoim klientom.

Jeśli pracujesz właśnie 6 dni z rzędu i śpisz po 3-4 godziny, żeby to wszystko ogarnąć, a tu nagle na samej końcówce wpada Ci coś nowego, nie przyjmuj tego bez wliczenia czasu na odpoczynek. Twoi klienci muszą się pogodzić z tym, że nie jesteś supermanem/superwoman. A Ty dbając o siebie i swój dobrostan, w zasadzie dbasz też o klientów i jakość przekazywanej im przez Ciebie usługi. Niestety w układach biznesowych na szacunek klienta często trzeba sobie samemu „zasłużyć” albo go sobie po prostu wypracować. Tym bardziej że pracując bez wytchnienia, wcale tak naprawdę nie zarobisz więcej – stracisz jeszcze sporo czasu na wprowadzanie poprawek, które przez zmęczenie przeoczyłeś albo zostaniesz zmuszony do udzielenia rabatu za niechlujstwo i konieczność wprowadzenia korekty przez zleceniodawcę.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Jak leniuchować z głową?

Każdemu z nas na pewno przyda się na chwilę zatrzymać. Przestać się śpieszyć i cieszyć się każdą minutą danego dnia. Dlatego osobiście radzę Wam zamiast w ramach słodkiego lenistwa spać przez tydzień do 15:00, a potem grać w gry/oglądać seriale na kompie zamawiając pizzę, zaplanować jednak na czas wolny coś specjalnego. Jeśli jest ładna pogoda na pewno warto się przespacerować albo usiąść na balkonie, wystawić twarz na słońce i przez chwilę rozkoszować się ciepłem na policzkach. Usiąść w kafejce – tym razem z wodą mineralną, a nie kawą, aby przy okazji uzupełnić elektrolity – i po prostu popatrzeć na ludzi. Poczytać książkę w parku. W mniej zachęcające do wyjścia z domu dni warto postawić na kino – najlepiej jakiś pozytywny film europejski albo wybrać się na koncert. Nie zapomnij też o rodzinie i znajomych. W codziennym kieracie często, zamiast się spotkać, przeglądamy po prostu statusy znajomych na fejsbuku. Zmień to, zaproś mamę na ciastko, pobaw się z twoim stęsknionym maluchem w dzidzię (ty jesteś niemowlęciem a twój szkrab mamą lub tatą), a na wieczór zamów opiekunkę i wyjdź choćby tylko na wieczorny spacer z żoną/mężem lub partnerem/ką. Warto też pamiętać o tym, żeby czasem już znacznie mniej leniwie spędzić czas na siłowni lub na basenie albo w inny sposób zadbać o kondycję fizyczną.

ew. wideo o lenistwie

 

Zarządzanie czasem

czyli subiektywny przegląd najskuteczniejszych systemów i metod zarządzania czasem

Chyba trudno o bardziej chwytliwe hasło w odniesieniu do naszego freelancerskiego stylu pracy niż „Czas to pieniądz”. To fakt, wszyscy tak mówią, ale oni mają do pomocy dział księgowo-windykacyjny, dział handlowy i marketingowców, dumających dzień i noc nad tym, jak przyciągnąć klienta. My natomiast wykończeni kolejnym pilnym projektem na wczoraj mamy jeszcze wykrzesać z siebie entuzjazm i obdzwonić nowych potencjalnych klientów, pogonić niepłacących i uzupełnić portfolio o nowe dokonania.

zdjęcie pochodzi z flickr

 Jak to wszystko ogarnąć?

Nauczyć się zarządzać swoim czasem. Poniżej prezentujemy popularne i skuteczne systemy do zarządzania czasem i projektami. Oto one:

Pomidor, czyli instant gratification

Pomysł typu „Pomodoro Technique” jest banalnie prosty: 25 minut pracy – 5 minut odpoczynku. Idea polega na tym, że nawet na początku każdego „pomidora” zostały Ci już tylko 24 minuty do przerwy. Obietnica prawie natychmiastowej nagrody za poświęcony na pracę czas jest bardzo motywująca, szczególnie dla osób, które lubią często wpadać na Facebooka albo na swoje ulubione forum. Oczywiście czas pracy i czas przerwy nie musi być sztywny i można go dostosować do własnych potrzeb. Pamiętaj jednak o tym, że w opcji 30 minut pracy – 30 minut przerwy daleko raczej nie zajedziesz. Więcej o pomyśle tutaj

Stara, dobra lista zadań

Inna metoda to stworzenie listy zadań do wykonania w danym dniu i jej konsekwentna realizacja. Plus tego rozwiązania to zagwarantowanie sobie, że nie zapomnimy o niczym ważnym. Wadą tego sposobu jest jednak narastająca frustracja, kiedy do listy trzeba ciągle dopisywać nowe rzeczy (bardzo często spotykane w poniedziałek po długim weekendzie albo w piątek przed świętami) i plan, zamiast się kurczyć, rozrasta się do niebotycznych rozmiarów. Wtedy unaocznienie sobie takiego ogromu zadań może nas dodatkowo osłabić i zniechęcić do pracy, której i tak jest mnóstwo. Czyli w zasadzie nie ma znaczenia, czy siądziesz od razu, czy jeszcze zajrzysz na fejsika albo niezależną, prawda? ;-)

Metoda Eisenhowera, czyli sposób rodem z wielkiej polityki

Tu z kolei zarządzanie czasem sprowadza się do ustalenia priorytetów i terminów, a zatem dzielimy nasze zobowiązania na ważnie i nieważne oraz pilne i niepilne. Teoretycznie wszystko gra, bierzesz najpierw na warsztat same najpilniejsze i najważniejsze rzeczy, potem zajmujesz się drobnostkami i szafa gra. Gorzej, jeżeli masz 3 priorytetowe projekty od twoich 3 największych i najlepiej płacących klientów na raz, oczywiście na: „No jak Pan tylko zdąży Panie Marku” lub na: „A Pani Kasiu nie dałoby się jednak na 15:00?”.

 Getting things done czyli weź się, kurde, do roboty

Metoda zarządzania czasem GTD Davida Allena zasadza się na tym, aby spisywać wszystkie rzeczy do zrobienia w jednym miejscu i nie musieć o nich stale pamiętać. Może to być na przykład kalendarz połączony z programem pocztowym, gdzie wpiszemy wszystkie czekające nas zadania, przydzielając je do jednego z 6 poziomów. Te poziomy to po pierwsze zadania bieżące, następnie bieżące projekty, potem nasz zakres obowiązków, cele na dany rok, plan pięcioletni i wreszcie lista celów do osiągnięcia w ciągu całego naszego życia. Ogarnięcie tego wszystkiego i wpisanie odpowiednich pozycji w odpowiednie poziomy wymagać będzie zapewne dobrych kilku godzin. A zatem proponujemy, aby przy przygotowywaniu tej szczegółowej analizy naszego życia skorzystać z metody pomidora ;-). Z drugiej strony dzięki tej metodzie możemy wreszcie posuwać się do przodu w naszych prywatnych projektach odłożonych na wieczne nigdy albo przestać się oszukiwać, że coś z tego będzie. System uczy nas ponadto, żeby robić od razu rzeczy, których wykonanie zajmie nam mniej niż 2 minuty typu wysłanie maila, o których często „pamiętamy” tj. mamy taką informację w głowie, ale z reguły przypominamy sobie o tym np.: spacerując z psem. (Rada? Noś zawsze przy sobie smartfona ;-)). Z kolei co do reszty możemy zaplanować czas na ich wykonanie lub komuś podzlecić. Ważną zasadą tej metody jest poza tym skupienie się na jednym zadaniu na raz i dopiero, kiedy je zakończymy, przejście do kolejnego. Nierealne, kiedy urywają się telefony, a mail co i rusz wypluwa nowe wiadomości? No cóż, zawsze można spróbować.

