Jakich zleceń powinniśmy wystrzegać się jak ognia?

Czasami już w trakcie czytania samej treści potencjalnego zlecenia, zamieszczonego na jakimś portalu z ogłoszeniami tego typu, zapala nam się w głowie czerwona lampka. Alarm ten oznacza na ogół tylko jedno – będą problemy. „Abort, abort!”, usłyszelibyśmy zapewne w jakimś amerykańskim filmie akcji. Na pewno wielu z Was wie, o czym mowa, ale dla pewności przedstawiamy nasze krótkie podsumowanie zleceń – min.

Ale o co chodzi?

Bywa, że czytasz opis zlecenia raz, drugi, trzeci i w dalszym ciągu nie bardzo wiesz, czego dotyczy zlecenie. To ma być taka strona, jak ta co to wychodzi w pierwszej dziesiątce google na hasło gry online, ale nie pamiętam adresu, bo to było dawno, a poza tym ma nie być w czerwieni tylko z niebieskim, bo będzie o finansach, ewentualnie też trochę o nieruchomościach, ale to potem zdecydujemy, zresztą w pierwszej kolejności będziemy tę starą pozycjonować, podaj numer GG i ile byś za to chciał… Uffff. Daj Boże, jeśli jeszcze ortografia w tym strumieniu świadomości jest w miarę poprawna. Gorzej jeśli twój pracodawca pisze jak niedouczony gimnazjalista o „artykółach”, które mają być poprawne gramatycznie, stylistycznie i ortograficznie, co zleceniodawca oczywiście skrupulatnie sprawdza, a za „nie rzetelność niepłaci”.

Proszę o najlepszą/rozsądną ofertę

Czyli tłumacząc z polskiego na nasze: chyba nie sądzisz, że za precla zapłacę Ci więcej niż złotówkę, tłumaczenie na angielski masz wykonać z pocałowaniem ręki za mniej niż 10 zł za stronę 1800 znaków bez spacji a strona www powyżej 100 PLN świadczy o tym, że jesteś obrzydliwym naciągaczem, któremu nie chce się pracować itd., itp. Najlepsza cena oznacza naturalnie sam zysk dla klienta, poszukującego – nie bójmy się użyć tego słowa – jelenia, który wykona zadanie świetnie i za pół darmo. W takich sytuacjach prosimy dawać owszem najlepszą ofertę – przede wszystkim dla siebie. Zapewne nie zostanie wybrana, a wręcz może nawet być brutalnie usunięta z serwisu aukcyjnego, ale przynajmniej będzie głosem wolnego rynku, a nie podawaniem kolejnych dumpingowych cen.

Poszukuję młodych ludzi, najchętniej studentów oraz zależy mi na czasie

A więc znowu chodzi o pieniądze, bo jak wiadomo polski student przymieranie głodem ma we krwi, ewentualnie utrzymują go rodzice, a on potrzebuje pieniędzy tylko na ekstra wydatki typu papierosy lub piwo. W zależności od hojności potencjalnego zleceniodawcy – raz w tygodniu lub raz w miesiącu. Poza tym pragnący dorobić młody człowiek rwie się do roboty i na pewno skończy pracę raz dwa. Przebierających nogami z niecierpliwości klientów, którzy potrzebują wszystkiego na już, też lepiej się wystrzegać. Często spotykana jest u nich dysproporcja, jeśli chodzi o prawa i obowiązki każdej ze stron. Najczęściej objawia się to tym, że Ty masz dla niego pracować w tempie na wczoraj, on Ci natomiast zapłaci pojutrze albo powie, że teraz nie ma czasu. W końcu terminy go gonią i on naprawdę nie ma głowy do takich drobiazgów.

Możliwa stała współpraca czyli wielkie plany, które rozpływają się we mgle

Obietnica dalszej, owocnej współpracy ma nas ewidentnie skłonić do podania niższej stawki. To kolejny chwyt stosowany przez zleceniodawców-myśliwych na rykowisku. Prawdopodobnie w 8 przypadkach na 10 do dalszej kooperacji już nie dochodzi, ale klient osiągnął cel – drobną usługę wykonaną z 20-30% rabatem. Choć faktycznie zdarzają się chlubne wyjątki. Najczęściej, jeśli do realizacji danego projektu (na przykład napisania artykułów na stronę) wybieranych jest kilka osób, jest szansa, że na finiszu ostaną się tylko Ci najlepsi, którym faktycznie zaproponuje się konkretne cykliczne zlecenia. W końcu nie ma się co dziwić, że klient chce przetestować kontrahenta, zanim podpisze z nim umowę na dłużej.

