Zarabianie przez Internet…

…jak nie dać się wpuścić w maliny szukając dochodu pasywnego

Idea zarabiania przez sieć, pracując przez godzinę góra dwie dziennie, to wiecznie pokutujący wśród aktywnych zawodowo Polaków mit rentiera, który tylko sprawdza, ile odsetek przyrosło mu przez noc na koncie. Dzisiaj jest podobnie. Posiadacze stron internetowych uczestniczący we wszelkiego rodzaju programach partnerskich oraz sprzedający na swojej stronie reklamy także co wieczór sprawdzają konto na Adsense lub Tradedoublerze, nieodmiennie frustrując się, kiedy przyrost środków w dalszym ciągu mierzony jest w centach/groszach a nie dolarach, euro czy choćby w złotówkach. Czy zatem dochód pasywny to tylko fatamorgana? Czy da się naprawdę zarobić na stronach internetowych?

zdjęcie pochodzi z flickr

Monopolista czyli Google AdSense

Jeśli „przejdziemy się” po dzisiejszym internecie, zauważymy, że nie ma chyba strony, na której nie pojawiają się reklamy Googla. Ok, są jeszcze pewne wyjątki, ale z systemu tego korzystają nawet tacy giganci jak Gazeta.pl czy Onet.pl. Zaletą Google Adsense jest jego olbrzymi zasięg oraz stały dostęp do emisji reklam, ale nie ma co liczyć na milionowe zyski (przynajmniej na początku). Przy wyświetleniach strony rzędu 10 tysięcy w miesiącu, spodziewany średni zarobek to od 3 do 10 euro, co oznacza pierwszą wypłatę (obecnie najmniejsza wypłata to 70 euro) po minimum pół roku. Przy złożeniu naturalnie, że na stronie jest jakaś treść, a nie same reklamy.

Reklama kontekstowa

Reklama w tekście czyli reklama kontekstowa jest oferowana na przykład przez system Adkontekst.pl. Polega ona na tym, że w treści artykułu umieszczony zostaje link sponsorowany (jedno słowo lub fraza w artykule zostaje „anchorem” tego linku). Wydawca strony (dumna nazwa osoby, która tworzy dany serwis lub prowadzi blog) zarabia na klikach w ten link, przy czym istnieje wymóg formalny posiadania minimalnie 30 000 wejść na stronę miesięcznie. Stawki za klik nie oszałamiają i generalnie podobnie jak w przypadku Adsense liczone są w groszach, ale ziarnko do ziarnka, a także i tutaj można wreszcie zrobić sobie wypłatę (po uciułaniu 100 złotych).

Sprzedaż powierzchni reklamowej na stronie – boksy reklamowe

Najłatwiej jest sprzedawać powierzchnię reklamową na swojej stronie za pośrednictwem platform do sprzedaży reklam. Taką możliwość oferuje wspomniany wyżej Adkontekst (boksy Adkontekst), jak również platforma AdTaily.pl. Specyfika AdTaily polega na tym, że posiadacz serwisu www samodzielnie ustala cenę za dzienną emisję reklamy w wydzielonym boksie. Narzędzia AdTaily pomagają wybrać optymalną stawkę z punktu widzenia popularności naszej witryny, ale teoretycznie możesz zażyczyć sobie nawet 50 złotych za dzień, mając „tylko” tysiąc wyświetleń dziennie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy w tym przypadku podaż spotka się z popytem.

Programy partnerskie

Zarabianie na polecaniu czyli inaczej mówiąc program partnerski jest teoretycznie sytuacją typu win-win, choć przy niewielkim ruchu na stronie generalnie jest to opcja zdecydowanie bardziej korzystna dla promowanego przez Ciebie produktu/usługi/sklepu internetowego czy serwisu. W PP chodzi mianowicie o to, aby nie tylko skłonić użytkownika do kliknięcia w banerek umieszczony na twojej stronie, ale jeszcze np.: rejestrację w formularzu zgłoszeniowym, założenie konta lub dokonanie zakupu. Jednym słowem już sama nasza strona powinna zachęcać do skorzystania z oferty naszego partnera. Czy w ten sposób nie odejdziemy nieco od tematu naszej witryny albo nie zaczniemy się bawić w nachalne treści sprzedażowe, to już zależy od Twojego wyczucia i umiejętności. Autor niniejszego wpisu radzi jednak szerokim łukiem omijać programy partnerskie połączone z marketingiem wielopoziomowym, gdzie konieczne jest ponadto wniesienie aportu finansowego (dokonania zakupu zestawu startowego). Zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim etyczności tego rodzaju postępowania.

Smutna prawda czyli Bez pracy nie ma kołaczy

Nie istnieje coś takiego jak zarabianie bez pracy. No dobrze, prawie nie istnieje. Ta sytuacja dotyczy tylko niewielkiego procenta dzieci baaaardzo bogatych rodziców (Paris Hilton?), gdzie pracą zajmują się inni, bo interesy są już dawno rozkręcone i działają bardzo sprawnie. Nie oznacza to bynajmniej świętego spokoju do końca życia, patrz światowy kryzys finansowy, ale na pewno znacznie ułatwia start w życie. Wszyscy inni niestety muszą się najpierw porządnie urobić albo trafić w genialną niszę, aby rzeczywiście mieć dochody pasywne na przyzwoitym poziomie. Dobra wiadomość jest taka, że z czasem pracy tej jest faktycznie mniej. Być może nawet nie będą się mogły o tym przekonać dopiero Wasze dzieci.

Dlaczego ode mnie odszedł?

Być może kiedyś w twojej karierze freelancera nadszedł ten dzień, kiedy Twój stały klient nagle przestał się odzywać i zaczął zamawiać tłumaczenia/teksty/grafiki/… gdzie indziej. Zanim wpadniesz w melancholijny nastrój, pełen żalu do zleceniodawcy, który tak bez słowa Cię opuścił, przeplatany momentami nieopanowanej wściekłości oraz wygrażania dawnemu klientowi w myślach, zastanów się, co mogło się stać. To cenna nauka, która być może uchroni Cię przed podobną sytuacją w przyszłości.

zdjęcie pochodzi z flickr

Bo grafika była za droga

To oczywiste, że klient szuka przede wszystkim konkurencyjnej oferty na porządnie wykonany projekt. Nie każdy pragnie np.: graficznego arcydzieła, które ma rzucać na kolana niezależnie od kosztów (choć i tacy klienci się trafiają). Większość szuka przede wszystkim poprawności, no może z odrobiną finezji, ale w rozsądnych (finansowych rzecz jasna) granicach. Jeśli więc firma zaczyna cienko prząść, musi szukać oszczędności. W czasach kryzysu z reguły najszybciej tnie się budżet na reklamę i ogranicza outsourcing, starając się wycisnąć więcej z posiadanych zasobów (czytaj pań z marketingu i panów z działu IT). Ewentualnie zleceniodawca zaczyna szukać tańszych podwykonawców. Czemu w takim razie nie poproszą Cię o rabat? Może im wstyd, a może zbyt często podkreślałeś/aś, że i tak Twoja oferta dla nich jest poniżej Twoich zwykłych stawek. A tak z innej beczki, dałbyś/dałabyś im ten rabat?

Teraz to już za późno

Pracujesz po naście godzin na dobę, ale w dalszym ciągu zawalasz terminy? Oznacza to, że albo bierzesz za dużo zleceń, albo kompletnie nie potrafisz się zorganizować i nie podajesz realistycznego terminu realizacji projektu. Nawet jeśli jesteś dobry/a i tani/a, czasem to nie wystarcza. Idealny triumwirat cech doskonałego z punktu widzenia klienta podwykonawcy to dobry, tani i szybki. Jednym słowem cierpliwość zleceniodawcy może się kiedyś wyczerpać, a konkurencja – zwłaszcza ta dopiero wchodząca na rynek – nie śpi (w przenośni i dosłownie).

Złej baletnicy nawet rąbek u spódnicy

Jesteś wiecznym malkontentem, który stale jest z czegoś niezadowolony i daje upust swojej frustracji w elektronicznych epistołach lub częstych telefonach do klienta wytykając braki w specyfikacji? No to nie dziw się, że każdy kiedyś ma w końcu dosyć Twojej osoby, nawet pomimo tego że jesteś fachowcem z górnej półki. Twoja negatywna energia i krytykanctwo sprawiają, że osoba, która kontaktuje się z Tobą ze strony klienta, będzie to robić z rosnącą niechęcią. Aż w końcu „zgubi twojego maila”. I tyle. Pracuj więc nad swoim umiejętnościami społecznymi i przekazuj swoje uwagi w formie życzliwych porad, które mają służyć dobru klienta, a nie fochów gwiazdy.

Ta pani już tu nie pracuje

Wbrew pozorom z przepływem informacji w firmach bywa różnie, czasami wystarczy nawet przesunięcie Twojej dotychczasowej osoby kontaktowej do innego działu, a już kontakt z firmą się urywa i nikt nie wie, kim jesteś. Jeśli więc Twój stały klient długo milczy, warto zorientować się w sytuacji. Być może chodzi tylko o to, aby przypomnieć się nowemu managerowi biura czy asystentowi marketingu. Naprawdę warto trzymać rękę na pulsie, ponieważ natura nie lubi próżni, a potrzeby outsourcingowe klienta mimo zmian osobowych wcale się nie zmniejszyły.

Zmęczenie materiału

Na koniec warto stanąć ze sobą oko w oko i całkiem szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przyczyną utraty klienta nie jest czasem gorsza jakość Twojej pracy. Może masz dużo zleceń, jesteś przemęczony/a, trudniej wpaść Ci na jakiś oryginalny pomysł albo robisz coraz większe i częstsze błędy oraz zwyczajnie działasz z mniejszym zaangażowaniem. W tej sytuacji przyda Ci się przerwa w pracy, najlepiej spędzić ten czas na powietrzu aktywnie wypoczywając. Proponujemy wycieczkę rowerową, bo w weekend pogoda ma się podobno poprawić. Poza tym na przyszłość – jeśli coś Ci wyraźnie nie idzie, dobrze jest wciągnąć w projekt kogoś innego, kto przełamie brak weny swoją inspiracją albo skontroluje Twoje ewentualne pomyłki, zanim np. tekst tłumaczenia odeślesz do klienta.

Freelancerska grupa wsparcia

„Hi, my name is John and I’m a freelancer.” – tak moglibyśmy się witać na naszych spotkaniach dla osób uzależnionych od freelance’u. Czy rzeczywiście freelancerzy tak bardzo potrzebują wzajemnego wsparcia i podnoszenia się na duchu? Jeśli weźmiemy pod wagę powszechne mity, jakie panują o naszym zawodzie, o czym pisaliśmy tutaj, to faktycznie świadomość: „Nie jesteś sam.”, może dać nam siłę, aby robić swoje dalej i nie przejmować się kąśliwymi uwagami otoczenia.

zdjęcie pochodzi z flickr

Wspólna dola łączy

Mimo iż każdy z nas ma inny zawód i zajmuje się czymś innym, specyfika naszej pracy od zlecenia do zlecenia łączy nas znacznie bardziej niż etatowców. Dlatego właśnie copywriter w dużym stopniu zrozumie, o czym mówi grafik, a programista może sobie przybić piątkę z tłumaczem lub chociażby pracującym jako wolny strzelec architektem. Wszyscy mieliśmy klientów, z którymi negocjacje szły jak po grudzie oraz takich, którzy bardzo opornie regulowali płatności. Być może trafili nam się też zleceniodawcy-oszuści, którzy nie zapłacili w ogóle.

Co piąty pracujący Polak wolnym strzelcem

A jednak ponoć bycie freelancerem jest obecnie pożądanym sposobem zarobkowania. Przynajmniej tak twierdzi firma doradcza Kelly Services, z której badań wynika, że około 20% Polaków pracuje jako freelancer (za Rzeczpospolitą). Być może chodzi tu jednak o osoby, które jako freelancerzy dorabiają do pensji na etacie. Ale takim wolnym strzelcom konieczność uregulowania stałych opłat nie spędza chyba aż w takim stopniu snu z powiek jak tym, którzy żyją od przelewu do przelewu. Kiedy zaś w telefonie zapada głucha cisza, a na maila przychodzą tylko spamy, zaczynamy kombinować skąd wziąć kolejne zlecenia i jesteśmy bardziej skłonni wykonać projekt znacznie taniej, byle tylko mieć coś do roboty. I tu właśnie przydałoby się wsparcie kolegów.

Umysł silniejszy niż ciało

Niestety, żeby pracować jako freelancer musisz mieć sporą odporność psychiczną i dobrze radzić sobie z lżejszymi i mocniejszymi kopniakami od losu a raczej rynku. Nie każde zapytanie ofertowe kończy się zleceniem, ale to nie powód, żeby nie przykładać się do wyceny, bo „i tak pewnie wybiorą kogoś innego, a mi tylko zawracają głowę”. Z takim myśleniem na pewno daleko nie zajedziesz.

¡No pasarán!