Zawiesił mi się komputer…

… czyli TOP 15 wymówek freelancerów, którzy nie dadzą rady oddać pracy na czas.

Czujesz, że nie masz szans wyrobić się z terminem? Jakość wykonania mocno odbiega od początkowych ustaleń? Zlecenie Cię przerosło i utknąłeś/utknęłaś w połowie? A może w ogóle nie udało Ci się zrealizować projektu? Musisz więc wymyślić dla siebie jakieś dobre usprawiedliwienie, przecież nie będziesz dzwonić do klienta, żeby powiedzieć mu prawdę? Pal licho jego czas i koszty, skoro twój zadek będzie bezpieczny… Oto nasz krótki ANTY-poradnik.

zdjęcie pochodzi z flickr

1. Metoda na strusia czyli udawanie, że nas nie ma

Polega ona na nieodbieraniu telefonu, nieodpisywaniu na maile ani smsy, wyłączeniu komunikatorów i przyczajenie się, aby przeczekać atak rozwścieczonego niczym huragan klienta. Wada tej metody jest taka, że zdeterminowany klient może zacząć Cię szukać wszelkimi możliwymi metodami. Przez twoich obecnych i byłych klientów lub pracodawców, a nawet rodziców, dziadków, partnerów/małżonków czy znajomych. Na Facebooku, Naszej Klasie i Goldenlinie. Na forach branżowych i hobbistycznych, na których się udzielasz. W rezultacie szum wokół twojej zaginionej osoby może być na tyle duży, że ciężko będzie go wyciszyć. A wtedy będziesz się musiał/a nieźle nagimnastykować, zanim ktoś znowu Ci zaufa.

2. Nie dostał Pan mojego maila? A przecież wysłałem pół godziny temu… czyli „problemy z serwerem”

Wszyscy wiemy, że poczta elektroniczna płata nam czasem figle. Maile trafiają do spamu, znikają załączniki lub nie dają się otworzyć albo wiadomość w ogóle nie dochodzi. Ta zawodność to zatem świetny unik dla migających się od terminu freelancerów. Ale uwaga! Klient może zwrócić Wam uwagę na bardzo proste rozwiązanie: założenie sobie konta na dowolnym darmowym serwerze i wysłanie plików z niego. Może też być na tyle bezczelny, żeby podać Wam dane swojego serwera ftp i żądać przesłania projektu w ten sposób.

3. Nie wiem, co się dzieje, ale nie mogę się w ogóle połączyć z siecią czyli „problemy z internetem”

Zwalanie opóźnienia na brak internetu jest znacznie efektywniejsze niż symulowanie trudności z serwerem. Czasami uzyskamy w ten sposób odroczenie wyroku (No dobrze, to proszę wysłać, jak tylko będzie Pan/i mógł/mogła), ale część klientów będzie uważała, że powinniśmy stanąć na głowie, żeby tylko dotrzeć do komputera podłączonego do internetu, choćby w kafejce internetowej. Nie rozwiązuje to twoich problemów? Patrz punkt pierwszy – w końcu zniknąć z powierzchni ziemi można zawsze. Jeśli natomiast w tym samym czasie aktywnie komentujesz statusy znajomych na swoim publicznym profilu na Facebooku albo udzielasz się na innym portalu, z którego korzysta także twój klient, to pozostaje nam tylko pogratulować Ci inteligencji.

4. Ach, ta technika czyli stający okoniem software i hardware

To prawda. Na naszym sprzęcie komputerowym nie możemy niestety polegać w stu procentach, stąd chyba najczęściej to właśnie na problemy z komputerem zwalamy poślizg w terminach realizacji zlecenia lub jego niedostateczną jakość. Możliwości do wyboru jest wiele: niepoprawnie zapisany plik, który obecnie jest uszkodzony, twardy dysk, który po prostu nie pracuje, zalany kawą laptop i wersje dla bardziej kreatywnych: zepsuty wiatraczek, który powoduje błyskawiczne przegrzewanie się maszyny, czy wreszcie opowieść o naszych nocnych przygodach z systemem, który się wyłożył i trzeba go było o trzeciej nad ranem ponownie instalować…

 5. Brak innych pomysłów czyli wirusy komputerowe

Tak, tajemnicze i wredne wirusy to bardzo wygodne usprawiedliwienie. W końcu nie musimy dokładnie wiedzieć, jak działają i co robią, skoro „u nas przykładowo trojany usuwają załączniki z maila”. Ktoś będzie na tyle odważny, żeby Ci zarzucić, że to nieprawda? Argumentu tego jednak nie powinno się używać częściej niż raz na pół roku – w końcu kto przy zdrowych zmysłach trzyma na komputerze wirusy? A poza tym możesz w ten sposób w ogóle pożegnać się ze zleceniem. Klient może obawiać się bowiem, że wirusy w końcu do niego dotrą przez załącznik.

6. Praca przy ogarku czyli brak prądu

Kolejna wymówka z serii „ach, ci dostawcy mediów”. Przerwy w dostawie energii oczywiście się zdarzają, a i bateria nawet najbardziej wypasionego laptopa także ma kres swoich możliwości, ale z reguły w mieście tego rodzaju problemy usuwane są w ciągu minut, ewentualnie w godzinę lub dwie. Gorzej bywa w mniejszych miejscowościach lub na wsi, szczególnie jeśli kataklizm zerwie linie energetyczne, ale i tutaj odpowiednie służby raczej starają się sprężać. Jest to więc metoda na odwleczenie terminu maksymalnie na pół dnia. Plus jest taki, że wcale nie musisz wtedy dzwonić i uprzedzać klienta o obsuwce. W końcu to normalne, że przy braku prądu telefony komórkowe mają dziwną tendencję do tego, żeby akurat „się rozładować”…

7. Jutro na pewno będzie czyli pseudoprofesjonalizm

Być może należysz do tej grupy freelancerów, którzy zawsze przekładają termin i „właśnie” kończą, po czym zapadają się pod ziemię. Owszem na ogół od razu odbieracie telefon bądź odpowiadacie na maila lub sms, ale przyznajcie to sami – wasza pozorna skrucha i solenne zapewnienia, że to się już nie powtórzy, to słowa rzucane na wiatr. Być może zadziała to na nowego klienta, który pomyśli, że po prostu jest to jednorazowa sytuacja i macie za dużo na głowie. Ale cierpliwość nawet najbardziej wytrwałego klienta może się kiedyś skończyć. A wtedy żegnajcie nowe zlecenia, a może nawet zapłata za stare, do których wreszcie usiedliście. W końcu przy braku odzewu przez tyle czasu klient mógł uznać, że już dla niego nie pracujecie.