Minimum treści, maksimum wymagań

Czasem zdarza się klient minimalista, który potrzebuje po prostu strony i prosi o oferty. Tematyka, ilość podstron, technologia wykonania i cała masa innych parametrów to na tym etapie „zbędne szczegóły”, a on „nie odpowiada na miale”. Nie wiesz, jaka strona, znaczy, że się nie znasz i tyle. Ewentualnie jesteś namolnym freakiem, którego należałoby zgłosić na policję. Nawet jeśli zleceniodawca Cię wybierze, nie spodziewaj się lepszej współpracy po fakcie. Najprawdopodobniej będzie milczał, jak grób, a Ty będziesz musiał/a wymyślić wszystko sam/a. Oznaką, że twoja praca przypadła mu do gustu, będzie niespodziewany przelew na koncie. Jeśli nie, możesz spodziewać się nagłego potoku słów w komentarzu negatywnym do zlecenia. Jednym słowem rosyjska ruletka.

Zastrzegam sobie prawo do niewybrania zwycięzcy aukcji

Jeśli natrafisz na tego rodzaju zdanie w opisie zlecenia, raczej daruj sobie przygotowywanie wypieszczonej prezentacji swoich usługi i portfolio. To tak naprawdę nie jest zlecenie, a zapytanie ofertowe. Po prostu wystawiający zlecenie chce się zorientować w stawkach i zakresie oferowanych prac. No dobrze, możesz się przyłożyć, składając ofertę, ale raczej nie nastawiaj się na to, że zlecenie już jest twoje, chyba że wierzysz w potęgę pozytywnego myślenia i sprawiedliwość karmy. Masz na pewno większe szanse, kiedy twoja stawka jest wyjątkowo niska, bo na ogół to właśnie ten czynnik w Polsce decyduje o wyborze wykonawcy. Ciągle jednak cena może być zbyt wysoka, w stosunku do oczekiwań klienta. Dowiesz się tego, gdy od zakończenia licytacji upłynęły już dwa tygodnie, a zwycięzcą nadal nikt nie został.

Stawkę wyślij na satan69 [małpa] buziaczek.pl – tylko poważne oferty.

Czasami dane zleceniodawcy są absolutnie tajne przez poufne, a od nas wymagane jest niemalże CV ze zdjęciem, szczegółowy opis doświadczenia z ostatnich pięciu lat oraz referencje od trzech klientów. Taka jednostronność na pewno nie wróży dobrze, a poza tym wiele się ostatnio pisze o próbach wyłudzenia prywatnych danych i kradzieży tożsamości. Zdarzają się też szantaże o charakterze seksualnym, który to temat poruszyliśmy swego czasu na naszym forum. Dlatego, jeśli masz współpracować z jakimś idiotycznym nickiem, lepiej dwa razy przemyśl, czy na pewno masz ochotę bawić się potem w szpiega, który po numerze gadu gadu będzie dociekał prawdziwych personaliów tej osoby. Naszym forumowym agentem CIA jest @Serv-tech, a o swojej „pracy” pisał na przykład tutaj.

Potrzebuję czegoś jak Norton Antywirus, ile by to kosztowało” czyli klient oderwany od rzeczywistości

Tak, tak. Bywają i takie osoby, które najwyraźniej w ogóle nie orientują się w realiach rynkowych, w jednym zdaniu prosząc o wycenę czegoś, co warte jest co najmniej grube tysiące, jak nie miliony. Najprawdopodobniej są to fantaści, którym marzy się powrót do czasów garażowych firm komputerowych z Doliny Krzemowej, kiedy przy minimalnym nakładzie pieniędzy powstawały prawdziwie przełomowe odkrycia rewolucji informatycznej. Druga możliwość to oczywiście sprytny klient, poszukujący koni pociągowych dla swojego wózka o nazwie sukces i pieniądze. Naszym zdaniem – kompletna strata czasu.

Darmowe próbki oraz prośba o wstępne propozycje wykonania

Chyba najbardziej irytującym rodzajem zleceń są te, gdzie jawnie mówi się nam, że mamy pracować za darmo. Jasne, czasami jest to wskazane, zwłaszcza jeśli to my jesteśmy zlecającym, nieprawdaż? Przy czym „próbka” to w przypadku tłumaczeń tekst na maksymalnie 900 znaków ze spacjami. Tyle naprawdę wystarczy, aby zorientować się, czy nasz tłumacz faktycznie do tego zawodu się nadaje, czy tylko sprawnie obsługuje kombinację klawiszy ctrl+c, ctrl+v oraz stronę google translator. Poza tym uczciwie jest zaproponować, że po pozytywnej weryfikacji próbka ta zostanie włączona w koszt wykonania przekładu całego tekstu. Ze wstępnymi propozycjami sygnetu, logotypu, layoutu strony najczęściej mają do czynienia graficy. Oznacza to ni mniej ni więcej, ale turniej ofert, gdzie nagrodą jest majacząca niczym fatamorgana na pustyni obietnica współpracy. Szansa na wygranie tego konkursu jest mniej więcej taka sama jak w audiotele. Czyli najpierw sporo inwestujesz, a stopa zwrotu może nie pokryć naszych wydatków.

zdjęcie pochodzi z flickr.com

O czymś nie napisaliśmy? Daj znać na forum.