Także zbijanie cen, kiedy na rynku posucha, jest szalenie krótkoterminową strategią, bo ZAWSZE znajdzie się ktoś tańszy. Ktoś, kto dopiero wchodzi na rynek i nie ma aż tylu zobowiązań miesięcznych co Ty. Dla Ciebie praca za 80% a co gorsza 50% stawki jest olbrzymim krokiem w tył. Nie chcesz chyba zaprzepaścić tego, na co tak długo pracowałeś/aś? A poza tym redukując cenę, niebezpiecznie zbliżasz się do granicy opłacalności swojej pracy, kiedy pożyczka od rodziny na ZUS naprawdę może stać się jedynym rozwiązaniem.

Tu dział windykacji Jana Kowalskiego

Nie masz siły sam/a windykować i powoli zastanawiasz się, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły? Zatrudnij firmę albo poproś o wystąpienie w twoim imieniu bardziej asertywnego znajomego. Nie bój się też wystąpić na drogę sądową. Mając wszystkie potrzebne papiery czyli umowę i korespondencję, najprawdopodobniej załatwisz sprawę szybciej, niż Ci się wydaje i uzyskasz sądowy nakaz zapłaty.

Możesz też po prostu wywnętrzyć się na forum. Jednym słowem: „You’re not alone John…”

Siedem grzechów Freelancera

1. No, jeżeli uważa Pani, że znajdzie kogoś lepszego czyli Pycha

Dlaczego pycha jest zgubna dla freelancera? Nastawienie kontrahentów diametralnie się zmienia, kiedy przekroczymy cienką granice między dumą z własnych osiągnięć a często złudnym i aroganckim przekonaniem, że jesteśmy nieomylni, nasze prace są najlepsze na świecie, a zleceniodawca powinien w zasadzie czuć się zaszczycony, że zgodziliśmy się dla niego pracować. Ta drobna różnica, kiedy klient stwierdza, że zbyt wysoko cenimy swoje kompetencje, jest momentem przełomowym. Kontrahent czuje się oszukiwany, a to podważa naszą wiarygodność, nie mówiąc już o tym, że nikt nie lubi pracować z zadufanymi w sobie bubkami, którzy nie przyjmują najlżejszej krytyki.

Zdjęcie pochodzi z flickr

2. No, ale za te poprawki to muszę doliczyć ekstra czyli Chciwość

Cóż złego w tym, że lubimy pieniądze? Nic, oczywiście, o ile pieniądze nie przesłaniają nam wszystkiego innego. Pamiętajmy, że nasze interesy w tej materii, diametralnie różnią się od priorytetów klienta, który potrzebuje dobrej jakości usługi za możliwie niską cenę. Czasem w związku z tym naprawdę dobrze jest udzielić „rabaciku” (np.: 3%) i zrezygnować z kilku czy kilkudziesięciu złotych, co da klientowi poczucie, że jest dla nas ważny, a poza tym – jak każdy rabatowy program lojalnościowy – bardziej go do nas przywiąże. Jednym słowem rabat dziś, może przynieść nam nowe zlecenie jutro. Co oczywiście wcale nie znaczy, że mamy dać się wykorzystywać i pracować za półdarmo.

3. To pewnie oni skopiowali ode mnie czyli Nieczystość zagrań

Czy istnieje coś takiego, jak etyka zawodu freelancera? Jakiś czas temu podjęte zostały próby stworzenia kodeksu freelancera, jednak inicjatywa ta ciągle jeszcze jest mało znana. Generalnie zasady są proste i zbieżne ze starym ludowym porzekadłem, które mówi: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Chodzi więc po prostu o to, aby postępować uczciwie (co tyczy się także naszych kolegów po fachu i niedopuszczalności plagiatu) i tego samego oczekiwać od drugiej strony. Niby jest to bajecznie proste, ale wiele osób ma z tym problemy.

4. Widziałeś, co on za obciachy ma w portfolio czyli Zazdrość

Poczucie współzawodnictwa mobilizuje, ale chorobliwa zazdrość może paraliżować jakiekolwiek poczynania. Jeśli więc większość czasu przeglądasz oferty konkurencji, śledzisz blogi i tropisz nowości w portfolio, nie zostaje Ci chyba zbyt wiele godzin na pracę. To dobrze wiedzieć, co w trawie piszczy, ale nie może to stać się Twoją obsesją, bo chorobliwa zazdrość i ciągłe porównywanie się z innymi rodzi frustrację i jest w związku z tym uczuciem szalenie destrukcyjnym.

Formą zazdrości jest też szkalowanie konkurentów na forach internetowych, korzystając z anonimowości. Takie wzajemne podgryzanie się bardzo źle wpływa na środowisko freelancerów i opinie na jego temat.

5. Dobrze, na kiedy czyli Nieumiarkowanie

Doba ma tylko 24 godziny. Jeżeli weźmiemy sobie na głowę więcej zleceń, niż jesteśmy w stanie przerobić, to nie dość, że odbije się to na naszym zdrowiu, to jeszcze zepsujemy sobie reputację. Nie zdążymy zrobić więcej, niż to możliwe. To typowy grzech młodych freelancerów, choć oczywiście bardziej doświadczeni też czasem go popełniają. Przyznajmy, że nie zawsze udaje nam się mierzyć siły na zamiary.

6. Co za debil czyli Gniew

Możemy się gniewać na kumpli, możemy być źli na siebie, ale nie wolno nam tego robić w pracy. To nieprofesjonalne.
Jako freelancerzy jesteśmy niemal stale wystawieni na próbę. Przez kontrahentów, którzy nie zawsze chcą płacić w terminie, przez podwykonawców, nie potrafiących sprostać wymaganiom, mimo że zapowiadali że wszystko będzie gotowe na czas. Nie trudno stracić do nich wszystkich cierpliwość. Jednak na gruncie zawodowym musisz zachować zimną krew. A na irytujących współpracowników co najwyżej ponarzekać w gronie przyjaciół.

7. Dzisiaj już mi się nie opłaca do tego siadać czyli Lenistwo

Wiele osób ceni sobie w zawodzie freelancera nienormowany czas pracy i świadomość, że pewne rzeczy można zrobić wtedy, kiedy samemu wybierze się na to czas. Oczywiście łatwo w ten sposób wpaść w pułapkę wiecznego spychania roboty na później. Efekt to zawalenie terminu lub oddanie delikatnie mówiąc niedopracowanego projektu, a czasem zwykłego chłamu. Poza tym w ten sposób raczej nie uda nam się w ciągu miesiąca zarobić na wszystkie rachunki. Dlatego warto najpierw skończyć zlecenie, a dopiero potem oddawać się słodkiemu lenistwu.

Kim NIE jest freelancer

Zdarzyło Wam się na pewno zderzyć z błędnym wyobrażeniem o naszym zawodzie. Klienci, znajomi, rodzina nie wiedzieć czemu pielęgnują jakieś utarte przekonania o tym, kim jesteście i czego można od Was oczekiwać, a Wy musicie wyprowadzać ich z błędu i udowadniać, że wcale nie jesteście już nie tyle wielbłądem, co ostatnim łosiem. Jeszcze gorzej, jeżeli takie myślenie udzieli się nam samym i zaczniemy usilnie się zastanawiać, co my robimy ze swoim życiem. Dlatego w sześciu prostych punktach o tym, kim freelancer na pewno NIE jest!

zdjęcie pochodzi z flickr.com

1. Bezrobotnym

Mamy pracę. Nasza praca to nasze zlecenia. To, że nie mamy szefa, na którego możemy narzekać, nie mamy sztywnych godzin pracy i nie tracimy kilku godzin dziennie w korkach ulicznych, żeby dojechać do biura – to wszystko NIE znaczy, że jesteśmy gorszą kategorią pracowników. Jeśli już, to mamy nawet lepiej.

2. Człowiekiem, który ma za dużo czasu

Klient nierzadko zakłada, że jesteśmy ostatnimi leniami, którzy czasu mają aż nadmiar i nie marzą o niczym innym, jak tylko o tym, aby spędzić go nad jego zleceniem. Musimy nauczyć się cenić swój czas – ponieważ nasze główne zasoby to właśnie nasz czas i umiejętności. Kiedy tylko możesz, uświadamiaj klientom, że twój czas jest cenny i, że masz też inne zlecenia i obowiązki.

3. Człowiekiem, który zrobi najtaniej

Owszem, mamy mniejsze koszty prowadzenia działalności, więc posiadamy konkurencyjne ceny. Ale to prowadzi do absurdalnych sytuacji, gdy czasem proponując rozsądną stawkę, słyszymy: „Czemu tak drogo?”. Jednak nadmiernie obniżając ceny, psujemy rynek. Dlatego róbmy rzetelne wyceny i uzasadniajmy klientom, czemu nasza praca tyle właśnie kosztuje.

4. Człowiekiem, który zrobi gorzej

Nie ma chyba bardziej irytującego przekonania, często panującego wśród potencjalnych zleceniodawców. Jak każdy miewamy gorsze dni albo chwilowy brak weny, ale generalnie zawsze chcemy wykonać dobrą robotę. Mamy wiedzę i talent. Pracujemy na swoją markę… i na swoje wakacje na Karaibach. Bywa jednak i tak, że to nam zależy na dobrym wykonaniu bardziej, niż klientowi, który chce po prostu szybko zamknąć sprawę.

5. Wszechwiedzącym

Stąd chyba te wszystkie zlecenia, które klienci streszczają w jednym zdaniu: „Potrzebne teksty na stronę, branża budowlana.” Zleceniodawcy mają dziwne przekonanie, że reszty się domyślimy albo potrzebne informacje znajdziemy sami. Być może liczą też, że doznamy boskiego oświecenia lub połączymy się z nimi telepatycznie. Do dobrze wykonanego zlecenia potrzebujemy szczegółów, potrzebujemy materiałów, potrzebujemy konkretów. Więc nie bójmy się ich żądać.

6. Oszustem

Czy też tak macie, że czujecie wewnętrzną odrazę, gdy klient pyta: „A jaką mam gwarancję?” Od tego są umowy, referencje i portfolia, no i wreszcie zwykła ludzka przyzwoitość, żeby nie trzeba było na każdym kroku udowadniać, że nie jesteśmy ostatnim łajzą i złodziejem. Owszem, w każdym koszyku zdarza się zepsuty owoc, ale tak jest po obu stronach barykady. Wszyscy mamy przecież przynajmniej jedną historię o nieuczciwym kliencie. Wniosek? Szanujmy się, zakładajmy, że jesteśmy uczciwymi ludźmi i piętnujmy naciągaczy.

Freelancer NIE jest jeszcze wieloma innymi osobami.

Na pewno JEST za to przynajmniej jednym: niezależnym specjalistą w swojej dziedzinie. I na taki wizerunek naszego fachu pracujmy.

 

Jak sprawić, żeby Google Cię pokochał

Nie mając etatu i stałej wypłaty, freelancerzy zależą od „dobrej woli klientów” i ich skłonności do objawienia się ze zleceniem akurat wtedy, gdy coraz bardziej straszy nas widmo kanapek z margaryną. Jednak, jak dobrze wiemy, poszukiwanie zleceń wcale prostym zadaniem nie jest, ponieważ wszędzie w sieci czai się nasza konkurencja, gotowa rzucić się na ofertę zlecenia niczym wygłodniałe sępy. Poza tym aktywne szukanie klientów wiąże się ze sporymi nakładami czasu i wysiłku, najgorsze jest poza tym to, że wtedy nie możemy pracować, ponieważ zwyczajnie się nie rozdwoimy. Jak temu zaradzić? Zagonić do roboty wujka Googla.

pozycjonowanie dla freelancera

1. 400 mln wyszukiwań dziennie

A do tego są to dane sprzed pięciu lat. Jak te statystyki przedstawiają się dzisiaj, możemy sobie tylko wyobrażać. Poza tym chyba sami po sobie widzicie, że Google zawładnął naszym życiem i bez niego czulibyśmy się już jak bez ręki. Dlatego jako freelancer/ka musisz być obecny/a w Googlu ze swoim portfolio. Tym bardziej, że zgłaszanie mapy twojej strony do wyszukiwarki trwa chwilkę, a pierwsze efekty możemy obserwować nawet po tygodniu.

2. Pozycjonowanie przez pisanie

Zlecenie pozycjonowania twojej witryny z portfolio może nie być tanie (chyba że jesteś właśnie freelancerempozycjonerem), ale możesz także sam/a zadbać o to, aby poprawić twoje wyniki wyszukiwania w Google, Bardzo wiele dają regularne i ciekawe z punktu widzenia użytkownika wpisy na stronę, które pomagają w indeksowaniu się witryny na wyższych pozycjach. Idealnie nadaje się do tego dział aktualności, gdzie możesz informować potencjalnych klientów o tym, nad czym teraz pracujesz.