8. Żywioły czyli ostatnio zawsze modne burze, powodzie i śnieżyce

Polskę nawiedzają w ostatnich latach coraz bardziej gwałtowne zjawiska pogodowe, które dają duże pole do popisu dla migających się od terminów freelancerów. Będziesz mieć wobec swojego klienta jeszcze większe fory, jeśli dodatkowo uda Ci się wypowiedzieć w telewizji, jako ofiara niszczycielskiego żywiołu. A więc do dzieła, kariera w filmie murowana. Możesz też po prostu zostać łowcą burz czy innych kataklizmów i być wszędzie tam, gdzie nie da się akurat pracować.

zdjęcie pochodzi z flickr

9. Pies zjadł mi pracę domową czyli ingerencja osób trzecich

Często jeśli sami nie potrafimy się przyznać do błędu, zwalamy winę na innych. A to mama nie obudziła Cię na czas. Wspólnik źle zapisał numer telefonu do klienta. Młodsza siostra podstępnie zakradła się do pokoju i skasowała pliki. A może sąsiad Was zalał i woda z góry kapała akurat na twój laptop? Nie wspominając już o bezpańskim kocie, dokarmianym przez wredną staruszkę z naprzeciwka, który upodobał sobie na drzemkę przytulne miejsce pod twoim autem i nie pozwolił Ci w porę ruszyć na spotkanie, bo najpierw musiałeś położyć się na asfalcie, aby go wyciągnąć, a następnie wrócić do domu, żeby się całkiem przebrać itd, itp. Nagroda Nike z całą pewnością już na Ciebie czeka.

10. Robienie z klienta idioty czyli rżnięcie głupa

„Ale jakie tłumaczenie? Ja nie odebrałam tego maila…”, „Layout miał być na dziś? Nie przypominam sobie takiej rozmowy telefonicznej”. Ewentualnie z trochę innej strony: „No przecież dzwoniłam, że szkolenie w tym terminie nie jest możliwe, proszę zapytać sekretarki. Ja w końcu nie mogę odpowiadać za przepływ informacji w państwa firmie…”. No cóż, jeśli wystarczająco długo będziecie szli w zaparte, być może sami uwierzycie, że tak właśnie było, a wtedy z oburzeniem i uporem godnym lepszej sprawy będziecie bronić swoich „racji” także na forum publicznym (lub, co całkiem prawdopodobne, forach, starając się dowieść, że to Wy w tym sporze jesteście niewinną ofiarą).

11. Metoda na współczucie 1 czyli śmierć w rodzinie

Twoja babcia ma się jeszcze świetnie? Dla bardzo zdeterminowanych krętacz to nie problem. Biedna pięćdziesięciokilkuletnia staruszka może przecież opuścić ten padół w każdej chwili. Tym bardziej, żeby ocalić Ci skórę. W końcu, czego się nie robi dla ukochanego wnusia? Poza tym, kto to sprawdzi, prawda? A jednak. Stara prawda mówi, że kłamstwo ma krótkie nogi i może się w tym wszystkim okazać, że w niedługim czasie zmarły aż trzy twoje, niezwykle bliskie Ci babunie.

12. Metoda na współczucie 2 czyli dziecko w szpitalu

Nie boisz się kusić licha, to opowiadaj o tym, jaki to dramat przeżywasz jako rodzic. Zawsze pozostaje też opcja przedstawiania sytuacji tak, żeby wydawała się groźniejsza niż w rzeczywistości. Czyli nie pediatra a pogotowie, nie ból gardła, a złamanie ręki, nie na umówionej wcześniej wizycie, a znienacka w środku nocy etc. Fakt, że w ten sposób, dzięki półprawdom, łatwiej zapanować nad naszą historią, ale i tak musisz się pilnować, żeby nie spalić swojej przykrywki, mówiąc na przykład, że numerek przed Wami bezczelnie się wepchnął.

13. Choroba własna

Boisz się złośliwości losu? Możesz w takim razie sam próbować się wymigać chorobą. Nadchodzący sezon jesienno-zimowy to pora w sam raz na grypę, która powalić nas może nawet na trzy dodatkowe dni. Obłożnie chorzy jak wiadomo pracować nie możemy. Dobrze jest wtedy dla dodatkowego efektu zadzwonić na telefon i szeptać w słuchawkę. Ewentualnie po odpowiedniej charakteryzacji odbyć konferencję na skypie.

14. Wypadek samochodowy

Inwencja niektórych freelancerów próbujących wywieść klienta w porę jest doprawdy nieograniczona. Wbrew pozorem wcale nie tak rzadką wymówką jest wypadek samochodowy. To fakt, Polska ma wysoką statystykę wypadków, ale to jeszcze nie powód, aby w ten sposób tuszować własne lenistwo, brak organizacji lub brania na siebie zbyt wielu zobowiązań. Gorzej jeśli na wieść o twoim domniemanym udziale w kolizji drogowej zaczną dzwonić do Ciebie zaniepokojeni krewni z drugiego końca Polski, a potem na swoim koncie w NK umieszczać triumfalne: „Maciuś zdrowy, tylko klientów unika.”

15. Niespodziewany wyjazd

Wariacja na temat nagłego zniknięcia z powierzchni ziemi – oto jak z nieba tuż przed oddaniem projektu spada nam pilny wyjazd, najlepiej zagraniczny, który jak wiadomo uniemożliwia odbieranie komórki w tym czasie. Minuta rozmowy grozi co najmniej bankructwem, a nie każdego stać na telefon satelitarny. Za Polską granicą siada ponadto wszelki dostęp do internetu, a wejście do kafejki internetowej grozi poważnymi konsekwencjami dla zdrowia. Być może ktoś Ci uwierzy, ale najpewniej czeka Cię konieczność zapłaty kary umownej. Poza tym możesz mieć pewność, że klient opowie o twojej nieodpowiedzialności wszystkim swoim znajomym. A być może nawet umieści informację na ten temat w sieci, a wtedy możesz mieć poważny problem ze zdobyciem kolejnych śmiałków, którzy zdecydują się Ci zaufać.

CV dla freelancera

Wysyłanie CV i listów motywacyjnych kojarzy Wam się tylko z poszukiwaniem pracy na etacie? Otóż wcale nie tak rzadko o dokumenty aplikacyjne proszą nas także nasi potencjalni zleceniodawcy. Dotyczy to na przykład pracujących na własny rachunek tłumaczy, ale podobna prośba może zostać skierowana również do grafików lub programistów. Jak zatem powinien wyglądać życiorys freelancera? Co w nim konkretnie zawrzeć: klientów czy projekty? Czym CV różni się od portfolio freelancera?

zdjęcie pochodzi z flickr

Doświadczenie zawodowe freelancera

Sam początek oraz koniec CV freelancera będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak w przypadku życiorysu osoby, ubiegającej się o pracę na etacie. Chodzi tu mianowicie o dane osobowe i teleadresowe oraz wykształcenie, które zawsze umieszcza się w pierwszej części CV oraz informacje o posiadanych umiejętnościach jak znajomość języka czy programów komputerowych. Schody zaczynają się, kiedy przyjdzie nam uzupełnić część środkową, gdzie musimy wpisać doświadczenie zawodowe. W przypadku freelancerów z sukcesami lista wszystkich zrealizowanych projektów mogłaby zająć znacznie więcej niż tę przepisową jedną stronę (choć i przy pracy na etacie często życiorys ma nawet trzy strony np.: w przypadku CV Europass). Dlatego warto przeprowadzić selekcję tych zleceń i wybrać tylko te, z których jesteśmy najbardziej dumni. Inna metoda to wypisać najważniejszych klientów, szczególnie jeśli posiadamy od nich referencje, które możemy załączyć do aplikacji.

CV czy portfolio?

W wielu przypadkach możemy jednak odesłać naszego klienta na stronę z portfolio. Szczególnie jeśli systematycznieuzupełniamy i w związku z tym dobrze odzwierciedla ona całą naszą „drogę zawodową”. Dotyczy to zwłaszcza współpracy na zasadzie B2B, albo raczej B2SB (business-to-small-business). Na wypadek przyszłych zapytań o życiorys możemy poszerzyć stronę z portfolio dodatkowo o naszą „biografię” czyli podać dane dotyczące wykształcenia, odbytych kursów, znajomości języków obcych itp. Nie zaszkodzi też, aby w tym miejscu znajdowało się również CV do pobrania, dostępne na przykład po zalogowaniu się. Bywa jednak i tak, że nasza praca wolnego strzelca nie polega na realizacji konkretnych zamówień, jak w przypadku wykonania logotypu, napisania tekstów na stronę czy stworzenia aplikacji czy wizualizacji budynku itd. We wstępie mowa była o tłumaczach – tu przesyłanie klientowi CV jest w zasadzie ogólnie przyjętą praktyką. Podobnie może być w przypadku administratorów stron, systemów lub sieci, gdzie współpraca jest na ogół bardziej długofalowa (przypominająca etat). Poza tym zarządzanie systemem czy siecią w danej firmie trudno nazwać „portfolio”.

Na koniec małe ostrzeżenie. Pamiętaj, aby swoje CV rozsyłać ostrożnie. Nie koniecznie każdemu z adresem misiek123[@]o2.pl a nawet creativeagency[@]gmail.com. Kradzieże tożsamości tudzież sprzedaż danych osobowych to wcale nie tak rzadko spotykane sytuacje.

Zarabianie przez Internet…

…jak nie dać się wpuścić w maliny szukając dochodu pasywnego

Idea zarabiania przez sieć, pracując przez godzinę góra dwie dziennie, to wiecznie pokutujący wśród aktywnych zawodowo Polaków mit rentiera, który tylko sprawdza, ile odsetek przyrosło mu przez noc na koncie. Dzisiaj jest podobnie. Posiadacze stron internetowych uczestniczący we wszelkiego rodzaju programach partnerskich oraz sprzedający na swojej stronie reklamy także co wieczór sprawdzają konto na Adsense lub Tradedoublerze, nieodmiennie frustrując się, kiedy przyrost środków w dalszym ciągu mierzony jest w centach/groszach a nie dolarach, euro czy choćby w złotówkach. Czy zatem dochód pasywny to tylko fatamorgana? Czy da się naprawdę zarobić na stronach internetowych?

zdjęcie pochodzi z flickr

Monopolista czyli Google AdSense

Jeśli „przejdziemy się” po dzisiejszym internecie, zauważymy, że nie ma chyba strony, na której nie pojawiają się reklamy Googla. Ok, są jeszcze pewne wyjątki, ale z systemu tego korzystają nawet tacy giganci jak Gazeta.pl czy Onet.pl. Zaletą Google Adsense jest jego olbrzymi zasięg oraz stały dostęp do emisji reklam, ale nie ma co liczyć na milionowe zyski (przynajmniej na początku). Przy wyświetleniach strony rzędu 10 tysięcy w miesiącu, spodziewany średni zarobek to od 3 do 10 euro, co oznacza pierwszą wypłatę (obecnie najmniejsza wypłata to 70 euro) po minimum pół roku. Przy złożeniu naturalnie, że na stronie jest jakaś treść, a nie same reklamy.

Reklama kontekstowa

Reklama w tekście czyli reklama kontekstowa jest oferowana na przykład przez system Adkontekst.pl. Polega ona na tym, że w treści artykułu umieszczony zostaje link sponsorowany (jedno słowo lub fraza w artykule zostaje „anchorem” tego linku). Wydawca strony (dumna nazwa osoby, która tworzy dany serwis lub prowadzi blog) zarabia na klikach w ten link, przy czym istnieje wymóg formalny posiadania minimalnie 30 000 wejść na stronę miesięcznie. Stawki za klik nie oszałamiają i generalnie podobnie jak w przypadku Adsense liczone są w groszach, ale ziarnko do ziarnka, a także i tutaj można wreszcie zrobić sobie wypłatę (po uciułaniu 100 złotych).

Sprzedaż powierzchni reklamowej na stronie – boksy reklamowe

Najłatwiej jest sprzedawać powierzchnię reklamową na swojej stronie za pośrednictwem platform do sprzedaży reklam. Taką możliwość oferuje wspomniany wyżej Adkontekst (boksy Adkontekst), jak również platforma AdTaily.pl. Specyfika AdTaily polega na tym, że posiadacz serwisu www samodzielnie ustala cenę za dzienną emisję reklamy w wydzielonym boksie. Narzędzia AdTaily pomagają wybrać optymalną stawkę z punktu widzenia popularności naszej witryny, ale teoretycznie możesz zażyczyć sobie nawet 50 złotych za dzień, mając „tylko” tysiąc wyświetleń dziennie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy w tym przypadku podaż spotka się z popytem.