3. Kilka porad jak dostać bana od Googla

Polityka wyszukiwarki Google jest bardzo klarowna, jeśli chodzi o zwodzenie internautów oraz robotów wyszukiwania niewłaściwym manipulowaniem kodem na stronie. Niedopuszczalne jest na przykład wstawianie na witrynę tekstów w nagłówkach, które mają ten sam kolor co tło, a więc teoretycznie są „niewidoczne” dla użytkownika, natomiast „przywabiają” roboty. Tego rodzaju działanie może zaowocować zablokowaniem strony. A raz stracone zaufanie wujka Googla niełatwo jest odzyskać. Podobnie z ostrożnością należy podchodzić do katalogowania swojej witryny na potęgę oraz systemów wymiany linków (linki do stron pornograficznych raczej nie przysporzą nam popularności w wyszukiwarce).

4. Wiele zależy od technologii wykonania strony

Wprawdzie flashowe menu oraz ruchome elementy na stronie z portfolio freelancera na pewno robi dobre wrażenie na potencjalnych zleceniodawcach, nie zawsze jednak jest najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia wysokiej pozycji w wyszukiwarce. Znacznie lepiej Google indeksuje proste strony w HTML-u, co oczywiście nie znaczy, że mamy powrócić do designu stron www rodem z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Budując stronę lub zlecając wykonanie portfolio, warto zatem połączyć wartość dla klienta z użytecznością dla wyszukiwarki Google.

5. Poławiacze linków

Jeśli na swojej stronie oprócz swojego freelancerskiego portfolio pokażesz także coś ciekawego – swoje inne prace, podzielisz się z użytkownikami swoją filozofią życiową albo, co jeszcze cenniejsze, wiedzą, jest szansa, że zdobędziesz w ten sposób jakże cenny link do swojej strony. Liczy się tu na pewno oryginalność, niebanalne podejście do spraw zawodowych oraz wartościowe wpisy. Nie bój się także linkować do innych. Oni też na pewno sprawdzają swoje statystyki strony i być może odwdzięczą Ci się odsyłaczem zwrotnym do twojego internetowego poletka.

 

Zostać freelancerem i nie umrzeć z głodu

1. Skarpeta na chude miesiące

Zanim porzucisz cieplutką posadkę w agencji, lepiej dobrze się przygotować na początkowy trudny okres, kiedy może panować pewna posucha w zleceniach, a stałe opłaty trzeba będzie regulować na czas. Być może udało Ci się już wyrobić markę i zdobyć grono stałych klientów nawet pomimo pracy na etacie (pamiętaj tylko, że pracując prawie na okrągło, długo tak nie pociągniesz), ale wtedy i tak przyda Ci się finansowy zapas na czarną godzinę. Jednym słowem do freelancingu dobrze jest się finansowo przygotować.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

2. Naucz się oszczędzać

Niestety pracując jako freelancer, nigdy nie wiesz, kiedy będzie następna „wypłata” oraz ile tym razem dostaniesz. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się nie wydawać wszystkiego od razu i dobrze przemyśleć większe wydatki. Inwestycje w sprzęt, na którym pracujesz oraz w szkolenia są potrzebne, ale warto je dobrze zaplanować, aby nie obciążyć nimi zanadto domowego budżetu. Najlepiej po prostu zrealizować te wydatki za zaoszczędzone pieniądze.

3. Poszukaj alternatywnych źródeł dochodu

Mowa tutaj na przykład o tak zwanym dochodzie pasywnym. Jeśli posiadasz stronę internetową lub prowadzisz bloga, możesz pomyśleć o wstawieniu tam wszelkich możliwych reklam (np.: AdSense, AdTaily czy AdKontekst itp.) oraz programów partnerskich. Początki bywają trudne, a kwota zarobków mocno deprymująca (0,03 eurocenta za 3 kliki raz na kilka dni), ale przy dobrze prowadzonej stronie, regularnych wpisach i ciekawej treści zarobki mogą być z czasem sporo większe. W każdym razie tak twierdzą operatorzy tego rodzaju systemów reklamowych i partnerskich…

4. Szukaj klientów na przyszłość

Gdy w danym momencie nie masz zleceń, nie panikuj! Postaraj się ten czas wykorzystać jak najlepiej, przede wszystkim na poszukiwanie nowych klientów. Nie zaszkodzi więc zostawić swoją ofertę na wszystkich możliwych portalach z ogłoszeniami, założyć sobie profil w serwisach, gdzie można wrzucać swoje portfolio, przejrzeć portale ze zleceniami dla freelancerów, ale także serwisy społecznościowe dla profesjonalistów jak na przykład GoldenLine. I wreszcie warto też po prostu podzwonić po firmach, które mogłyby być potencjalnie zainteresowane naszymi usługami i przedstawić im swoją ofertę.

5. Znajdź czas na jedzenie

No tak, nasz tytuł możemy też wziąć bardzo dosłownie. Kiedy roboty huk, czasami zwyczajnie zapominamy o jedzeniu, bo gonią nas terminy, a my nie wiem, w co ręce włożyć. Stop! To bardzo niezdrowe dla naszego żołądka, nie mówiąc już o tym, że w ten sposób (rzucanie się na zamówioną dla oszczędności czasu pizzę po okresie dłuższego niejedzenia) najłatwiej o problemy z otyłością, a także układem krążenia. W ekstremalnych przypadkach przepracowanie może naprawdę doprowadzić do skrajnego wycieńczenia organizmu a nawet zgonu (patrz karoshi). Dlatego rób regularne przerwy na odpoczynek oraz zdrowy posiłek, dzięki czemu ponadto będzie Ci się lepiej pracowało.

 

SEO Copywriting: blaski i cienie

Szukasz zajęcia nudnego, niskopłatnego, duszącego Twój wschodzący potencjał? Zapraszam, SEO Copywriting czeka.

Ogłoszenia od zleceniodawców zaczynające się od słów „500 tekstów na wczoraj” omijam szerokim łukiem. Jeżeli zajmujesz się wykonywaniem tego typu zleceń to doskonale wiesz o czym mówię. Pisanie precelków nie jest zajęciem ciekawym i rozwijającym, jest to jednak często jedyna droga dla początkujących pismaków, chcących zarabiać lepsze pieniądze z tytułu swoich umiejętności. Tak samo jak nie każdy mimo posiadanego prawa jazdy jest dobrym kierowcą, tak umiejętność pisania nie gwarantuje, że będziesz w stanie napisać bez wysiłku interesujący artykuł. Co innego precle: tutaj poradzi sobie każdy, kto w miarę poprawnie układa zdania (ortografią zajmie się MS Word;).

Zdjęcie pochodzi z flickr.com

Podobno chodzą słuchy, że ktoś kiedyś zapłacił 1,50 za tysiąc znaków tekstu precla. Niestety, w większości przypadków stawki te oscylują wokół 1 zł per jeden tekst, co jest zdecydowanie najniższą stawką w całej historii pisania zarobkowego. Zaczynając pracę z tekstami typu pre sell, musisz sobie zdawać sprawę, do czego one służą.

  1. Nikt, za wyjątkiem Ciebie, no i może zleceniodawcy, ich nie przeczyta.
  2. Nikt nie będzie weryfikował ich wiarygodności.

Pamiętaj, że zleceniodawca zamawiając tekst nie oczekuje jakości. Jedynym jej wyznacznikami są poprawność ortograficzna, poprawność stylistyczna i odpowiednie nasycenie słowami kluczowymi. Nie znaczy to, że możesz pisać głupoty typu:

„ … nad wodospadem wypoczywa sobie silnik wysokoprężny, grzejąc się z rodziną w promieniach słońca …”

Staraj się, by temat precla był luźno powiązany ze słowami kluczowymi. Zdziwisz się ile można rzeczy napisać o silniku wysokoprężnym, nie wiedząc nawet jak jest on zbudowany. W moim przypadku, kiedy zaczynałem pracę z preclami, dużo czasu oszczędzało mi wcześniejsze przygotowanie sobie tematów. Na kartce spisywałem zagadnienia, które na początku wymyślałem, po czym pisząc odhaczałem każdą pozycję. Ważna uwaga: pisząc o np. budowie naszego silnika możesz robić to „n” razy, pod warunkiem, że będziesz dobierał inne układy słów. Efekt: 5 tekstów o tym samym, ale gramatycznie całkowicie różne.

Dla pracodawcy liczy się także wydajność. Nie zakładaj sobie kajdan i nie deklaruj terminów, których dotrzymanie będzie wymagało instalacji implantów dwóch dodatkowych rąk.

W miarę możliwości – uciekaj z tego okrętu;)

(MAG)

 

Pracodawca, czyli zatrudniamy

Jeżeli jesteś freelancerem z sukcesami, kiedyś może przyjść dla Ciebie taki dzień, gdy doba powinna mieć właściwie 48 godzin, aby móc przerobić te wszystkie zlecenia albo chociaż na czas odpowiedzieć na kolejne maile (tłumacząc, że jesteś zabukowany na 3 miesiące naprzód). Jak wiadomo, jest to fizycznie niemożliwe, a nasze moce przerobowe też mają pewne granice, tym bardziej, że musimy przecież jeszcze czasem odpocząć. Rozwiązanie? Poszukać podwykonawców. Jednak zlecenie naszej pracy na zewnątrz wcale nie jest takie proste, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Jak zatem dobrze wybrać podwykonawcę, aby nie stracić klienta ani pieniędzy? Jak to wszystko zorganizować? Jak się zabezpieczyć przed ewentualnym ryzykiem?

 

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Kiedy podzlecać?

Jeśli nie pamiętasz już, kiedy ostatnio sam/a z siebie szukałeś/aś zleceń i pracujesz w zasadzie na okrągło, nie mając szans na wolny weekend – czas pomyśleć o zmianie organizacji pracy. Po prostu nie dasz rady zrobić wszystkiego sam/a. A poza tym przy dużym zmęczeniu znacznie łatwiej o jakiś błąd. Pół biedy jeśli jest on błahy, znacznie gorzej, gdy oznacza on konieczność gruntownego przerobienia projektu, czyli czasu, którego u Ciebie akurat jak na lekarstwo.

Freelancer outsourcerem

Warto zacząć od tego, aby zatrudnić profesjonalne biuro księgowe, windykacją niech zajmuje się wyspecjalizowana agencja, a przesyłki powinien odbierać od Ciebie i przywozić Ci kurier. Dobrym pomysłem jest również zlecenie komuś innemu wykonanie tego, w czym nie czujemy się zbyt mocni (niektórym klientom wszak się nie odmawia) albo czego nie przepadamy robić. Dzięki temu jest szansa, że klient dzięki temu otrzyma nawet lepszą usługę i wtedy konieczność podzielenia się wynagrodzeniem z kimś innym może być dobrą inwestycją na przyszłość.

Jak wybierać podwykonawcę?

Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że klient, powierzając Ci do wykonania dane zlecenie, obdarza Cię zaufaniem, którego nie możesz zawieść, jeśli chcesz mieć jeszcze szansę z nim współpracować. Dlatego reprezentujący twoją markę podwykonawca musi gwarantować ten sam lub nawet wyższy poziom jakości. Niestety przy zleceniu danego zadania na zewnątrz nieuniknione jest, że na pewien czas stracimy nad jego wykonaniem kontrolę. Dlatego ważne jest, aby wybrać osobę, która zapewni odpowiednią jakość, staranność i terminowość realizacji danej usługi. Optymalnie jest też pracować zawsze z tą samą grupą sprawdzonych osób. Warto też przyjrzeć się najpierw ich portfolio – być może uda nam się znaleźć osobę, która oferuje prace w podobnym stylu do nas, dzięki temu zadbamy o większą spójność.

W takiej sytuacji ponadto często kusi zatrudnienie do pomocy rodziny lub znajomych, których teoretycznie łatwiej nadzorować. Może się to sprawdzić, jeśli po pierwsze twoi znajomi mają odpowiednie kwalifikacje, a po drugie, gdy jesteście w stanie oddzielić strefę prywatną od zawodowej i jednoznacznie wyznaczyć zadania do wykonania. To TY jesteś tu pracodawcą i to TY wymagasz prawidłowego wykonania zlecenia. Jeżeli to niemożliwe, musisz umieć wyciągnąć odpowiednie konsekwencje.

Bardzo ważne jest także, aby w miarę możliwości (o ile nie jest to akurat środek nocy) jasno przedstawićsytuację naszym zleceniodawcom. Mają oni prawo wiedzieć, że za realizację ich zlecenia będzie odpowiedzialny „twój zespół”. Być może będą wtedy chcieli podpisać z Tobą umowę o zaufaniu poufności.

Jak to wszystko zorganizować?

Jeśli pracujesz tylko z kilkoma osobami, raczej nie będziesz mieć problemu z koordynacją prac. No chyba, że twój zespół rozrósł się do rozmiarów agencji interaktywnej, wtedy szefowanie projektowi w pojedynkę może być znacznie trudniejsze. Co gorsza możesz nie pamiętać, co komu zleciłeś/aś i na kiedy ma to być wykonane. W takich przypadkach dobrym rozwiązaniem mogą być portale do organizacji pracy grupowej (www.basecamphq.com, www.zoho.com). Najważniejsze jest takie ustalenie terminu z podwykonawcą, abyśmy otrzymali wykonaną pracę przed terminem oddania projektu. Przed oddaniem należy koniecznie wszystko sprawdzić, chyba że bezgranicznie ufamy naszemu podwykonawcy.