Programy partnerskie

Zarabianie na polecaniu czyli inaczej mówiąc program partnerski jest teoretycznie sytuacją typu win-win, choć przy niewielkim ruchu na stronie generalnie jest to opcja zdecydowanie bardziej korzystna dla promowanego przez Ciebie produktu/usługi/sklepu internetowego czy serwisu. W PP chodzi mianowicie o to, aby nie tylko skłonić użytkownika do kliknięcia w banerek umieszczony na twojej stronie, ale jeszcze np.: rejestrację w formularzu zgłoszeniowym, założenie konta lub dokonanie zakupu. Jednym słowem już sama nasza strona powinna zachęcać do skorzystania z oferty naszego partnera. Czy w ten sposób nie odejdziemy nieco od tematu naszej witryny albo nie zaczniemy się bawić w nachalne treści sprzedażowe, to już zależy od Twojego wyczucia i umiejętności. Autor niniejszego wpisu radzi jednak szerokim łukiem omijać programy partnerskie połączone z marketingiem wielopoziomowym, gdzie konieczne jest ponadto wniesienie aportu finansowego (dokonania zakupu zestawu startowego). Zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim etyczności tego rodzaju postępowania.

Smutna prawda czyli Bez pracy nie ma kołaczy

Nie istnieje coś takiego jak zarabianie bez pracy. No dobrze, prawie nie istnieje. Ta sytuacja dotyczy tylko niewielkiego procenta dzieci baaaardzo bogatych rodziców (Paris Hilton?), gdzie pracą zajmują się inni, bo interesy są już dawno rozkręcone i działają bardzo sprawnie. Nie oznacza to bynajmniej świętego spokoju do końca życia, patrz światowy kryzys finansowy, ale na pewno znacznie ułatwia start w życie. Wszyscy inni niestety muszą się najpierw porządnie urobić albo trafić w genialną niszę, aby rzeczywiście mieć dochody pasywne na przyzwoitym poziomie. Dobra wiadomość jest taka, że z czasem pracy tej jest faktycznie mniej. Być może nawet nie będą się mogły o tym przekonać dopiero Wasze dzieci.

Dlaczego ode mnie odszedł?

Być może kiedyś w twojej karierze freelancera nadszedł ten dzień, kiedy Twój stały klient nagle przestał się odzywać i zaczął zamawiać tłumaczenia/teksty/grafiki/… gdzie indziej. Zanim wpadniesz w melancholijny nastrój, pełen żalu do zleceniodawcy, który tak bez słowa Cię opuścił, przeplatany momentami nieopanowanej wściekłości oraz wygrażania dawnemu klientowi w myślach, zastanów się, co mogło się stać. To cenna nauka, która być może uchroni Cię przed podobną sytuacją w przyszłości.

zdjęcie pochodzi z flickr

Bo grafika była za droga

To oczywiste, że klient szuka przede wszystkim konkurencyjnej oferty na porządnie wykonany projekt. Nie każdy pragnie np.: graficznego arcydzieła, które ma rzucać na kolana niezależnie od kosztów (choć i tacy klienci się trafiają). Większość szuka przede wszystkim poprawności, no może z odrobiną finezji, ale w rozsądnych (finansowych rzecz jasna) granicach. Jeśli więc firma zaczyna cienko prząść, musi szukać oszczędności. W czasach kryzysu z reguły najszybciej tnie się budżet na reklamę i ogranicza outsourcing, starając się wycisnąć więcej z posiadanych zasobów (czytaj pań z marketingu i panów z działu IT). Ewentualnie zleceniodawca zaczyna szukać tańszych podwykonawców. Czemu w takim razie nie poproszą Cię o rabat? Może im wstyd, a może zbyt często podkreślałeś/aś, że i tak Twoja oferta dla nich jest poniżej Twoich zwykłych stawek. A tak z innej beczki, dałbyś/dałabyś im ten rabat?

Teraz to już za późno

Pracujesz po naście godzin na dobę, ale w dalszym ciągu zawalasz terminy? Oznacza to, że albo bierzesz za dużo zleceń, albo kompletnie nie potrafisz się zorganizować i nie podajesz realistycznego terminu realizacji projektu. Nawet jeśli jesteś dobry/a i tani/a, czasem to nie wystarcza. Idealny triumwirat cech doskonałego z punktu widzenia klienta podwykonawcy to dobry, tani i szybki. Jednym słowem cierpliwość zleceniodawcy może się kiedyś wyczerpać, a konkurencja – zwłaszcza ta dopiero wchodząca na rynek – nie śpi (w przenośni i dosłownie).

Złej baletnicy nawet rąbek u spódnicy

Jesteś wiecznym malkontentem, który stale jest z czegoś niezadowolony i daje upust swojej frustracji w elektronicznych epistołach lub częstych telefonach do klienta wytykając braki w specyfikacji? No to nie dziw się, że każdy kiedyś ma w końcu dosyć Twojej osoby, nawet pomimo tego że jesteś fachowcem z górnej półki. Twoja negatywna energia i krytykanctwo sprawiają, że osoba, która kontaktuje się z Tobą ze strony klienta, będzie to robić z rosnącą niechęcią. Aż w końcu „zgubi twojego maila”. I tyle. Pracuj więc nad swoim umiejętnościami społecznymi i przekazuj swoje uwagi w formie życzliwych porad, które mają służyć dobru klienta, a nie fochów gwiazdy.

Ta pani już tu nie pracuje

Wbrew pozorom z przepływem informacji w firmach bywa różnie, czasami wystarczy nawet przesunięcie Twojej dotychczasowej osoby kontaktowej do innego działu, a już kontakt z firmą się urywa i nikt nie wie, kim jesteś. Jeśli więc Twój stały klient długo milczy, warto zorientować się w sytuacji. Być może chodzi tylko o to, aby przypomnieć się nowemu managerowi biura czy asystentowi marketingu. Naprawdę warto trzymać rękę na pulsie, ponieważ natura nie lubi próżni, a potrzeby outsourcingowe klienta mimo zmian osobowych wcale się nie zmniejszyły.

Zmęczenie materiału

Na koniec warto stanąć ze sobą oko w oko i całkiem szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przyczyną utraty klienta nie jest czasem gorsza jakość Twojej pracy. Może masz dużo zleceń, jesteś przemęczony/a, trudniej wpaść Ci na jakiś oryginalny pomysł albo robisz coraz większe i częstsze błędy oraz zwyczajnie działasz z mniejszym zaangażowaniem. W tej sytuacji przyda Ci się przerwa w pracy, najlepiej spędzić ten czas na powietrzu aktywnie wypoczywając. Proponujemy wycieczkę rowerową, bo w weekend pogoda ma się podobno poprawić. Poza tym na przyszłość – jeśli coś Ci wyraźnie nie idzie, dobrze jest wciągnąć w projekt kogoś innego, kto przełamie brak weny swoją inspiracją albo skontroluje Twoje ewentualne pomyłki, zanim np. tekst tłumaczenia odeślesz do klienta.

Freelancerska grupa wsparcia

„Hi, my name is John and I’m a freelancer.” – tak moglibyśmy się witać na naszych spotkaniach dla osób uzależnionych od freelance’u. Czy rzeczywiście freelancerzy tak bardzo potrzebują wzajemnego wsparcia i podnoszenia się na duchu? Jeśli weźmiemy pod wagę powszechne mity, jakie panują o naszym zawodzie, o czym pisaliśmy tutaj, to faktycznie świadomość: „Nie jesteś sam.”, może dać nam siłę, aby robić swoje dalej i nie przejmować się kąśliwymi uwagami otoczenia.

zdjęcie pochodzi z flickr

Wspólna dola łączy

Mimo iż każdy z nas ma inny zawód i zajmuje się czymś innym, specyfika naszej pracy od zlecenia do zlecenia łączy nas znacznie bardziej niż etatowców. Dlatego właśnie copywriter w dużym stopniu zrozumie, o czym mówi grafik, a programista może sobie przybić piątkę z tłumaczem lub chociażby pracującym jako wolny strzelec architektem. Wszyscy mieliśmy klientów, z którymi negocjacje szły jak po grudzie oraz takich, którzy bardzo opornie regulowali płatności. Być może trafili nam się też zleceniodawcy-oszuści, którzy nie zapłacili w ogóle.

Co piąty pracujący Polak wolnym strzelcem

A jednak ponoć bycie freelancerem jest obecnie pożądanym sposobem zarobkowania. Przynajmniej tak twierdzi firma doradcza Kelly Services, z której badań wynika, że około 20% Polaków pracuje jako freelancer (za Rzeczpospolitą). Być może chodzi tu jednak o osoby, które jako freelancerzy dorabiają do pensji na etacie. Ale takim wolnym strzelcom konieczność uregulowania stałych opłat nie spędza chyba aż w takim stopniu snu z powiek jak tym, którzy żyją od przelewu do przelewu. Kiedy zaś w telefonie zapada głucha cisza, a na maila przychodzą tylko spamy, zaczynamy kombinować skąd wziąć kolejne zlecenia i jesteśmy bardziej skłonni wykonać projekt znacznie taniej, byle tylko mieć coś do roboty. I tu właśnie przydałoby się wsparcie kolegów.

Umysł silniejszy niż ciało

Niestety, żeby pracować jako freelancer musisz mieć sporą odporność psychiczną i dobrze radzić sobie z lżejszymi i mocniejszymi kopniakami od losu a raczej rynku. Nie każde zapytanie ofertowe kończy się zleceniem, ale to nie powód, żeby nie przykładać się do wyceny, bo „i tak pewnie wybiorą kogoś innego, a mi tylko zawracają głowę”. Z takim myśleniem na pewno daleko nie zajedziesz.

¡No pasarán!

Także zbijanie cen, kiedy na rynku posucha, jest szalenie krótkoterminową strategią, bo ZAWSZE znajdzie się ktoś tańszy. Ktoś, kto dopiero wchodzi na rynek i nie ma aż tylu zobowiązań miesięcznych co Ty. Dla Ciebie praca za 80% a co gorsza 50% stawki jest olbrzymim krokiem w tył. Nie chcesz chyba zaprzepaścić tego, na co tak długo pracowałeś/aś? A poza tym redukując cenę, niebezpiecznie zbliżasz się do granicy opłacalności swojej pracy, kiedy pożyczka od rodziny na ZUS naprawdę może stać się jedynym rozwiązaniem.

Tu dział windykacji Jana Kowalskiego

Nie masz siły sam/a windykować i powoli zastanawiasz się, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły? Zatrudnij firmę albo poproś o wystąpienie w twoim imieniu bardziej asertywnego znajomego. Nie bój się też wystąpić na drogę sądową. Mając wszystkie potrzebne papiery czyli umowę i korespondencję, najprawdopodobniej załatwisz sprawę szybciej, niż Ci się wydaje i uzyskasz sądowy nakaz zapłaty.

Możesz też po prostu wywnętrzyć się na forum. Jednym słowem: „You’re not alone John…”

Siedem grzechów Freelancera

1. No, jeżeli uważa Pani, że znajdzie kogoś lepszego czyli Pycha

Dlaczego pycha jest zgubna dla freelancera? Nastawienie kontrahentów diametralnie się zmienia, kiedy przekroczymy cienką granice między dumą z własnych osiągnięć a często złudnym i aroganckim przekonaniem, że jesteśmy nieomylni, nasze prace są najlepsze na świecie, a zleceniodawca powinien w zasadzie czuć się zaszczycony, że zgodziliśmy się dla niego pracować. Ta drobna różnica, kiedy klient stwierdza, że zbyt wysoko cenimy swoje kompetencje, jest momentem przełomowym. Kontrahent czuje się oszukiwany, a to podważa naszą wiarygodność, nie mówiąc już o tym, że nikt nie lubi pracować z zadufanymi w sobie bubkami, którzy nie przyjmują najlżejszej krytyki.

Zdjęcie pochodzi z flickr

2. No, ale za te poprawki to muszę doliczyć ekstra czyli Chciwość

Cóż złego w tym, że lubimy pieniądze? Nic, oczywiście, o ile pieniądze nie przesłaniają nam wszystkiego innego. Pamiętajmy, że nasze interesy w tej materii, diametralnie różnią się od priorytetów klienta, który potrzebuje dobrej jakości usługi za możliwie niską cenę. Czasem w związku z tym naprawdę dobrze jest udzielić „rabaciku” (np.: 3%) i zrezygnować z kilku czy kilkudziesięciu złotych, co da klientowi poczucie, że jest dla nas ważny, a poza tym – jak każdy rabatowy program lojalnościowy – bardziej go do nas przywiąże. Jednym słowem rabat dziś, może przynieść nam nowe zlecenie jutro. Co oczywiście wcale nie znaczy, że mamy dać się wykorzystywać i pracować za półdarmo.

3. To pewnie oni skopiowali ode mnie czyli Nieczystość zagrań

Czy istnieje coś takiego, jak etyka zawodu freelancera? Jakiś czas temu podjęte zostały próby stworzenia kodeksu freelancera, jednak inicjatywa ta ciągle jeszcze jest mało znana. Generalnie zasady są proste i zbieżne ze starym ludowym porzekadłem, które mówi: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Chodzi więc po prostu o to, aby postępować uczciwie (co tyczy się także naszych kolegów po fachu i niedopuszczalności plagiatu) i tego samego oczekiwać od drugiej strony. Niby jest to bajecznie proste, ale wiele osób ma z tym problemy.

4. Widziałeś, co on za obciachy ma w portfolio czyli Zazdrość

Poczucie współzawodnictwa mobilizuje, ale chorobliwa zazdrość może paraliżować jakiekolwiek poczynania. Jeśli więc większość czasu przeglądasz oferty konkurencji, śledzisz blogi i tropisz nowości w portfolio, nie zostaje Ci chyba zbyt wiele godzin na pracę. To dobrze wiedzieć, co w trawie piszczy, ale nie może to stać się Twoją obsesją, bo chorobliwa zazdrość i ciągłe porównywanie się z innymi rodzi frustrację i jest w związku z tym uczuciem szalenie destrukcyjnym.

Formą zazdrości jest też szkalowanie konkurentów na forach internetowych, korzystając z anonimowości. Takie wzajemne podgryzanie się bardzo źle wpływa na środowisko freelancerów i opinie na jego temat.