Jak się zabezpieczyć przed stratami finansowymi?

Aby zminimalizować ryzyko problemów, podstawa to w pierwszej kolejności umowa z klientem a w drugiej umowa z podwykonawcą. Termin płatności dla naszego podwykonawcy powinien być  przynajmniej o tydzień dłuższy niż termin płatności od naszego zleceniodawcy, abyśmy mieli kilka dni w zapasie. Niestety czasem może zdarzyć się tak, że nasz klient ma małe opóźnienie, a wtedy unikniemy problemów z zachowaniem płynności finansowej. Najlepszym sposobem na rozliczenia jest faktura VAT, jeżeli prowadzimy działalność gospodarczą lub umowa o dzieło, jeżeli firmy nie mamy. Jako osoba fizyczna możesz bez problemu podpisywać umowy o dzieło z drugą osobą fizyczną (wtedy podatek odprowadza zleceniobiorca, ale dopiero w rozliczeniu rocznym).

Delegowanie obowiązków jest trudna sztuką, ale warto się jej nauczyć. Dzięki temu, że część prac zlecimy na zewnątrz, będziemy bardziej wydajni i będziemy mogli obsłużyć większą ilość klientów. Z czasem, gdy dorobimy się zaufanych współpracowników, nasza organizacja będzie działać jeszcze sprawniej, co powinno też zaowocować wzrostem dochodów. Jedną z najważniejszych zasad biznesu jest „najlepiej zarabia się na pracy innych”.

Promocja, czyli Freelancer bez pracy

Freelancer pełną gębą raczej nie ma żadnych innych dochodów poza wynagrodzeniem ze zleceń (czyt. odsetki z kapitału, choć chyba wszyscy do tego dążymy, pensja z etatu, kieszonkowe od rodziców etc.). Jeżeli więc przez jakiś czas nie mamy nowych zleceń, może nam się w głowie zapalić czerwona lampka. O Boże, Boże, z czego ja zapłacę rachunki!!!! AAAAA!!!!!! Tak, tak. Czasem nie jest z tym łatwo, zwłaszcza na początku samodzielnej pracy w domu. Niestety nie wszyscy mają nerwy ze stali i bywa, że panika przysłania nam racjonalną ocenę sytuacji. Do czego to prowadzi?
nie martw się
zdjęcie pochodzi z flickr.com

Powiedzmy, że masz kilka zapytań, ale nic z tego nie wynika. Myślisz sobie: „Jestem za drogi.” W tej sytuacji prawdopodobnie duża część z nas zacznie obniżać ceny oraz rzucać się na portale ze zleceniami, oferując śmiesznie małe stawki, aby tylko wygrać jakiekolwiek zlecenie i mieć jakąś pracę, która odwróci „złą passę”. Jednak obniżanie cen podczas braku zleceń nie zawsze jest dobrym pomysłem. Doświadczenia freelancerów z długim stażem pokazują, że zlecenia przychodzą sezonowo i najczęściej stadami (czyli albo zbijasz bąki, albo przez kilka dni śpisz po 3-4 godziny). Nierzadko skorelowane z okresami ferii zimowych, wakacyjnych urlopów i gwałtownego zamykania budżetu w listopadzie-grudniu. Na początku może być naprawdę trudno wytrzymać tę presję, a przede wszystkim brak kasy, ale po jakimś czasie zaczynamy uświadamiać sobie, że zlecenia jednak przychodzą (pod warunkiem wszakże, że po twojej stronie nic się nie zmieniło i jakość pracy jest nadal bez zarzutu). Lepiej też radzimy sobie z robieniem zapasów na chudsze miesiące. Jeśli mimo wszystko nie wytrzymujesz psychicznie, być może czas poszukać etatu…

Oto kilka porad pomocnych podczas „chudego” okresu:

  1. Nie panikuj: jeżeli zawsze oddajesz najlepszy produkt (usługę) klienci wrócą, a jeszcze przyprowadzą nowych.
  2. Obniżanie cen ma sens, ale tylko w rozsądnych granicach (5-10%) i dla klientów perspektywicznych. Tnąc cenę w przypływie rozpaczy o połowę wysyłamy sygnał, że jesteśmy zdesperowani i weźmiemy wszystko za obojętnie jaką cenę. Błąd ten popełniają zwykle freelancerzy z krótkim stażem, co stawia ich od razu na pozycji słabszego, na którym można wymóc kolejne ustępstwa.
  3. Siedzenie i nic nie robienie jeszcze nikomu nie pomogło. Nawet gdy nic nie masz niczego do zrobienia dla klientów (czyt. za czyjeś pieniądze), pracuj nad swoim blogiem, zrób coś jako wolontariusz, poszukaj jakiegoś ciekawego szkolenia (optymalnie za friko) itp. Generalnie zasada jest taka, żeby pracować, aby nie wypaść z drygu, a przy okazji wzbogacić portfolio lub nauczyć się czegoś nowego.
  4. W okresach kiedy masz zlecenia, odkładaj (a przynajmniej staraj się odkładać) część zarobków na czas, kiedy pracy nie masz. Idealnie byłoby mieć odłożoną kasę na kilka miesięcy życia, ale, jak dobrze wiemy, wcale nie jest to takie łatwe, zwłaszcza na początku. Jeżeli uda nam się odłożyć choć na miesiąc życia bez zleceń, to już jest to spory sukces.
  5. Szukaj zleceń. Portale ze zleceniami (ale pamiętaj o tym, żeby cenić swój czas i wiedzę), kontakty z firmami, dawni klienci, do których możesz napisać proponując im jakiś nowy pomysł – a nuż chwyci i od razu będziesz mieć co robić. Pracuj jako handlowiec sprzedający swój potencjał i wolne moce przerobowe. Nie zrażaj się niepowodzeniami, zostawiona oferta, nawet jeżeli w danej chwili nie skończy się zleceniem, jest reklamą, która może w przyszłości przynieść zyski.

Najważniejszy jest spokój (oraz oczywiście Polska). Jeżeli ulegniemy panice, rzucając się na słabo płatne i niezwykle upierdliwe zlecenia, zbierzemy wprawdzie najprawdopodobniej dużo zamówień, ale za sporo niższe stawki. Oznacza to, że będziemy pracować przynajmniej dwa razy dłużej, aby utrzymać nasz stały poziom dochodów, a w rezultacie nie będziemy mieli czasu na naszych stałych klientów, płacących więcej (a że wkrótce przyjdą, to więcej niż pewne). W najgorszym przypadku stali klienci odejdą zniecierpliwieni czekaniem, a zostaną nam tylko klienci płacący połowę, którym czas oczekiwania na nasze dzieło osładza kwota na umowie/fakturze. Z kolei, gdy podwyższymy cenę, znakomita większość z nich także odwróci się na pięcie, czyli całą zabawę ze zdobywaniem klientów możemy zacząć od początku.

A zatem ostatnia rada: najwyższa jakość naszych usług i dotrzymywanie terminów zawsze zapewni nam przypływ gotówki. Czasami trzeba tylko trochę zaczekać.

Portale ze zleceniami

Freelancer, jeżeli nie ma ugruntowanej opinii i kilkunastu stałych klientów, zbyt często cierpi na brak pracy. Jak pozyskać nowych klientów i zacząć jakiś projekt? Możemy oczywiście dzwonić, wysyłać maile, faksy, listy, ulotki itp. To zwykle działa, ale należy na to poświęcić czas i czasem też pieniądze, a najczęściej okazuje się, że źle stargetowaliśmy swoją kampanię i cała para idzie w gwizdek. Na szczęście powstały specjalne portale ze zleceniami, gdzie nasi przyszli klienci sami ogłaszają swoje potrzeby – wystarczy tylko wygrać aukcję. Dziś przedstawiamy kilka portali, gdzie możemy spróbować coś wygrać.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Zlecenia.przez.net

Niekwestionowany lider wśród portali ze zleceniami, powstał około 7 lat temu i od tamtego czasu zdążył się już trochę zestarzeć. Chyba każdy z nas ma tam konto. Ale od pewnego czasu portal ten opanowali „freelancerzy” na utrzymaniu rodziców, czyli praca wykonana po cenach dumpingowych, byle tylko wygrać aukcję, najprawdopodobniej pracujący na pirackich programach (np.: PhotoShop). Portal sam w sobie nie jest zły, od czasu do czasu zdarzają się poważne aukcje. I w takich aukcjach warto startować. Całą resztę możemy sobie darować. Zwłaszcza, że większość z aukcji wystawiają zleceniodawcy, którzy liczą, że dostana rozbudowany system CMS, napisany od podstaw, z dożywotnią gwarancją za 100 zł lub całą identyfikację wizualną za 25 zł. Niemniej jednak zlecenia.przez.net dają nam codziennie kilkadziesiąt możliwości zarobku, możemy go nie lubić, ale trzeba z nim żyć. Zlecenia.przez.net mają też inną niewątpliwie bardzo istotną zaletę – są praktycznie bezpłatne.

Freelancity.pl

Nowy portal w fazie beta. Ruszył w listopadzie 2010, prowadzony jest przez agencję rekrutacyjną z Gliwic. Możemy zakładać, że na bazie swojego doświadczenia agencja ta może ściągnąć do portalu poważniejszych zleceniodawców. Wprowadzenie opłat za korzystanie z serwisu może, ale nie musi spowodować, że będą tam wystawiane zlecenia od zleceniodawców liczących na poważnych freelancerów. 400 zł rocznie za konto Profi to nie dużo, jeżeli tylko będziemy mogli przynajmniej raz w miesiącu wygrać jedno zlecenie za 500 zł. Rejestrując się w portalu, musimy być przygotowani na uiszczenie opłaty weryfikacyjnej w wysokości 2 zł, bez weryfikacji nie będziemy mogli brać udziału w licytacji. W serwisie są dwa typy kont Basic i Profi. Basic to konto z ograniczeniami do 5 licytacji miesięcznie, a w przypadku gdy wystawiamy zlecenie płacimy 4% wartości projektu w przypadku wyłonienia zwycięzcy aukcji, ale minimalna opłata to 25 zł. Czyli po ludzku, jeżeli kwota zlecenia to mniej niż 625 zł to i tak płacimy 25 zł. Jednym słowem nie opłaca się nam wystawiać małych aukcji. W przypadku konta Profi, nie ma takich opłat i nie mamy limitu zleceń, ale to kosztuje nas od 120 zł za kwartał, poprzez 220 zł za pół roku do 400 zł za cały rok. Czy taki system się sprawdzi, nie wiemy. Czy zleceniodawcy mający możliwość bezpłatnego wystawiania zleceń na innych portalach będą chcieli zlecać właśnie tu – póki co także trudno stwierdzić, choć zaczynają pojawiać się pierwsze zlecenia. Wszystko zależy do nas. Jeżeli na tym portalu będą odpowiednie osoby, pracujące za normalne stawki i gwarantujące, że zlecenia będą wykonane należycie, to prawdopodobnie portal ma szansę na sukces. No nic. Pożyjemy zobaczymy. Jak na razie tylko 4 zlecenia, z czego jedno od właściciela portalu. Wietrzymy tu podpuchę, aby więcej osób się zweryfikowało, ale jest to tylko nasze skromne zdanie.

Studlancer.pl

Zważywszy na to, że twórcy portalu zbezcześcili Wikipedię, nie jest on naszym faworytem. Ale zrecenzować go trzeba. Portal należy do firmy GRM Media, która prowadzi również biuro matrymonialne i portal z częściami zamiennymi do samochodów. Zamieszczenie ogłoszenia kosztuje tu 5 zł. Generalnie wszystkie usługi dodatkowe kosztują 5 zł. Weryfikacja konta to też koszt 5 zł. Portal studlancer.pl sponsoruje moneta 5 zł. Portal ten nie wnosi niczego nowego, no może poza nowym oldschoolowym wyglądem. Kolejny klon zleceń.prze.net. Zleceń na dziś 40, w tym „mycie okien” (zero zgłoszeń) i „wymiana klocków hamulcowych” (zero zgłoszeń). Próba przebicia Oferii, ale raczej nieudana. Naszym zdaniem portal nie przetrwa zbyt długo.

Oferia.pl

Portal właściciela allegro, lidera w branży aukcji internetowych. Możemy tu zalogować się za pomocą naszego loginu i hasła z allegro. Dzięki temu, że portal jest połączony z allegro.pl, możemy tu pozyskać dużą ilości zleceń, jeżeli pracujemy w branży budowlanej (2053 ogłoszenia na dziś). Ale drugim co do ilości ogłoszeń działem jest Informatyka (680 ogłoszeń na dziś). Oferia to drugie po zleceniach.przez.net miejsce, gdzie naprawdę możemy szukać zleceniodawców. Oczywiście zdarzają się kwiatki, ale zdecydowanie mniej niż na ZPN. Zamieszczanie ogłoszeń jest darmowe, dodatkowe opcje są oczywiście płatne, ale niezbyt dużo. Jeżeli oferia.pl zacznie dbać o jakość zleceń i zleceniobiorców, może być poważnym konkurentem ZPN. Ale niestety na polskim rynku freelancerów nadal króluje jak najniższa cena.

Freelancer.com

Zagraniczny lider. Dużo zleceń, często za wyższe pieniądze, ale nie zawsze. Serwisy zagraniczne ze względu na globalizację są dostępne dla mieszkańców min. Pakistanu, Indii, Wietnamu itp. gdzie można dostatnio żyć za 2 dolary dziennie. Więc na początku może być trudno się przebić, ale jeżeli twoje portfolio się spodoba, to możesz pracować za dużo wyższe stawki niż w Polsce. Dla dużej części zagranicznych zleceniodawców (z Europy Zachodniej i USA), cena nie jest tak istotna jak Twoje umiejętności i doświadczenie. Założenie konta i zgłaszanie się do aukcji są bezpłatne, w przypadku gdy wygramy daną aukcję, i zleceniodawca nam zapłaci, płacimy prowizję 10%, od wartości zlecenia, minimum $5. Jeżeli zdecydujemy się na konto Gold wówczas opłata miesięczna wynosi $24,95 miesięcznie, ale wówczas prowizja za wygrane zlecenie wynosi tylko 3%. Duża liczba zleceń i wyższe stawki (na ogół) sprawiają że portal freelancer.com jest portalem wartym uwagi. Dodatkowo portal ten często organizuje różne konkursy, w których możemy wziąć udział, w tej chwili do wygrania jest $25 000.

Elance.com

Drugi zagraniczny portal ze zleceniami, na który należy zajrzeć. Podstawowe konto jest bezpłatne, płacimy prowizję w przypadku wygrania aukcji (od 6.75% – 8.75% wartości naszej oferty), ale w miesiącu możemy złożyć tylko 10 ofert. Za 10 dolarów miesięcznie możemy złożyć do 25 ofert i zgłaszać się w większej ilości kategorii. Aby móc zgłosić się do aukcji po rejestracji, należy zaliczyć test i poddać się weryfikacji telefonicznej. Dodatkowo często zdarza się, że aukcje dostępne są tylko dla „płacących” freelancerów.

Getak.pl

Nowy portal, debiutujący w październiku zeszłego roku, na razie bez zleceń. Dwa rodzaje kont darmowe i płatne (50 zł miesięcznie). Zamieszczanie zleceń i ofert bezpłatne. W darmowym koncie możemy zmieścić do 10 ofert miesięcznie.

Globtra.com

Portal dla tłumaczy. Jeżeli jesteś tłumaczem to należy założyć tam konto. Dużo zleceń, często wygrywa najniższa cena, ale nie zawsze. Coraz częściej zaczyna liczyć się jakość i doświadczenie. Cała globtra.com jest jeszcze bezpłatna.

Proz.com

Drugi portal dla tłumaczy. Dużo zleceń, za stawki europejskie :), ale duża konkurencja. Podstawowe konto bezpłatne, jedynym ograniczeniem jest to, że możemy zamieszczać swoje oferty po 12 godzinach od zamieszczeni ogłoszenia i za każde zgłoszenie musimy zapłacić $1, są również zlecenia tylko dla płacących członków. Roczna opłata wynosi 129 dolarów, w ramach której możemy zamieszczać swoje oferty bez żadnych ograniczeń czasowych.

Artserwis.pl

Właściwie to przede wszystkim możemy umieścić tu swoje portfolio, ale zdarzają się też zlecenia i oferty pracy. Dla grafików.

 

Jak widać portali ze zleceniami jest kilka, a pewnie i tak to jeszcze nie wszystkie. Teoretycznie możemy więc znaleźć coś dla siebie. Ale pomimo że jest ich coraz więcej, konkurencja jest również bardzo duża. Aby wgrać zlecenie, w większości przypadków wystarczy wystawić najniższą cenę, co jak wiemy na dłuższą metę prowadzi donikąd. Na szczęście coraz więcej zleceniodawców zaczyna dostrzegać, że jakość naprawdę idzie w parze z wyższą ceną. Ale do Zachodniej Europy jeszcze nam daleko.

Gatunki klientów

Obracając się w biznesowej dżungli dobrze jest choć trochę znać się na zoologii i botanice, aby szybko rozpoznać gatunek klienta i móc odpowiednio zareagować. Być może wszyscy wiedzą, że Wilcza Jagoda jest niejadalna, a Barszczu Sosnowskiego nie należy mylić z barszczem ukraińskim. Jednak takie wiadomości nie przydadzą nam się w biznesowej głuszy. Dlatego przestawiamy systematykę klientów, aby każdy z nas z łatwością odróżnił wyzyskiwacza od namolnego sknery.

Różne typy klientów

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Wyzyskiwacz pospolity (Exploiter Silvestris)

Jeden na najbardziej pospolitych gatunków. Występuje licznie na wielu portalach ze zleceniami, a także w naturalnym środowisku. Możemy go łatwo rozpoznać po słowach typu „proszę o najlepszą ofertę”, „ale, to za dużo”, „a nie dałoby się taniej i na dziś” i podobne. Nigdy nie wie, jaki jest dzień tygodnia, choćby był piątek 22:00, wysyła maila ze pilnym zleceniem, które musi być gotowe na poniedziałek rano. Gdy my po całym weekendzie pracy odeślemy mu w poniedziałek nasza pracę, na pierwszą odpowiedź możemy oczekiwać około środy. I zwykle z pretensjami, że praca jest źle zrobiona. Wyzyskiwacz uważa, że zjadł wszystkie rozumy, a freelancer powinien być wdzięczny, że klient pozwolił mu dla siebie pracować. Oczywiście na początku współpracy nie obejdzie się bez darmowej próbki, a najlepiej trzech. Nasza rada: unikać, a jeżeli już pracujemy z wyzyskiwaczem, podpisujemy umowy, wymagamy zaliczek i wszystko opisujemy w mailach, żądając potwierdzenia.

Słodki drań (Gravis Suave)

Większość słodkich drani jest miła na początku współpracy i dlatego niestety Słodcy Dranie są często myleni z Normalnym Klientem. Na nieszczęście nie jest łatwo ich odróżnić po pierwszym kontakcie. Zwykle większość z nich obiecuje złote góry, wielki projekt, mnóstwo zamówień a poza tym jest taki profesjonalny, że aż boli, no i zawsze mu się śpieszy. To wszystko sprawia, że nasza czujność jest obniżona, ale niestety po oddaniu zlecenia kontakt się urywa. A my wtedy z przykrością stwierdzamy, że poza mailem lub imieniem nie mamy nawet umowy, o danych do faktury nie wspominamy. Często wówczas nie odzyskujemy pieniędzy, choć na szczęście bywa to możliwe, tyle że po długiej batalii. Nasza rada: na wstępie prosimy o dane do faktury lub dane do umowy o dzieło. Po otrzymaniu takich danych możemy sprawdzić w internecie, czy z danym klientem nie ma problemów. Często Słodki Drań nie podaje swoich danych i wymiana wiadomości wygasa już na tym etapie. Jest to ostateczne potwierdzenie, że spotkaliśmy Słodkiego Drania.

Namolny Sknera (Avarus Importunus)

Jeżeli w odpowiedzi na naszą ofertę cenową dostaliśmy maila z pytaniem o rabat może to oznaczać, że z ostępów gospodarczej dżungli wyłonił się Namolny Sknera. Klient ten po otrzymaniu pierwszego rabatu, żąda kolejnego i drąży tak długo, aż nie uzyska następnego i jeszcze jednej obniżki, wysuwając coraz to nowe, absurdalne argumenty typu: „sam mogę przecież to zrobić, ale nie mam czasu, a mój czas jest wart tyle i tyle”, „przecież zamiast ciebie znajdę innego, który zgodzi się pracować za połowę twojej stawki” itp. Trzeba przyznać, że zwykle nie realizuje on swoich gróźb i wraca jak bumerang z kolejnymi propozycjami. Nasza rada: naszą pierwszą ceną powinna być cena o około 15-20% wyższa niż zwykle, wtedy schodząc z ceny nie doznajemy uszczerbku, a klient jest zadowolony ze swojej przebojowości, jednym słowem wilk syty i owca cała. Tym bardziej, że klient ten zna aż za dobrze wartość pieniądza i na ogół skwapliwie wywiązuje się ze swoich zobowiązań finansowych.

Namolny Sknera Maruda (Avarus Importunus Lingerer)

Podgatunkiem Namolnego Sknery często jest Namolny Sknera Maruda. Różnica polega na tym, że jak już wspomnieliśmy Namolny Sknera zwykle płaci za zlecenie bez gadania, natomiast odmiana Maruda po oddaniu zlecenia szuka dziury w całym, zasypuje nas epistołami wykazując brak kompetencji, chcąc jeszcze urwać coś z naszego wynagrodzenia. Nasza rada: umowa, odwołanie się do wstępnych ustaleń i konsekwentne acz uprzejme odpieranie kolejnych ataków powtarzaniem mantry: „w umowie o tym nie wspomnieliśmy„, „proszę sprawdzić maila z dnia tego i tego, gdzie rozwiązaliśmy ten problem„. Zwykle działa. Jeżeli nie, wówczas możemy dla świętego spokoju wprowadzić kilka poprawek lub obniżyć cenę o kolejne 2% i czekać na przelew.

Szybkościowiec (Perversus Punctuitas)

Jest to strasznie znerwicowany i niecierpliwy klient. Po ustaleniu w poniedziałek terminu oddania pracy na piątek, już w środę pyta, czy projekt jest gotowy, bo on już powinien go mieć. Po naszej odpowiedzi, że termin oddania to piątek albo się piekli, że przecież potrzebuje tego na jutro, a najlepiej na dziś, bo drukarnia/pozycjonowanie/klienci (niepotrzebne skreślić), albo mówi ok, ale na drugi dzień zadaje ponownie pytanie, czy już może dostać projekt lub chociaż jakąś jego część, wyrywając nas z rytmu ciągłym telefonicznym lub mailowym nękaniem. Nasza rada: „Termin oddania pracy to piątek, za dodatkową opłatą (odpowiednio wysoką, aby zadziałała jak kubeł zimnej wody) jestem w stanie nie spać dziś i skończyć na jutro”.

Klient Zamglony (Emptor Nebula)

Jeżeli zdarza wam się pracować z klientem, który sam nie wie czego chce, to macie do czynienia z Klientem Zamglonym. Chce stronę internetową, ale nie wie jaką, chce teksty, ale nie wie o czym, chce czegoś, ale nie wie czego. Obecnie populacja tego gatunku klientów utrzymuje się na stale niskim poziomie – działa tu po prostu selekcja naturalna, która dość szybko eliminuje takie osoby z rynku, choć czasem, w jakimś endemicznym ekosystemie trafi się prawdziwy zamglony król puszczy. Istnieją dwie jego odmiany – złota i miedziana. Odmiana Złota jest bardzo dobrym klientem, jeżeli tylko uda nam się odgadnąć jego myśli – będzie to jeden z naszych najlepiej płacących klientów, ufający nam bezgranicznie i wdzięczny, że istniejemy. Odmiana Miedziana nie rokuje – nawet jeżeli odgadniemy wszystkie jego zachcianki i potrzeby, i tak nie będzie miał środków na realizację kolejnych zleceń. Nasza rada: myślimy za klienta, często wybierając za niego i sprawdzamy wypłacalność.

Niedofinansowany Planista (Pecunia Apsentia)

Klient ten zwykle poszukuje do swojego super-duper-hiper-och-ach projektu programisty /grafika /handlowca /tłumacza /copywritera (niepotrzebne skreślić, choć najczęściej okazuje się, że klient poszukuje istnego omnibusa, który ma się znać na wszystkim). Wynagrodzeniem zwykle jest procent w przyszłych zyskach, linki do strony lub inny zastępczy środek pieniężny, zwykle niezbyt chodliwy. Nasza rada: szkoda naszej pracy, chyba że lubimy pracować za darmo albo potrzebujemy kontaktu z wizjonerem. I dla przypomnienia: dowolnie duży procent z zera zawsze daje zero.

Nadpomysłowy Dyktator (Commutatus Velocitas)

Jeżeli dostajemy zlecenie i wszystko już mamy ustalone, a tu nagle, znienacka otrzymujemy maila ze zmianami wcześniejszych ustaleń, które zwykle zmieniają cały projekt, oznacza to, że mamy do czynienia z Nadpomysłowym Dyktatorem. Często maile ze zmianami do projektu przychodzą codziennie, a nawet kilka razy dziennie. Nierzadko też niestety, gdy zadowoleni z siebie oddajemy do wglądu gotowy projekt do ostatnich poprawek i zatwierdzenia dowiadujemy się, że koncepcja teraz jest już zupełnie inna. Nasza rada: Nie wykonujemy kolejnego projektu, nie poprawiamy w nieskończoność kolorów, szlaczków, itp. Należy uświadomić klientowi, jakie były wstępne ustalenia, na które się zgodził i wystawić fakturę. Inaczej możemy zostać z rozgrzebanym projektem na długie miesiące, ciągle mając coś do roboty, za coraz mniejszą stawkę za godzinę.