5. Dobrze, na kiedy czyli Nieumiarkowanie

Doba ma tylko 24 godziny. Jeżeli weźmiemy sobie na głowę więcej zleceń, niż jesteśmy w stanie przerobić, to nie dość, że odbije się to na naszym zdrowiu, to jeszcze zepsujemy sobie reputację. Nie zdążymy zrobić więcej, niż to możliwe. To typowy grzech młodych freelancerów, choć oczywiście bardziej doświadczeni też czasem go popełniają. Przyznajmy, że nie zawsze udaje nam się mierzyć siły na zamiary.

6. Co za debil czyli Gniew

Możemy się gniewać na kumpli, możemy być źli na siebie, ale nie wolno nam tego robić w pracy. To nieprofesjonalne.
Jako freelancerzy jesteśmy niemal stale wystawieni na próbę. Przez kontrahentów, którzy nie zawsze chcą płacić w terminie, przez podwykonawców, nie potrafiących sprostać wymaganiom, mimo że zapowiadali że wszystko będzie gotowe na czas. Nie trudno stracić do nich wszystkich cierpliwość. Jednak na gruncie zawodowym musisz zachować zimną krew. A na irytujących współpracowników co najwyżej ponarzekać w gronie przyjaciół.

7. Dzisiaj już mi się nie opłaca do tego siadać czyli Lenistwo

Wiele osób ceni sobie w zawodzie freelancera nienormowany czas pracy i świadomość, że pewne rzeczy można zrobić wtedy, kiedy samemu wybierze się na to czas. Oczywiście łatwo w ten sposób wpaść w pułapkę wiecznego spychania roboty na później. Efekt to zawalenie terminu lub oddanie delikatnie mówiąc niedopracowanego projektu, a czasem zwykłego chłamu. Poza tym w ten sposób raczej nie uda nam się w ciągu miesiąca zarobić na wszystkie rachunki. Dlatego warto najpierw skończyć zlecenie, a dopiero potem oddawać się słodkiemu lenistwu.

Kim NIE jest freelancer

Zdarzyło Wam się na pewno zderzyć z błędnym wyobrażeniem o naszym zawodzie. Klienci, znajomi, rodzina nie wiedzieć czemu pielęgnują jakieś utarte przekonania o tym, kim jesteście i czego można od Was oczekiwać, a Wy musicie wyprowadzać ich z błędu i udowadniać, że wcale nie jesteście już nie tyle wielbłądem, co ostatnim łosiem. Jeszcze gorzej, jeżeli takie myślenie udzieli się nam samym i zaczniemy usilnie się zastanawiać, co my robimy ze swoim życiem. Dlatego w sześciu prostych punktach o tym, kim freelancer na pewno NIE jest!

zdjęcie pochodzi z flickr.com

1. Bezrobotnym

Mamy pracę. Nasza praca to nasze zlecenia. To, że nie mamy szefa, na którego możemy narzekać, nie mamy sztywnych godzin pracy i nie tracimy kilku godzin dziennie w korkach ulicznych, żeby dojechać do biura – to wszystko NIE znaczy, że jesteśmy gorszą kategorią pracowników. Jeśli już, to mamy nawet lepiej.

2. Człowiekiem, który ma za dużo czasu

Klient nierzadko zakłada, że jesteśmy ostatnimi leniami, którzy czasu mają aż nadmiar i nie marzą o niczym innym, jak tylko o tym, aby spędzić go nad jego zleceniem. Musimy nauczyć się cenić swój czas – ponieważ nasze główne zasoby to właśnie nasz czas i umiejętności. Kiedy tylko możesz, uświadamiaj klientom, że twój czas jest cenny i, że masz też inne zlecenia i obowiązki.

3. Człowiekiem, który zrobi najtaniej

Owszem, mamy mniejsze koszty prowadzenia działalności, więc posiadamy konkurencyjne ceny. Ale to prowadzi do absurdalnych sytuacji, gdy czasem proponując rozsądną stawkę, słyszymy: „Czemu tak drogo?”. Jednak nadmiernie obniżając ceny, psujemy rynek. Dlatego róbmy rzetelne wyceny i uzasadniajmy klientom, czemu nasza praca tyle właśnie kosztuje.

4. Człowiekiem, który zrobi gorzej

Nie ma chyba bardziej irytującego przekonania, często panującego wśród potencjalnych zleceniodawców. Jak każdy miewamy gorsze dni albo chwilowy brak weny, ale generalnie zawsze chcemy wykonać dobrą robotę. Mamy wiedzę i talent. Pracujemy na swoją markę… i na swoje wakacje na Karaibach. Bywa jednak i tak, że to nam zależy na dobrym wykonaniu bardziej, niż klientowi, który chce po prostu szybko zamknąć sprawę.

5. Wszechwiedzącym

Stąd chyba te wszystkie zlecenia, które klienci streszczają w jednym zdaniu: „Potrzebne teksty na stronę, branża budowlana.” Zleceniodawcy mają dziwne przekonanie, że reszty się domyślimy albo potrzebne informacje znajdziemy sami. Być może liczą też, że doznamy boskiego oświecenia lub połączymy się z nimi telepatycznie. Do dobrze wykonanego zlecenia potrzebujemy szczegółów, potrzebujemy materiałów, potrzebujemy konkretów. Więc nie bójmy się ich żądać.

6. Oszustem

Czy też tak macie, że czujecie wewnętrzną odrazę, gdy klient pyta: „A jaką mam gwarancję?” Od tego są umowy, referencje i portfolia, no i wreszcie zwykła ludzka przyzwoitość, żeby nie trzeba było na każdym kroku udowadniać, że nie jesteśmy ostatnim łajzą i złodziejem. Owszem, w każdym koszyku zdarza się zepsuty owoc, ale tak jest po obu stronach barykady. Wszyscy mamy przecież przynajmniej jedną historię o nieuczciwym kliencie. Wniosek? Szanujmy się, zakładajmy, że jesteśmy uczciwymi ludźmi i piętnujmy naciągaczy.

Freelancer NIE jest jeszcze wieloma innymi osobami.

Na pewno JEST za to przynajmniej jednym: niezależnym specjalistą w swojej dziedzinie. I na taki wizerunek naszego fachu pracujmy.