Normalny Klient (Profestus Communis)

Na szczęście w dżungli biznesu trafiają się także Normalni Klienci, dla których umowa jest umową, terminy są respektowane, dla niego normalne jest, że freelancer może chcieć zaliczki, że może się rozchorować, mieć plany urlopowe, o których zawsze informuje się z góry lub tak szybko, jak to możliwe. Klient taki nie unika trudnych rozmów np. w przypadku opóźnienia w płatności napisze maila, że nie może teraz zapłacić, ale postara się jak najszybciej. Reklamacja też będzie zawsze konkretna i podająca konkretne wytyczne do poprawek. Współpraca przebiega gładko i w miłej atmosferze. Nasza rada: dopieszczać i dokarmiać.

Często w wyniku mieszania gatunków dochodzi do krzyżówek, które mogą być połączeniem dwóch lub więcej gatunków. Nie są jeszcze dokładnie poznane warunki występowania, sposób rozrodu i ekosystemy klientów. Ale mamy nadzieję, że nasze badania i ekspedycje pozwolą na dokładniejsze poznanie ich zwyczajów, aby móc lepiej działać w naszym biznesowym freelancerskim środowisku.

Coca-Cola też zaczynała od małej firmy

Dziś kilka pożytecznych informacji na temat biurokracji w naszym kraju. Odkąd mamy „cudowne” jedno okienko teoretycznie ma być łatwiej, ale jeżeli ktoś z was próbował wypełnić dokumenty zgłoszeniowe w ZUSie bez pomocy miłej pani z okienka to duży szacun. Ok więc zaczynamy.

– Mamo tato będę freelancerem
– Ło, Jezu, a czy to nie jest aby zaraźliwe?

Generalnie zgodnie z Wikipedią freelancer to osoba która wykonuje różne prace na zlecenia. I tu mamy pierwszy dylemat, zakładać firmę czy nie. Poniżej kilka wskazówek, które mogą wam pomóc w podjęciu decyzji.

Firma

Bez firmy

Wady

Zalety

Wady

Zalety

Zus ok 850 zł miesięcznie, bez względu na to czy zarabiamy czy nie. Możliwość wystawiania faktur VAT, duża część firm zdecydowanie preferuje ten rodzaj rozliczania. Część firm nie lubi podpisywać umów, woli dostać fakturę. Jeżeli pracujemy na umowy o dzieło z przekazaniem praw autorskich wówczas kosztem uzyskania przychodu jest połowa kwoty brutto umowy. Czyli płacimy tylko połowę podatku. I nie jest ważne ile zarobimy, nie wpadniemy w drugi próg podatkowy.
Konieczność prowadzenia księgowości. Dużą część wydatków możemy sobie wpisać w koszty, a w rezultacie płacić niższe podatki. Jeżeli pracujemy na umowę o dzieło, nie mamy ubezpieczenia zdrowotnego. Wówczas trzeba wykupić sobie dodatkowe ubezpieczenie jeżeli chcemy być ubezpieczeni w NFZ. Praktycznie nie mamy kontaktu z biurokracją. Poza rocznym rozliczeniem podatkowym, chyba że pracujemy dla kontrahentów z zagranicy, wówczas sami odprowadzamy podatki i musimy pojawić się w urzedzie skarbowym
Jako firma możemy startować w przetargach, a jako że głównym kryterium zwykle jest cena wykonania danej usługi, to mamy duże szanse wygrać, ponieważ nasze ceny zapewne nie będą zbyt wygórowane.

Decyzję musicie podjąć sami, nie jesteśmy tu nic w stanie poradzić. Musisz sam lub sama przeanalizować wszystkie za i przeciw, najlepiej na początek popracować jako freelancer bez firmy i zobaczyć jak idzie, jeżeli większość z Twoich klientów jednak woli faktury lub nie che współpracować, wówczas jest to sygnał, że może jednak musi to być firma.

Jeżeli pracujesz bez firmy, tutaj znajdują się umowy o dzieło z przekazaniem praw autorskich i zwykła umowa o dzieło. Umowy są sprawdzone i możesz śmiało je stosować.

Zdjęcie pochodzi z flickr.com

Jak korzystać z umów o dzieło?

Pobierasz umowę, w zależności jakie to dzieło albo z przeniesieniem praw autorskich (klika przykładów: napisanie tekstu, projekt strony internetowej, grafiki wszelkiego rodzaju, tłumaczenia, napisanie programu,skomponowanie muzyki itp.,), lub zwykłą. Wpisujesz swoje dane, co ma być przedmiotem umowy nr konta itp. Ważne jest, aby na umowie dokładnie wpisać co jest przedmiotem umowy, np.: wykonanie projektu graficznego strony internetowej takiej i takiej.

Na umowie wpisujemy kwotę brutto (czyli to co dostaniemy na rękę plus podatki). Wyliczenie kwoty brutto netto od umów o dzieło zostało wyjaśnione w tym wątku http://freelancer.org.pl/topic.php?id=301. I taką podpisaną umowę przesyłamy do naszego kontrahenta, on to podpisuje i odsyła nam jedną kopię. Po zakończeniu dzieła wysyłamy naszemu kontrahentowi rachunek do umowy o dzieło np. taki:

RACHUNEK DO UMOWY O DZIEŁO NR …

z dnia …

za dzieło w postaci … dla ….., na kwotę brutto … .

Wystawiony dnia … przez:

Imię i nazwisko Wykonawcy

ROZLICZENIE PODATKOWE:

1. Kwota brutto:

2. Koszt uzyskania przychodu (50% z poz. 1)

3. Podstawa opodatkowania (1-2)

4. Naliczony podatek (18% z poz. 3)

5. Podatek do zapłaty (poz. 4 zaokr. do pełnych zł)

6. Kwota netto do zapłaty na rachunek bankowy (1-5)

Sposób zapłaty: przelew w ciągu 7 dni od otrzymania rachunku.

Rachunek bankowy: ….

Jeżeli nie znamy jeszcze klienta wówczas dobrze jest poczekać na podpisaną umowę i wtedy zacząć pracę. Po wykonaniu dzieła wysyłamy mu ten rachunek i on na jego podstawie powinien nam zapłacić. Jeżeli mamy bezpośredni kontakt z klientem wówczas załatwiamy część biurokratyczną za jednym zamachem.

I to właściwie tyle. Nasz kontrahent płaci za nas podatek, my na koniec roku otrzymujemy od niego druk PIT-11. I na podstawie tych druków wypełniamy naszą deklarację roczną PIT-37.

Firma

Teraz zajmijmy się firmą, nie jest to już takie proste, bo większość biurokratycznych obowiązków spada na nas. Ale nie lękajcie się, nie jest to takie trudne.

Na leniucha, jeżeli nie che nam się prowadzić spraw firmy wówczas za około 200 zł miesięcznie księgowość naszej firmy będzie prowadzić księgowa. W zależności od tego jak jesteśmy leniwi, możemy, albo sami wystawiać faktury i zbierać faktury z kosztami i przekazywać naszej księgowej raz w miesiącu, albo wystawianie faktur zlecić również księgowej i wysyłać jej tylko kwoty i dane kontrahentów. I czuć się jak prezes.

Dla ambitnych lub mniej zasobnych w portfelu. Samodzielne prowadzenie księgowości małej firmy nie jest trudne, ale jeżeli nie mamy kogoś kto nam pokaże co i jak, wtedy początki mogą być trudne. Ale od początku.

Zakładanie firmy

Dziś wystarczy wizyta w urzędzie miasta lub gminy i wypełnienie stosowanego kilkustronicowego formularza. Urząd wysyła nasz formularz do odpowiednich urzędów. To właściwie tyle, jeżeli będzie brakowało jakiś dokumentów to zostaniemy wezwani do odpowiedniego urzędu.

Prowadzenie firmy

ZUS

Jeżeli nie mamy przychodów (czyt. klientów), wtedy nie płacimy podatków, ale niestety składki ZUS tak. Dla nowych firm składki wynoszą:

  • Na konto 83 1010 1023 0000 2613 9510 0000123,24 zł (Ubezpieczenia społeczne z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym)
  • Na konto 78 1010 1023 0000 2613 9520 0000 – 243,39 zł (Ubezpieczenie zdrowotne)
  • Na konto 73 1010 1023 0000 2613 9530 000010,19 zł (Fundusz Pracy)

Po okresie przejściowym (2 lata) płacimy odpowiednio więcej.

Należy pamiętać, że płacimy za poprzedni miesiąc więc, w odpowiednich polach wpisujemy numer poprzedniego miesiąca i rok w formacie – MMRRRR. Numer deklaracji to zwykle 1, nie wpisujemy kolejnych numerów w każdym miesiącu, jeżeli w danym miesiącu złożymy drugą deklarację (korektę poprzedniej deklaracji), wtedy tą druga numerujemy jako 2. Ważne jest, aby wybrać się do ZUS do 10 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym rozpoczęliśmy działalność i złożyć tam wypełniony formularz DRA. Jeżeli sami nie umiemy, panie z okienka na pewno nam pomogą. Każda kolejna deklaracja jest generowana automatycznie, więc nie musimy co miesiąc biegać do ZUSu. Ale płacić musimy do 10 każdego miesiąca za miesiąc poprzedni. Jeżeli zmienimy coś w naszych danych, wówczas po zmianie znów musimy złożyć deklarację DRA, aby nowe dane zostały ponownie generowane automatycznie. Jeżeli nie zatrudniamy nikogo na umowę zlecenie lub umowę o pracę, wtedy nic się nie zmienia. Gdy łączymy działalność z pracą na etacie, wówczas jeżeli z etatu wynagrodzenie jest większe lub równe minimalnemu wynagrodzeniu (ok 1300 zł) wówczas w ZUS wyrejestrowujemy się ze składek na ubezpieczenia społeczne, i opłacamy tylko ubezpieczenie zdrowotne – 243,39 zł.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Podatki

W życiu są dwie pewne rzeczy śmierć i podatki. W Polsce mamy kilka sposobów opodatkowania. Jako freelancerzy prowadzący działalność gospodarczą mamy właściwie dwie możliwości. Opodatkowanie według skali podatkowej lub podatek liniowy.

Skala podatkowa

Jeżeli w danym roku zarobimy, po odjęciu składek ZUS, więcej niż 85 528 zł wówczas nasz podatek wyniesie 14 839.02 zł plus 32% z kwoty nadwyżki ponad 85 528 zł.

Jeżeli mniej niż 85 528 zł wówczas nasz podatek wyniesie 18% z zarobionej kwoty minus kwota wolna od podatku 556,02 zł.

Podatek liniowy

Podatek ten jest najlepszy dla tych, którzy zarabiają dużo powyżej 85 528 zł rocznie, wynosi on 19%. Ale nie ma tu kwoty wolnej podatku, płacimy 19% od dochodu i już.

Wyboru formy opodatkowania dokonujemy podczas rejestracji firmy lub do 20 stycznia każdego roku. Jeżeli spodziewamy się, że zarobimy w danym roku ponad 85 528 zł wówczas bardziej opłaca się podatek liniowy, jeżeli mniej wówczas skala podatkowa.

Prowadząc firmę musimy prowadzić Księgę Przychodów i Rozchodów (KpiR), gdzie wpisujemy wszystkie nasze dochody i koszty. Na rynku jest dużo darmowych programów które pomogą nam prowadzić księgę, można je znaleźć np. tu. Część z tych programów samodzielnie wylicza podatki, które mamy zapłacić za dany miesiąc, ale warto poznać ten mechanizm.

Sumujemy wszystkie przychody netto i rozchody netto (jeżeli nie jesteś płatnikiem VAT wówczas wpisujesz kwotę brutto), w danym miesiącu. Odejmujemy od kwoty przychodów koszty. Wynikiem odejmowania jest nasz zysk, wówczas od kwoty zysku odejmujemy kwotę wolną od podatku (556,02 zł w roku 2011) i wychodzi nam podatek. Teraz od tego podatku odejmujemy składkę na ubezpieczenie zdrowotne (za styczeń będzie to 200,92 zł, za luty 410,50 zł, najlepiej posiłkować się ta tabelką) i odejmujemy zapłacony w danym roku podatek. Ten wynik jest naszym podatkiem do zapłacenia na konto PIT naszego urzędu skarbowego. Jeżeli wynik jest ujemny wówczas, nie płacimy podatku. Podatek należy zapłacić do 20 każdego miesiąca po miesiącu, za który płacimy. Jeżeli jesteśmy płatnikiem VAT, wówczas dodatkowo do 25 każdego miesiąca po miesiącu za który płacimy, musimy wypełnić druk VAT-7, i wysłać go do urzędu skarbowego (decyduje data stempla pocztowego). Aby to zrobić musimy poza KPiR prowadzić również dodatkowe dwa rejestry Sprzedaży VAT i Kupna VAT. W rejestrze sprzedaży wpisujemy nasze faktury, kwotę netto, vat i brutto, tak samo w rejestrze kupna, tylko że w tym rejestrze rejestrujemy faktury, które są naszym kosztem. Nie wpisujemy tu umów o pracę, dzieło itp. tylko Faktury. Jeżeli dostaniemy rachunek na którym jest napisane, że sprzedawca jest zwolniony z podatku VAT, wówczas taki rachunek też wpisujemy, ale nie wpisujemy kwoty VAT. Większość programów księgowych ma taką funkcjonalność, więc jest to dość proste. W deklaracji VAT-7 wpisujemy sumę netto i VAT z każdego miesiąca w odpowiednie tabele, są dość przejrzyście opisane więc nie ma problemu. Odejmujemy od kwoty podatku należnego (pole 41) kwotę podatku naliczonego do odliczenia (pole 50). Jeżeli różnica jest dodatnia wówczas tą kwotę wpisujemy w pole nr 53 i wpłacamy ją do urzędu skarbowego na konto VAT. Jeżeli jest ujemna wówczas mamy dwa wyjścia, albo chcemy żeby nam ja zwrócili na konto, albo przenosimy tą kwotę na kolejny miesiąc i odliczamy ją od kwoty podatku należnego w kolejnym miesiącu.

To chyba wszystko. Wpis jest dość rozbudowany, ale nie dało się tego napisać krócej. Mamy nadzieję że będzie pomocny. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej spytaj na forum.

10 pomysłów na czas wolny

Dziś sobota, więc taki oto weekendowy temat dla wszystkich pracusiów, którzy uważają, że za odpoczynek wystarczy im popatrywanie w telewizor, kiedy na komputerze wytrwale rysują rzuty elewacji albo pracują nad aplikacją na Facebooka. Od razu mówimy: nie, to nie jest sposób na regenerację sił, a wielkie oszustwo wobec własnego organizmu, spragnionego prawdziwej przerwy i naładowania baterii. No to jak? W ten weekend nie pracujesz? Nie wiesz jeszcze, co będziesz robić? Oto ranking najbardziej zapomnianych przez freelancera sposobów na odpoczywanie.

1. Spacer nie jest tylko dla emerytów

Wyjście z domu na świeże powietrze po to, aby pobiec na parking do samochodu i w panice zastanawiać się, czy w kwadrans uda Ci się dotrzeć z Gocławia do Centrum* na spotkanie z klientem, na którym będziesz właśnie prezentować wynik twojej miesięcznej pracy, na pewno nie jest ani spacerem, ani ćwiczeniami fizycznymi, o czym w poniższym akapicie. Tutaj chodzi o nieśpieszną przechadzkę po świeżym powietrzu, ewentualnie miarowy marsz na przykład z takimi akcesoriami jak kijki do nordic walkingu. Naturalnie dwa leszczynowe kije tak samo dobrze spełnią tę funkcję, szkopuł polega jednak na tym, że nie będziesz wtedy cool i trendy i zmniejszysz skuteczność przekazu marketingowego w/w produktu. Spacer pozwoli Ci się dotlenić, spokojnie pomyśleć albo nie myśleć wcale, podziwiając przyrodę wokół. Piesza wycieczka ma też tę zaletę, że idąc ciężko jest klepać w klawisze komputera, jest więc szansa, że nie przyjdzie Ci do głowy wzięcie na spacer laptopa zamiast psiaka – z braku własnego na przykład pieska ze schroniska, któremu na pewno przyda wybieganie się i choć chwila miłego kontaktu z człowiekiem.

* dzielnice Warszawy po dwóch stronach Wisły. Teoretycznie bez korków i z oczekującym miejscem do parkowania jest możliwe dotrzeć z punktu… hm… „G” do punktu „C” w zadanym czasie.

2. Czas na sport

Wychodząc na przykład pobiegać, nie musimy od razu przebiec maratonu. Jak już wspomnieliśmy szybki spacer też dobrze nam zrobi, zwłaszcza jeżeli przez ostatnie kilka lat siedzieliśmy głównie przed komputerem lub uwiązani do telefonu. Ci, którzy nie lubią się przemęczać, mogą zawsze pograć w szachy. Nasza rada, to jednak rower latem, biegówki zimą, ewentualnie kiedy plucha za oknem basen lub siłownia, bo sport to zdrowie. Ważne, żeby przynajmniej raz w tygodniu ruszyć nogami lub inną częścią ciała, poza placami na klawiaturze komputera lub telefonu. Pozycja siedząca źle działa na kręgosłup, więc dla własnego dobra powinniśmy znaleźć choć kwadrans dziennie na jakieś ćwiczenia.

3. Wyjście do kina, raczej bez popcornu

Zbliża się oskarowa gala, więc można spróbować wcześniej zobaczyć nominowane obrazy. Obecnie szczególnie polecamy „Jak zostać królem” w reżyserii Toma Hoopera z Colinem Firthem, Geoffrey’em Rushem i Heleną Bonham Carter o tym, jak bez zająknięcia objąć tron Anglii w przełomowym momencie XX w. Film już zdobył kilka Złotych Globów, a poza tym jest brytyjsko-australijski, więc jest szansa na to, że poziom patosu utrzymany został w godnych dżentelmena ryzach. Inna propozycja to wprawdzie już produkcja amerykańska, za to niesztampowego twórcy, a mianowicie Darrena Aronofsky’ego, znanego między innymi z takich produkcji jak Pi, Requiem dla snu czy Zapaśnik, z szokująco mało seksownym Mickey’m Rourke’m. Najnowszy film Aronofsky’ego to thriller psychologiczny zatytułowany „Czarny łabędź”, w którym gra Natalie Portman, Mila Kunis oraz Vincent Cassel. Dla fanów polskiej, nieśmiesznej komedii pozostaje Och, Karol 2 i, sądząc po zwiastunie zapowiadająca się jeszcze gorzej produkcja „Jak się pozbyć cellulitu”, ale to już na waszą własną odpowiedzialność.

4. Galeria sztuki – to nie dla mnie

A może jednak? Muzea i wystawy też mogą być interesujące, szczególnie, że coraz więcej z nich, także w Polsce, stawia na rozwiązania multimedialne, mające uatrakcyjnić zwiedzanie turystom. Poza tym, jeśli się odpowiednio psychicznie nastroicie, możecie naprawdę poczuć się jak odwiedzający nieznany zakątek przybysz i spojrzeć na swoją okolicę zupełnie świeżym okiem, odkrywając nowe, fascynujące miejsca. Polecamy zwłaszcza wirtualny projekt Muzeum Narodowego w Krakowie, choć niestety ustępuje on stronie Art Project Google. A może twój znajomy fotograf albo niezależny twórca organizuje właśnie swój wernisaż? Takie wyjście ma wtedy dodatkową zaletę – jest szansa, że będziemy mogli coś smacznego przekąsić (jeśli strawa dla ducha okaże się nie do przyjęcia przez nasz zmęczony pracą umysł).

5. Oko w oko ze sztuką wysoką

To pewnie propozycja nie dla wszystkich, ale wyjście do teatru, opery czy filharmonii można też zastąpić koncertem ulubionej kapeli. Wybór jest szczególnie szeroki w sezonie wiosenno-letnim, kiedy sporo z takich imprez organizowanych jest w plenerze. Mamy na przykład studenckie juwenalia, koncerty na plaży, jazz na rynku, orkiestrę kameralną w parku, festiwal teatrów ulicznych lub ogródkowych. Warto rozejrzeć się w swojej okolicy, bo nie dość że to interesujące wydarzenia, to jeszcze często wstęp na nie jest bezpłatny (jeśli klient kolejny tydzień zwleka z zapłatą, to ważny argument przetargowy).

6. Spotkanie z przyjaciółmi

Po długiej pracy należy nam się odpoczynek. Spotkanie z przyjaciółmi powinniśmy zaliczyć do kategorii odpoczynku, choć nierzadko na drugi dzień jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni niż wcześniej. Do wyboru mamy weekendowe wypady na miasto lub przeżywające renesans domówki. Może dlatego, że są łatwe do zorganizowania. Wystarczy mieszkanie lub domek, tolerancyjni sąsiedzi, chipsy i woda na rano. Goście przynoszą składkowy prowiant i piwo, a mamy z głowy. Dobrze byłoby tylko zorganizować papierową zastawę i plastikowe sztućce, bo jak człowiek obudzi się rano, to sprzątanie nie jest czynnością, o której marzymy. Jeszcze lepsze wyjście to pójść na imprezę do kogoś – możemy wtedy przynajmniej wyjść, kiedy chcemy, a sprzątanie ograniczyć do wyniesienia pustych puszek. Możemy też spotkać się ze znajomymi na kawie, w parku, w galerii handlowej, na paintballu… Znajomi to najlepsza odskocznia od codziennych trosk.

7. Wyjście na mecz

Jeżeli jesteśmy kibicami jakiegokolwiek sportu, zapewne mamy swój ulubiony zespół. Warto od czasu do czasu wspomóc dziewczyny lub chłopaków swoim dopingiem. Czasem na rozgrywki można zabrać ze sobą rodzinę, chyba że chodzi o piłkę nożną. Tu jak wiadomo bywa różnie, o czym jest szczególnie głośno zwłaszcza teraz. Zdecydowanie bezpieczniej jest więc na meczach koszykówki lub siatkówki, a wręcz ekstremalnie spokojnie na zawodach w jeździe figurowej na lodzie.

8. ZOO lub ogród botaniczny

Oczywiście nie ma to, jak zobaczyć zwierzę w jego naturalnym środowisku, ale z braku innych możliwości pozostaje nam ZOO. Z kolei zamiast parku można wybrać się do ogrodu botanicznego, gdzie będzie większa szansa podziwiać ciekawe rośliny. Są to opcje szczególnie atrakcyjne dla mieszczuchów z małymi dziećmi. Jeśli mieszkamy poza miastem sprawa jest jeszcze łatwiejsza – bierzemy aparat, dzieciaki (jeżeli mamy) i w drogę. Amerykańscy naukowcy udowodnili że kontakty z przyrodą ożywioną lub nieożywioną poprawiają nasze samopoczucie, wydajność, kreatywność i jeszcze kilka innych rzeczy kończących się na -ść. Wygląda więc na to, że nie ma rady i zgodnie z zaleceniami amerykańskich uczonych warto od czasu do czasu odejść od komputera.

9. Czas na hobby

Dawniej uwielbiałaś scrapbooking, ale odkąd na poważnie zajęłaś się tłumaczeniami, nie masz na to fizycznie czasu? Już nie pamiętasz, kiedy była ostatnia próba twojej studenckiej kapeli, bo do reszty pochłonęła Cię praca dziennikarza? Pora, aby to zmienić, naturalnie pod warunkiem, że zajęcia takie jak produkcja biżuterii artystycznej, safari fotograficzne w miejskiej dżungli czy uczestnictwo w zlocie fanów Gwiezdnych Wojen sprawi Ci przyjemność i oderwie na chwilę od codziennego kieratu.

10. Weekendowy wypad w góry

To propozycja dla odważnych, ponieważ wiąże się z pozostawieniem laptopa w domu. Dopuszczalne jest zabranie komórki, w końcu na szlaku różnie być może, ale najlepiej na ten cel kupić sobie kartę pre-paid, a nowy numer podać tylko rodzicom. Oczywiście nie znikamy po angielsku, ale ustawiamy na mailu grzeczne info, że w dniach takich i takich jesteś niedostępny/a. Możesz też na ten okres włączyć pocztę głosową ze stosownym powiadomieniem w swoim telefonie. I niech Cię nawet nie kusi sprawdzać maila przez komórkę albo szukać na gwałt kawiarenki internetowej. Najlepiej zaszyj się w kompletnej głuszy, gdzie nie ma zasięgu i działa tylko numer alarmowy. Zobaczysz – po takim odstawieniu od cywilizacji z radością rzucisz się do swojego komputera i podejmiesz przerwane projekty.

W krainie nicków czyli koniec młodości

Pamiętacie naszego przykładowego satana69 z domeną na buziaczek.pl, który stał się bohaterem jednego z akapitów naszego wpisu o zleceniach-minach? No to dziś będzie właśnie o tym. Czyli z jakiego adresu e-mail na pewno nie możesz wysłać oferty biznesowej do potencjalnych klientów, ponieważ narazisz się co najwyżej na śmieszność. To fakt, jedna z zasad reklamy mówi o tym, że nie ważne jak mówią, grunt że w ogóle, pytanie tylko, co w tej sytuacji zostanie zapamiętane: twój idiotyczny login czy adres do strony z twoją ofertą.

PHU Satan 69 P. Kowalski

Teoretycznie nikt Ci nie broni nazwać w ten sposób swojej firmy. Jeśli działasz w branży erotycznej i na przykład prowadzisz seks-szop nazwa faktycznie jak znalazł. W przypadku jakiejkolwiek innej działalności sugerujemy jednak wymyślić coś bardziej z nią związanego. Taka sama zasada winna obowiązywać maile. Uważasz, że mail o postaci imię.nazwisko[at]domena.pl to zbyt nudne rozwiązanie dla twojego temperamentu i nie pokazuje w pełni twojego poczucia humoru? Wymyśl więc dla siebie jakąś fajną, a jednocześnie profesjonalnie brzmiącą ksywkę. Pamiętaj jednak, że każdego śmieszy trochę co innego, a już szczególnie żarty podszyte erotyzmem. Jaki rodzaj nicków jest zatem dopuszczalny? Może na przykład Papier_i_ołówek dla ilustratora albo W_trzech_wymiarach dla specjalisty od grafiki 3D. Na pewno uda Ci się wpaść na jakiś fajny koncept.