 

Jak sprawić, żeby Google Cię pokochał

Nie mając etatu i stałej wypłaty, freelancerzy zależą od „dobrej woli klientów” i ich skłonności do objawienia się ze zleceniem akurat wtedy, gdy coraz bardziej straszy nas widmo kanapek z margaryną. Jednak, jak dobrze wiemy, poszukiwanie zleceń wcale prostym zadaniem nie jest, ponieważ wszędzie w sieci czai się nasza konkurencja, gotowa rzucić się na ofertę zlecenia niczym wygłodniałe sępy. Poza tym aktywne szukanie klientów wiąże się ze sporymi nakładami czasu i wysiłku, najgorsze jest poza tym to, że wtedy nie możemy pracować, ponieważ zwyczajnie się nie rozdwoimy. Jak temu zaradzić? Zagonić do roboty wujka Googla.

pozycjonowanie dla freelancera

1. 400 mln wyszukiwań dziennie

A do tego są to dane sprzed pięciu lat. Jak te statystyki przedstawiają się dzisiaj, możemy sobie tylko wyobrażać. Poza tym chyba sami po sobie widzicie, że Google zawładnął naszym życiem i bez niego czulibyśmy się już jak bez ręki. Dlatego jako freelancer/ka musisz być obecny/a w Googlu ze swoim portfolio. Tym bardziej, że zgłaszanie mapy twojej strony do wyszukiwarki trwa chwilkę, a pierwsze efekty możemy obserwować nawet po tygodniu.

2. Pozycjonowanie przez pisanie

Zlecenie pozycjonowania twojej witryny z portfolio może nie być tanie (chyba że jesteś właśnie freelancerempozycjonerem), ale możesz także sam/a zadbać o to, aby poprawić twoje wyniki wyszukiwania w Google, Bardzo wiele dają regularne i ciekawe z punktu widzenia użytkownika wpisy na stronę, które pomagają w indeksowaniu się witryny na wyższych pozycjach. Idealnie nadaje się do tego dział aktualności, gdzie możesz informować potencjalnych klientów o tym, nad czym teraz pracujesz.

3. Kilka porad jak dostać bana od Googla

Polityka wyszukiwarki Google jest bardzo klarowna, jeśli chodzi o zwodzenie internautów oraz robotów wyszukiwania niewłaściwym manipulowaniem kodem na stronie. Niedopuszczalne jest na przykład wstawianie na witrynę tekstów w nagłówkach, które mają ten sam kolor co tło, a więc teoretycznie są „niewidoczne” dla użytkownika, natomiast „przywabiają” roboty. Tego rodzaju działanie może zaowocować zablokowaniem strony. A raz stracone zaufanie wujka Googla niełatwo jest odzyskać. Podobnie z ostrożnością należy podchodzić do katalogowania swojej witryny na potęgę oraz systemów wymiany linków (linki do stron pornograficznych raczej nie przysporzą nam popularności w wyszukiwarce).

4. Wiele zależy od technologii wykonania strony

Wprawdzie flashowe menu oraz ruchome elementy na stronie z portfolio freelancera na pewno robi dobre wrażenie na potencjalnych zleceniodawcach, nie zawsze jednak jest najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia wysokiej pozycji w wyszukiwarce. Znacznie lepiej Google indeksuje proste strony w HTML-u, co oczywiście nie znaczy, że mamy powrócić do designu stron www rodem z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Budując stronę lub zlecając wykonanie portfolio, warto zatem połączyć wartość dla klienta z użytecznością dla wyszukiwarki Google.

5. Poławiacze linków

Jeśli na swojej stronie oprócz swojego freelancerskiego portfolio pokażesz także coś ciekawego – swoje inne prace, podzielisz się z użytkownikami swoją filozofią życiową albo, co jeszcze cenniejsze, wiedzą, jest szansa, że zdobędziesz w ten sposób jakże cenny link do swojej strony. Liczy się tu na pewno oryginalność, niebanalne podejście do spraw zawodowych oraz wartościowe wpisy. Nie bój się także linkować do innych. Oni też na pewno sprawdzają swoje statystyki strony i być może odwdzięczą Ci się odsyłaczem zwrotnym do twojego internetowego poletka.

 

Zostać freelancerem i nie umrzeć z głodu

1. Skarpeta na chude miesiące

Zanim porzucisz cieplutką posadkę w agencji, lepiej dobrze się przygotować na początkowy trudny okres, kiedy może panować pewna posucha w zleceniach, a stałe opłaty trzeba będzie regulować na czas. Być może udało Ci się już wyrobić markę i zdobyć grono stałych klientów nawet pomimo pracy na etacie (pamiętaj tylko, że pracując prawie na okrągło, długo tak nie pociągniesz), ale wtedy i tak przyda Ci się finansowy zapas na czarną godzinę. Jednym słowem do freelancingu dobrze jest się finansowo przygotować.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

2. Naucz się oszczędzać

Niestety pracując jako freelancer, nigdy nie wiesz, kiedy będzie następna „wypłata” oraz ile tym razem dostaniesz. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się nie wydawać wszystkiego od razu i dobrze przemyśleć większe wydatki. Inwestycje w sprzęt, na którym pracujesz oraz w szkolenia są potrzebne, ale warto je dobrze zaplanować, aby nie obciążyć nimi zanadto domowego budżetu. Najlepiej po prostu zrealizować te wydatki za zaoszczędzone pieniądze.

3. Poszukaj alternatywnych źródeł dochodu

Mowa tutaj na przykład o tak zwanym dochodzie pasywnym. Jeśli posiadasz stronę internetową lub prowadzisz bloga, możesz pomyśleć o wstawieniu tam wszelkich możliwych reklam (np.: AdSense, AdTaily czy AdKontekst itp.) oraz programów partnerskich. Początki bywają trudne, a kwota zarobków mocno deprymująca (0,03 eurocenta za 3 kliki raz na kilka dni), ale przy dobrze prowadzonej stronie, regularnych wpisach i ciekawej treści zarobki mogą być z czasem sporo większe. W każdym razie tak twierdzą operatorzy tego rodzaju systemów reklamowych i partnerskich…

4. Szukaj klientów na przyszłość

Gdy w danym momencie nie masz zleceń, nie panikuj! Postaraj się ten czas wykorzystać jak najlepiej, przede wszystkim na poszukiwanie nowych klientów. Nie zaszkodzi więc zostawić swoją ofertę na wszystkich możliwych portalach z ogłoszeniami, założyć sobie profil w serwisach, gdzie można wrzucać swoje portfolio, przejrzeć portale ze zleceniami dla freelancerów, ale także serwisy społecznościowe dla profesjonalistów jak na przykład GoldenLine. I wreszcie warto też po prostu podzwonić po firmach, które mogłyby być potencjalnie zainteresowane naszymi usługami i przedstawić im swoją ofertę.

5. Znajdź czas na jedzenie

No tak, nasz tytuł możemy też wziąć bardzo dosłownie. Kiedy roboty huk, czasami zwyczajnie zapominamy o jedzeniu, bo gonią nas terminy, a my nie wiem, w co ręce włożyć. Stop! To bardzo niezdrowe dla naszego żołądka, nie mówiąc już o tym, że w ten sposób (rzucanie się na zamówioną dla oszczędności czasu pizzę po okresie dłuższego niejedzenia) najłatwiej o problemy z otyłością, a także układem krążenia. W ekstremalnych przypadkach przepracowanie może naprawdę doprowadzić do skrajnego wycieńczenia organizmu a nawet zgonu (patrz karoshi). Dlatego rób regularne przerwy na odpoczynek oraz zdrowy posiłek, dzięki czemu ponadto będzie Ci się lepiej pracowało.