Imię i nazwisko zawsze najbezpieczniejsze

Nie da się ukryć, że przy rozmowach o pracę – a w końcu zdobywanie zleceń, to właśnie tego rodzaju sytuacja – posługiwanie się swoim pełnym imieniem i nazwiskiem da najprawdopodobniej najlepszy efekt. Szczególnie, jeśli negocjujesz ze sporą spółką, której dane znasz, a rozmawia z Tobą również znany Ci z nazwiska Project Manager a nie nick, równie zagadkowy jak twój. W rozmowach biznesowych warto zachować powagę, co nie znaczy, że nie masz pozwolić sobie na odrobinę luzu. Radzimy jednak zaczekać z używaniem w mailu emotikonów zanim nie poznasz się ze swoim zleceniodawcą trochę bliżej.

Globalizacja

Wcześniej czy później, jako freelancer z sukcesami, masz szansę wypłynąć na szerokie międzynarodowe wody, a wtedy lepiej nie mieć nicka np.: „Fartowny„. W Polsce słowo to ma jak najbardziej pozytywne znaczenie, jednak w konfrontacji z anglojęzycznymi klientami już tak fajnie nie jest. Dla ciekawych „fart” po angielsku oznacza po prostu „pierdnięcie„. Jeśli stawiasz na taki wizerunek, na pewno możesz liczyć na darmową reklamę w stylu: Does it mean that he’s just farting around? (;. Jeżeli nazywasz się Świętochna Wyrwidąb, Grzegorz Brzęczyszczykiewicz lub Borzymierz Grzegrzółka proponujemy koniecznie wymyślić sobie jakiś międzynarodowy nick. Inaczej połowę rozmowy stracisz na wyjaśnianiu klientowi, jak to w ogóle możliwe, że twoje imię da się wymówić.

Darmowa domena?

Jako freelancer teoretycznie nie jesteś zobowiązany do tego, aby posiadać swoją stronę i wykupić własną domenę. Naszym zdaniem to dobre posunięcie, o czym pisaliśmy w artykule Sprzedać sprzedaż, choć nie musi być to konieczność. Czasem wystarczy profil na branżowym portalu i mail na obcym serwerze, który nierzadko oferuje nawet opcję płatną, gdzie funkcjonalność konta pocztowego jest większa. Mowa tu na przykład o usłudze Onet Poczta Plus, PocztaPRO na Wp.pl czy koncie komercyjnym na Interii z lepszą ochroną antyspamową, większą pojemnością skrzynki i wieloma innymi usprawnieniami (czasem nawet możliwością wybrania własnej nazwy domeny). No i jest jeszcze oczywiście stary poczciwy gmail, którego chyba nie sposób zapełnić danymi… W naszej opinii jako zleceniobiorca masz prawo używać takich kont. Będąc zleceniodawcą i podając mail na darmowym serwerze – możesz tracić na wiarygodności.

Anonimowość w internecie – czy aby na pewno?

Na koniec jeszcze tylko mała porada: pamiętaj o tym, gdzie zostawiasz swojego maila lub numer komunikatora. Być może nie chcesz, aby sprawdzający Cię zleceniodawca wiedział, że w wolnym czasie handlujesz na Allegro sztucznymi kupami lub podobnie „zabawnymi” akcesoriami albo, że jesteś maniakiem gier komputerowych, który wspólnie z kolegami z forum licytuje się, ile czasu najdłużej grał oraz ze szczegółami opisuje jak w tym czasie radził sobie z potrzebami fizjologicznymi. Naszym zdaniem lepiej oddzielać sferę prywatną od zawodowej. A może być to tylko z korzyścią dla waszej renomy prawdziwego profesjonalisty.

Zanim podejmiesz się wykonania zlecenia

Hura! Wreszcie klient, który znalazł nas przez naszą stronkę! Naturalnie gratulujemy, ale postaraj się na chwilę opanować swój entuzjazm i zanim zobowiążesz się do czegoś konkretnego, sprawdź, kto zacz. Z przykrego doświadczenia wiemy, że nawet fakt posiadania podpisanej umowy oraz pełnych danych zleceniodawcy, nie zawsze uchroni nas przed stratą finansową, a w każdym razie może przyprawić nas o kilka siwych włosów na głowie. A zatem, okazuj entuzjazm i ciesz się zleceniem, ALE jednocześnie sprawdź, z kim masz do czynienia.

Opóźnione płatności

Przede wszystkim warto przejrzeć internet pod kątem doniesień o opóźnieniach w zapłacie od tego klienta albo, nie daj Bóg, o niemożności ściągnięcia należności. Opinii o klientach indywidualnych szukaj w komentarzach na serwisach ze zleceniami, na Allegro, poczytaj wypowiedzi na Goldenline, NK lub Facebooku. Postaraj się odszukać posty tej osoby na jakimś forum czy blogu. W przypadku firm warto sprawdzić poprawność numeru NIP lub KRS w niezależnych źródłach. Przejrzyj serwisy w rodzaju Rzetelna Firma lub fora branżowe. Wśród tłumaczy funkcjonuje na przykład specjalna utworzona do tego celu grupa dyskusyjna na Yahoo o nazwie Problemy-Płatności-Tłumacze. Naturalnie wszelkie internetowe opinie zwłaszcza z anonimowych kont trzeba jeszcze przefiltrować, ale w tym przypadku ewidentnie lepiej wiedzieć więcej niż mniej. Jak to mówią, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą tudzież nie ma dymu bez ognia, a skarbnica przysłów polskich na pewno podsunie jeszcze kilka równie trafnych określeń na to zjawisko.

Atmosfera pracy też ma znaczenie

– Tak, słucham.
– Po ile masz strony?
– Eeeee…. ale jakie strony?
– No Boże, internetowe (niemalże słyszysz jak gałki oczne twojego rozmówcy wykonują efektowny piruet w oczodołach). To jaka jest cena?
– No wie Pan (jakoś Ci tak głupio walić od razu na „ty”), to zależy od wielu czyn…
– To nie znasz własnego cennika? Boże, co za ludzie. Jak wy możecie tak pracować?!
– Panie, strony internetowe to nie ziemniaki! – w końcu nerwy Ci puszczają, ale facet już się rozłączył.

No dobrze, aż tak ekstremalnie nigdy nie było, ale trzeba przyznać, że niektórzy biznesmeni kulturą osobistą nie grzeszą. Bywają też osoby, które z powodu jednej literówki w kilkunastostronicowym tłumaczeniu napiszą do Ciebie całą epistołę, podkreślającą twoje braki intelektualne oraz nieznajomość ortografii i interpunkcji, grożąc drastycznym obniżeniem wynagrodzenia za rażące błędy. Dla niektórych z kolei normalne jest wykrzyczenie swojej frustracji w słuchawkę. W takiej sytuacji na szali masz, czasami nawet całkiem niezłe, wynagrodzenie a na drugiej swój rosnący poziom stresu, kiedy każdy telefon albo mail przyprawia Cię o przyspieszone bicie serca. Na szczęście klient nie jest twoim szefem i Ty masz całkiem prosty wybór, chociaż przygotuj się na kilka miłych słów z jego strony na zakończenie współpracy.

Zbiory rozłączne

Nie macie czasem podczas rozmowy z klientem (ewentualnie oglądając sprawozdanie z Sejmu) wrażenia, że właśnie na ziemi pojawili się kosmici? I mimo że teoretycznie rozmawiacie w tym samym języku, zupełnie nie możecie się dogadać? Ja nazywam to syndromem niestykających się ze sobą galaktyk. Każde z nas ma zupełnie inną wizję, inne problemy wydają się ważne a inne całkiem nieistotne (najczęściej zależność ta jest odwrotnie proporcjonalna, co rodzi nadzieję, że chociaż na średnim poziomie trudności w końcu się spotkamy) albo po prostu kompletnie się nie rozumiecie i trafiacie na komunikacyjny zator. To może znacznie utrudnić, jeśli nie uniemożliwić współpracę. Najprostsza rada to poszukać tłumacza lub mediatora, który będzie w stanie wyjaśnić stronom, o co chodzi. Warto podpytać klienta, czy ktoś taki nie znalazłby się po jego stronie: „To może najprościej byłoby, gdybym porozmawiał/a z Państwa informatykiem?”. Może to być szczególnie pomocne, jeśli rozmawiasz z wszystkowiedzącym prezesem, który na przykład myli CSS z CMS lub SEO z CEO. Inna możliwość to poprosić znajomego/ą, optymalnie wspólnika czy sprawdzonego partnera o rozmowę z klientem w naszym imieniu – być może on/a będzie w stanie łatwiej się z potencjalnym zleceniodawcą zrozumieć. Udało się? Świetnie! W takim razie szykuj umowę.

Powiązania kapitałowe

To, o czym teraz napiszemy będzie nieco makiaweliczne. Otóż, warto prześwietlić naszego klienta również pod kątem posiadanych przez niego firm/stron internetowych/zaangażowania w danego rodzaju działalność/wieku. Może nam to dać obraz jego ogólnego statusu finansowego i – jeśli brak takowych informacji w internecie – potencjalnie ostrzec przed zleceniodawcą niewypłacalnym. Z drugiej strony może nas to też uchronić przed podaniem żenująco niskiej stawki. Niektórym może się to wydać nieprawdopodobne, ale dla pewnej grupy klientów zbyt niska cena usługi także bywa sygnałem ostrzegawczym i sugeruje, że zleceniobiorca jest mało poważny. Wyobraźmy sobie dużą firmę programistyczną, świadczącą usługi dla klientów z zagranicy, która otrzymuje propozycję wykonania ikon do programu za 0,20 zł sztuka… Dla dużego klienta taka oferta jest naprawdę dyskwalifikująca. A zatem przygotowując ofertę pamiętaj o tym, że oprócz ceny maksymalnej obowiązuje też cena minimalna.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

Jeszcze jakieś pomysły? Forum czeka.

Kara umowna dla freelancera

Nie będziemy tu poprawiać Wikipedii, gdzie napisano co to jest kara umowna.

Krótkie streszczenie: Zgodnie z art 483-484 Kodeksu Cywilnego, w umowach cywilno prawnych można umieszczać klauzule, które w przypadku niedotrzymania umowy, spowodują że będziemy musieli jeszcze do interesu dopłacić.

Umowy, które podpisujemy z naszymi zleceniodawcami, zwykle zawierają takie wpisy. Wynika to, między innymi z faktu, że większość dostępnych w internecie wzorów umów zawiera takie klauzule. Głównym założeniem kar umownych jest zdyscyplinowanie wykonawcy do dobrej i terminowej pracy.

Jeżeli w umowie która podpisujemy kara umowna jest zbyt duża w stosunku do należnego nam wynagrodzenia, możemy się zastanowić czy warto taką umowę podpisywać. Należy także, dokładnie sprawdzić w jakich przypadkach taką karę umowna będziemy musieli zapłacić. Jeżeli w umowie mamy napisane, że opóźnienie dostarczenia projektu będzie nas kosztowało na przykład 100 zł lub 10% wartości zlecenia, to możemy się spodziewać, że nasze wynagrodzenie może zostać potrącone o tą karę umowną. Dlatego przed podpisaniem takiej umowy warto ja dokładnie przeczytać. Jeżeli w powyższym przykładzie spóźnimy się np. 10 dni, to wtedy może nas to kosztować 1000 zł.

Zwykle w umowach jest również klauzula, że w przypadku gdy w związku z niedotrzymaniem umowy wystąpiła szkoda która wartościowo przewyższa karę umowną, wówczas jeżeli taka szkoda nastąpiła, zleceniodawca może wystąpić na drogę sądową, aby wydobyć od nas dodatkowe pieniądze, ponad karę umowną. Ale w przeciwieństwie do zawartych w umowie kwot kar umownych, będzie musiał udowodnić, że taka szkoda faktycznie nastąpiła.

Kary umowne nie obowiązują w przypadku świadczeń pieniężnych (np.: leasing). Jest to, z naszego punktu widzenia niesprawiedliwe, bo jeżeli nasz zleceniodawca nie zapłaci to będziemy mogli jedynie próbować uzyskać od niego odsetki ustawowe, czyli w tej chwili 13% rocznie.

Podsumowanie:

Kary umownej ciężko uniknąć, jeżeli będziemy chcieli wykreślić ją z umowy – będzie ciężko znaleźć zleceniodawce który taka umowę podpisze. Najprostszy sposób, to dotrzymywanie terminów i jakości które zawarliśmy w umowie z naszym zleceniodawcą. Drugim sposobem jest Przygotowanie sobie umowy którą dajemy do podpisania klientowi, gdzie wpisujemy karę umowną: np. 10% wartości zlecenia, lub wykreślamy ten paragraf (licząc na to że klient nie przeczyta dokładnie), ale to może spowodować że klient sam dopisze taki zapis.

zdjęcie pochodzi z flickr.com